Przeżyć Moja tragedia na Nanga Parbat Szybko zrozumiałam różnicę między tym, kim jestem, a tym, czego media oczekują od himalaistki: sensacji, dramatów, bicia rekordów, nadludzkich sił psychicznych i fizycznych… Nie ma dla mnie miejsca w tym show. Wolę moją rzeczywistość.

Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat. Élisabeth Revol we współpracy z Eliane Patriarcą, przełożyła Anastazja Dwulit, Agora 2019. Świetne zdjęcie na okładce.

Nanga Parbat zimą z Tomkiem oznacza przekraczanie własnych granic, a zarazem poszanowanie granic innej osoby, zostawienie jej swobody, prawa do własnych poszukiwań.

Atmosfera wokół Tomka Mackiewicza i Elisabeth Revol próbujących zdobyć Nangę zimą a opinią wszelkiej maści „specjalistów” była napięta. Od głosów wsparcia i chęci finansowej pomocy w zrealizowaniu marzenia do ostracyzmu i otwartych ataków na wybór drogi życiowej Czapkinsa. Zawsze będę podkreślać, że każdy ma prawo podejmować decyzje, ale i obowiązek ponoszenia ich konsekwencji. Nie jestem wielkim fanem Tomka, ale szanuję jego wybory, a książka Elizabeth Revol jest istotnym, jeśli nie najistotniejszym głosem w dyskusji na temat tego, co zdarzyło się na Nandze, po jej przeczytaniu eksperci chyba nie powinni mieć wątpliwości co, jak gdzie kiedy i dlaczego. Pierwsze rozdziały Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat zbytnio nie zachęcały do czytania, jednak im dalej w las, tym można odnieść wrażenie, że razem z filigranową Revol jesteśmy w przysłowiowej „dupie”.

„Po dziesięciu godzinach marszu od szczytu dzieli nas dziewięćdziesiąt metrów. Wyłączam komunikator, wkładam go do kurtki, aby oszczędzać baterię. Ryzykując odmrożenie palców, próbuję szybko uwiecznić tę niesamowitą atmosferę! Wyciągam kamerę i filmując, zastanawiam się, jak dalej iść. Zwierzam się mojej kamerze. W czasie ekspedycji stała się powiernicą, która pomaga mi lepiej znieść samotność. Widzę, że Tomek idzie w swoim tempie, nic mu nie jest. Cieszę się, że jest dziś w dobrej formie, bo od połowy stycznia miał kłopoty z trawieniem. Poziom higieny w bazie był problematyczny dla naszych wyjałowionych żołądków – nasz kucharz Sharkan przygotowywał posiłki na ubitej ziemi, brudnymi rękami zagniatał ciasto i robił placki ćapati, kroił mięso i rozpalał ogień. Woda była czasami ledwo zagotowana. Tomkowi, z natury bardzo odpornemu, po raz pierwszy zaszkodził ten brak higieny – był w kiepskim stanie i zaczynał mieć na tym punkcie obsesję. Żywił dziwaczne przeświadczenie, że misją Sharkana jest przeszkodzenie mu w zdobyciu szczytu, więc przyczyną zaburzeń trawiennych jest pieczony przez niego chleb! Nigdy wcześniej nie widziałam Tomka w takim stanie, ale od kiedy Simone Moro „ukradł” mu górę, robiąc w lutym 2016 roku pierwsze zimowe wejście na Nanga Parbat, Tomek stał się markotny i zgorzkniały. Ocierało się to o paranoję. Wydawał się też przygnębiony, bardzo się moim zdaniem zmienił. W obozie bazowym cierpiałam z powodu tej ciężkiej atmosfery i rozpaczliwie próbowałam sprawić, żeby odzyskał rozsądek, wrócił do rzeczywistości.
Na szczęście po dotarciu do obozu II, na wysokość 6600 metrów, i całodziennym wypoczynku 22 stycznia jakby całkiem ozdrowiał, zaczął lepiej jeść, znów się uśmiechał i podśpiewywał.
Słyszę skrzypienie jego raków. Krzyczę do niego:
– Tom, jak się czujesz?
– W porządku. A ty?
– Ja super. Tom, co robimy? Jest 17.15 i jesteśmy na 8036 metrach. Chmury zaraz dotrą do grani Mazeno. Nic nie będzie widać. Jak uważasz? Idziemy dalej czy schodzimy? Mróz będzie tęgi, a dotrzemy tam dopiero w nocy.
– Idziemy dalej. Już nie jest daleko. I nie jest bardzo zimno.
Gdyby któreś z nas się wahało lub przedstawiło argumenty przeciw dalszemu wchodzeniu, zaraz byśmy się wycofali. Ale oboje złapaliśmy wiatr w żagle i nie roztrząsamy naszej decyzji. Tomek jest zmotywowany, ja też. Zdaję sobie sprawę z tego, jak jest późno, że nadchodzi noc, on z pewnością też to wie, ale ochota i emocje wygrywają. Mam doświadczenie nocnego zejścia z Lhotse (8516 metrów), wyniosłego sąsiada Everestu, w maju zeszłego roku. Pamiętam ogromną radość oraz to, że wieczorem temperatura była wyższa niż na początku dnia. Mówię więc sobie, że zimno jest do zniesienia, da się przeżyć. Chmury oczywiście zasłonią widok, ale będziemy w stanie iść dalej. Jesteśmy tutaj, bo podjęliśmy wyzwanie i chcemy dać z siebie wszystko.”

