Dom kłamczuchów Dezső Kosztolányi

Dom kłamczuchów, tłumaczenie Teresa Worowska, Warszawa 2019, PIW, Dezső Kosztolányi 1885-1936.

Opowieści różnej treści, osobliwe, zabawne i nieraz absurdalne. Autor Ptaszyny po mistrzowsku więzi swych bohaterów w teatrze życia. Małe wydarzenia, które nieraz nadają kształt naszemu życiu, determinują to, jak postrzegamy świat przez pryzmat niedoskonałej pamięci, ukazane poprzez intrygujące historie niecodziennych bohaterów. Jest coś urzekającego w twórczości Dezső Kosztolányi, co sprawia, że nie potrafię zapomnieć o jego bohaterach. Puenty bywają zaskakujące, jedną z takich znajdziemy w „Pasibrzuchu”:

Przez kil­ka ty­go­dni ja­da­li­śmy w tej sa­mej re­stau­ra­cji. Sia­dy­wa­li z żoną na­prze­ciw mnie. Już pierw­sze­go dnia spo­strze­głem, jak bar­dzo lubi jeść.

Oczy­wi­ście więk­szość lu­dzi lubi so­bie do­ga­dzać. Ale spo­sób, w jaki on to ro­bił, to, jak dbał o swój brzuch, to już nie było lu­bie­nie. To było uwiel­bie­nie.

Co­dzien­nie mia­łem moż­ność to po­dzi­wiać. Cza­sa­mi przy­glą­da­łem mu się tak za­pa­mię­ta­le, że sam za­po­mi­na­łem o je­dze­niu. Wprost po­że­ra­łem go wzro­kiem.

Naj­pierw go opi­szę, szki­co­wo. To męż­czy­zna oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, z rzad­ki­mi, si­wy­mi wło­sa­mi i cien­kim wą­si­kiem. Nosi pum­py. Typ brzu­cha­cza. Na cien­kich nóż­kach ko­ły­sze się nie­prze­sad­nie wiel­ki, ale bu­dzą­cy re­spekt od­włok.

Czy uwa­ża się za gru­ba­sa?

Gru­ba­sów moż­na na ogół po­dzie­lić na dwie ka­te­go­rie. Na­le­żą­cy do pierw­szej z nich wy­zna­ją szcze­rze: „Je­stem gru­ba­sem, okrop­nym żar­łocz­nym wie­prz­kiem”. Przed­sta­wi­cie­le dru­giej wma­wia­ją so­bie to samo, co kła­mią im kraw­cy: „Je­stem moc­no zbu­do­wa­ny, co­kol­wiek za moc­no”.

On naj­wy­raź­niej na­le­żał do tej dru­giej gru­py.

Gdy spa­ce­ro­wał, dum­nie wy­pi­nał pierś, głę­bo­ko od­dy­chał i pew­nie wy­obra­żał so­bie, że jest sza­le­nie mę­ski i że wie­le ko­biet lubi wła­śnie taki typ męż­czyzn. Ale tego nie je­stem pe­wien. I to wła­ści­wie nie­waż­ne.

Waż­ne są jego usta, któ­re się na­tych­miast za­uwa­ża, wą­skie, czer­wo­ne i ru­chli­we, oko­lo­ne si­wym wą­si­kiem, nie­mal stwo­rzo­ne do po­ca­łun­ków „małe czer­wo­ne ustecz­ka”, wil­got­ne od pra­gnie­nia, żeby coś do­stać i schru­pać. Po­dob­nie waż­ne są jego duże, orze­cho­we oczy, któ­re pa­trzą, mru­ga­ją, mysz­ku­ją i gdzie­kol­wiek prze­by­wa ich wła­ści­ciel – w le­sie, na ły­sej gó­rze czy w urzę­dzie do spraw ewin­den­cji lud­no­ści – za­wsze roz­glą­da­ją się za czymś do zje­dze­nia. Te oczy roz­ja­śnia­ją się w re­stau­ra­cji, lśnią ole­istym bla­skiem i za­pa­la­ją się jak lamp­ki. On wie, że nad­cho­dzą chwi­le wy­jąt­ko­wej roz­ko­szy. Po­żą­da­ne miej­sce, w któ­rym do­sta­nie jeść, eks­cy­tu­je go, ale jed­no­cze­śnie de­ner­wu­je. Ob­li­zu­je usta, któ­re ro­bią się czer­wień­sze. Wy­da­je się, że nie­mal tłu­ste. Wzro­kiem go­rącz­ko­wo błą­dzi po sali, po­szu­ku­je kel­ne­ra. Za­ma­wia to i owo, dużo, rów­nież coś dla żony, i kie­dy kel­ner od­da­la się od jego sto­li­ka, od­pro­wa­dza go spoj­rze­niem aż do drzwi kuch­ni.(…)

Każ­de otwar­cie drzwi od kuch­ni przy­no­si nową na­dzie­ję i nowe roz­cza­ro­wa­nie. Kel­ner nie nad­cho­dzi i nie nad­cho­dzi. W koń­cu jed­nak się zja­wia. Przy­no­si ogrza­ne, pa­ru­ją­ce ta­le­rze, zupę, go­lon­kę, rybę w gę­stym żół­tym so­sie, sar­ni com­ber z li­lio­wy­mi ja­go­da­mi, su­flet ze zło­tą win­ną pian­ką, przy­no­si dla nie­go, nie­wąt­pli­wie, ale co się tak wle­cze ten nie­szczę­śnik, ta sie­ro­ta, toż to cała wiecz­ność, na­praw­dę nie do wy­trzy­ma­nia, i pod­czas gdy nie spusz­cza oczu z każ­de­go kro­ku kel­ne­ra, któ­ry zbli­ża się i nie zbli­ża, pod­czas gdy go tak przy­zy­wa, ścią­ga ku so­bie, cza­ru­je – ogar­nia go ja­kiś nie­ja­sny i dzie­cin­ny nie­po­kój, że może to wszyst­ko jest tyl­ko złu­dze­niem, że może go jesz­cze spo­tkać roz­cza­ro­wa­nie, coś nie­da­ją­ce­go się prze­wi­dzieć, ta­lerz upad­nie i roz­bi­je się, kel­ner do­sta­nie na­gle apo­plek­sji …

Ale nie, nie. Ta­lerz już przed nim stoi w ca­łej swo­jej cu­dow­nej re­al­no­ści. Opie­ra się więc na łok­ciach z no­żem i wi­del­cem w dło­niach i pa­trzy. Zmę­czo­ny wy­cze­ki­wa­niem, za­chwy­co­ny wpa­tru­je się w ta­lerz na­mięt­nie, po tylu udrę­kach oczy za­cho­dzą mu łza­mi wzru­sze­nia. A więc to ty, my­śli, bo z każ­dą po­tra­wą jest na ty. Nas dwo­je, ra­zem, tyl­ko my, ja i ty. Jesz­cze nie je. Nie może się na­sy­cić wi­do­kiem. Na­dzie­wa na wi­de­lec ka­wa­łek wo­ło­wi­ny, ale za­nim go po­chło­nie i roz­sta­nie się z nim na za­wsze, jesz­cze raz, ostat­ni raz pod­no­si go do oczu, śle mu po­że­gnal­ne spoj­rze­nie, jak­by chciał spy­tać: „Czy mnie ko­chasz? Bo ja cie­bie sza­le­nie”. I ka­wa­łek mię­sa lą­du­je w ustach. Szczę­ki po­ru­sza­ją się pręd­ko i ela­stycz­nie, jak­by były z gumy, po­dry­gu­je też czu­be­czek jego nosa, na­wet uszy. Wy­da­je się na­słu­chi­wać. Słu­cha wła­sne­go mla­ska­nia. Je­śli nie może wi­dzieć, jak je, chciał­by cho­ciaż to sły­szeć, od­czu­wać ję­zy­kiem i pod­nie­bie­niem, wą­chać i na­wet do­ty­kać, bo cza­sem do­ty­ka pal­ca­mi za­rów­no mię­sa, jak i sosu. Je wszyst­ki­mi pię­cio­ma zmy­sła­mi.

Nie po­chła­nia, nie po­że­ra po­tra­wy – ra­czy się nią. Ale wprost nie spo­sób opi­sać, jak pręd­ko zni­ka z jego ta­le­rza wszyst­ko, co na nim było. Było, ale już nie ma. Jesz­cze mi­nu­tę wcze­śniej, na­wet mniej niż mi­nu­tę wzno­si­ły się przed nim pa­gór­ki klu­se­czek, kar­to­fli, ryżu, sto­si­ki grzy­bów i bu­racz­ków, jesz­cze przed chwi­lą pa­ro­wał tam ogrom­ny ka­wał wo­ło­wi­ny z rusz­tu, a tu ta­lerz jest już pu­sty, on zaś reszt­ką chle­ba wy­cie­ra ostat­nie cen­ne kro­pel­ki brą­zo­we­go sosu ce­bu­lo­we­go. Za każ­dym ra­zem strasz­nie mnie to dzi­wi. Jego też strasz­nie dzi­wi, że już skoń­czy­ło się to, co się jesz­cze nie za­czę­ło. Po­chy­la się do przo­du, jak przed chwi­lą, kie­dy po­sta­wio­no przed nim da­nie, i wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi pa­trzy na ta­lerz, na pół­mi­sek. Nie­wia­ry­god­ne, nie­wia­ry­god­ne. Nie­daw­no jesz­cze źró­dło ży­cia, a te­raz pu­sty, opusz­czo­ny cmen­tarz. Ta myśl go za­smu­ca. Więc wzdy­cha. Prze­chy­la na bok gło­wę, opie­ra ją na dło­ni i z ła­god­nym za­my­śle­niem, z ja­kimś bez­bo­le­snym bó­lem spo­glą­da na żonę.