To dopiero początek historii, choć znamy jej zakończenie, warto poznać relację z pierwszej ręki. W książce Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat zaskoczyło mnie to, jak mało miejsca Revol i Patriarca poświęciły  medialnej burzy, jaka rozszalała się po akcji ratunkowej na Nandze. Eli opowiedziała o swojej tragedii i wyraziła swoje zdanie w prosty i przemyślany sposób.

„Marznę. Narasta we mnie poczucie krzywdy. Co ja robię w tym piekle? Dlaczego Tomek jest w takim stanie? Nie mógł bardziej na siebie uważać? Czuję, że ta sytuacja jest strasznie niesprawiedliwa. Dlaczego mój partner od liny zawsze nawala podczas wyprawy? Dlaczego ciągle kończę w takim bajzlu? Gdzie się podziały wszystkie nasze zasady, reguły, których zawsze przestrzegaliśmy: wsłuchiwać się w siebie, zachować jasność umysłu, rozsądek, szanować własne ograniczenia i zawracać, gdy pojawią się pierwsze znaki ostrzegawcze?”

Mądrości życiowe z nizin na nic się zdadzą tam na górze, człowiek to istota, która niczym kot zawsze chciałaby spadać na cztery łapy, a tu bryndza.

„Jak mnie złości moja bezradność! Mówię do niego, uspokajam, ale w środku jestem pusta. Czekam na wieści od Ludo, pomysł, żebym schodziła sama, bardzo mi się nie podoba. Nie mogę się z tym pogodzić. Łączy mnie z Tomkiem bardzo silna więź, nasz zespół jest jednością. Od pierwszego spotkania na Nandze pojawiła się między nami chemia, której nie potrafię wyjaśnić. Może przyciągamy się jako przeciwieństwa?

Bo przecież zupełnie nie jesteśmy do siebie podobni. Różni nas zarówno konstrukcja fizyczna, jak i wyznawana filozofia. Podobnie jak on lubię spędzać czas na wysokości, lubię zanurzać się w miejscach, które odwiedzam, ale nieznana jest mi ta mistyczna komunia z górą i jej bóstwem Fairy, jakiej doświadcza Tomek. Jest outsiderem, admiratorem polskiego himalaisty Jerzego Kukuczki. Idzie w góry z plecakiem uszytym z marzeń, a nie z materiału, jego atutem jest raczej żelazna wola niż dobre przygotowanie fizyczne i dyscyplina sportowca. To wolny duch, Nanga jest dla niego przygodą duchową – i to mnie fascynuje. Nie zawsze rozumiem, w jaki sposób funkcjonuje – okresy entuzjazmu przeplatają się u niego z falami depresji, raz porzuca plan zdobycia szczytu, by niebawem znów podjąć wyzwanie. To jak narkotyk. Jak gdyby Nanga była jego wentylem bezpieczeństwa, jego wolnością, a zarazem więzieniem!”

„Co ciekawe, mimo wszystkich dzielących nas różnic, mimo że inaczej podchodzimy do wielu spraw i mamy różne metody, Tomek jest dla mnie idealnym towarzyszem wypraw. Prawie nigdy się z nim nie kłócę, za to bardzo lubię z nim rozmawiać, śpiewać, marzyć… Jest mocarzem – nawet na Nandze, a jego spokój i siła uspokajają mnie i krzepią. Ufam mu, a bywa, że ufam nawet jego dobrej wróżce Fairy!”

Po fakcie można mnożyć pytania, czy jednak warto szukać na nie odpowiedzi, kiedy już stało się to, co nieodwracalne? Czasami pytania powracają jak bumerangi, siedząc na kanapie „znamy” na nie odpowiedzi, bo jakżeby inaczej? Kanapowcy górą!

„Przed oczami duszy przewijają się bez chwili przerwy wspomnienia wczorajszego dnia, fatalny łańcuch wydarzeń, które doprowadziły nas do katastrofy, straszliwa kombinacja niepojętych teraz dla mnie okoliczności. Dlaczego nie postanowiliśmy zejść na dół wtedy, dziewięćdziesiąt metrów pod szczytem? Dlaczego brnęliśmy w to dalej mimo późnej pory, mimo nadciągającej nocy? Dlaczego nie zawróciliśmy po dotarciu do szczytowej grani? I dlaczego nie „zmusiłam” Tomka do założenia maski? Dlaczego nie zaznaczyliśmy położenia szczeliny w obozie IV, żeby łatwiej było tam wrócić? Dlaczego nie udało mi się odszukać namiotu, który dałby Tomkowi lepszą ochronę? I po co w ogóle kolejny raz wróciliśmy na Nangę?”

„Czy fatalna okazała się decyzja – podjęta o godzinie siedemnastej, na wysokości 8035 metrów – żeby kontynuować atak szczytowy? Wtedy Tomek zaczął mieć problem ze wzrokiem, z powodu wysokości i nadmiernego wychłodzenia pojawił się obrzęk.”

Podejście Élisabeth Revol do wspinaczki chyba najlepiej wyrażają te dwa krótkie zdania:

Nie idę w góry, żeby walczyć – nienawidzę wojowniczych koncepcji alpinizmu, podobnie jak dramatycznych historii o czyhających w czasie wspinaczki zagrożeniach. Wchodzę tam, aby żyć pełnią życia, mojego życia.

Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat , to dobrze napisana książka, bez lania wody. Wyprawa na Nanga Parbat Eli i Tomka jest w niej najważniejsza. Stanowisko Revol wydaje się być uczciwe, a podejście wyważone, nie wybiela się opowiadając swoją wersję wydarzeń, nie oczernia, każdy kto zna podejście Czapkinsa do życia zapewne zgodzi się z Eli, po prostu „Na Nanga Parbat los okazał się zbyt okrutny”.