Po­cząt­ko­wo my­śla­łem, że sko­ro nie ma już ni­cze­go in­ne­go, ją bę­dzie chciał zjeść. Lecz kie­dy się przyj­rza­łem tej bla­dej, chu­dej po­ło­wi­cy, zro­zu­mia­łem, że się mylę. Jego żona była nie­ja­dal­na. A on pa­trzył nie na żonę, tyl­ko na jej ta­lerz, na któ­rym jesz­cze się na­wet nie roz­po­czął wiel­ki spek­takl je­dze­nia, pa­trzył na ka­wa­łek scha­bu, na ser, na tort orze­cho­wy, któ­re ko­lej­no spo­czy­wa­ły na jej ta­le­rzu nie­mal nie­tknię­te, cze­ka­jąc lep­sze­go losu.

Żona ro­zu­mia­ła to spoj­rze­nie. Bez sło­wa pod­su­wa­ła mu trzy czwar­te swo­jej por­cji i mąż na­tych­miast za­czy­nał jeść.

Kie­dy koń­czył – w rów­nie osza­ła­mia­ją­cym tem­pie – znów skła­dał po­ró­żo­wia­łą twarz na dło­ni i pa­trzył na żonę z uko­sa, wzru­sza­ją­co, bła­gal­nie, a ona po­now­nie prze­kła­da­ła na ta­lerz męża wszyst­ko, cze­go jesz­cze nie zdą­ży­ła zjeść.

Moje za­in­te­re­so­wa­nie po­wo­li prze­nio­sło się na nią. Była bez­barw­ną, ane­micz­ną ko­bie­tą o za­pa­dłej twa­rzy i oczach, wprost skó­ra i ko­ści. Ja­dła le­d­wie, le­d­wie, bez ape­ty­tu. Ale za­wsze wy­glą­da­ła na głod­ną. Praw­do­po­dob­nie od dzie­się­cio­le­ci ćwi­czy­ła się w cno­cie ofiar­no­ści, już się po­go­dzi­ła z gło­do­wa­niem i jako wier­na żona-mę­czen­ni­ca, mil­cząc, zmie­rza­ła ku swe­mu prze­zna­cze­niu, pew­nej śmier­ci gło­do­wej. No­si­ła sta­ry płasz­czyk z dzia­ni­ny, a na no­sie wiel­kie oku­la­ry w szyl­kre­to­wej opra­wie.

Te oku­la­ry – co zwró­ci­ło moją uwa­gę – mia­ła na no­sie tyl­ko pod­czas po­sił­ków. Poza tym nie uży­wa­ła ich ani na uli­cy, ani na­wet do czy­ta­nia. Kie­dyś po ko­la­cji zo­sta­wi­ła je na sto­le. Za­cie­ka­wio­ny wzią­łem je do ręki i przyj­rza­łem się im. Aż mnie za­tka­ło ze zdu­mie­nia. Szkła były ta­kie gru­be, ja­kie do­tąd wi­dy­wa­łem tyl­ko w lu­ne­tach. Mu­sia­łem dojść do wnio­sku, że te szkła ka­zał za­pew­ne wpra­wić jej po­wo­do­wa­ny dia­bel­skim spry­tem mąż. Otóż ten nie­na­sy­co­ny pa­si­brzuch zmu­szał żonę do ich no­sze­nia pod­czas po­sił­ków, żeby to, co bie­dacz­ka ja­dła – ta ma­leń­ka por­cyj­ka – wy­da­wa­ła się jej trzy­krot­nie więk­sza.

1933″

 Te­re­sa Wo­row­ska Niezwykły świat zwykłych ludzi, posłowie (fragment):

„Kosz­to­lányi ko­rzy­stał z od­kryć psy­cho­lo­gii ina­czej, nie in­ter­pre­to­wał opi­sy­wa­nych wy­da­rzeń, nie sta­rał się roz­wi­kłać struk­tu­ry pod­świa­do­mo­ści. Przed­sta­wiał swo­ich bo­ha­te­rów w dzia­ła­niu, i nic po­nad­to, wia­ry­god­nie una­ocz­nia­jąc dziw­ne aspek­ty psy­chi­ki, am­bi­wa­len­cję czy roz­ma­ite typy kon­flik­tów po­mię­dzy sfe­rą świa­do­mo­ści a sfe­rą uczuć. Jego po­sta­ci są głę­bo­ko przy­wią­za­ne do swo­ich ma­rzeń, ma­nii, na­mięt­no­ści, nie mogą się od nich uwol­nić – i w koń­cu one za­tru­wa­ją im ży­cie. Czę­sto za­sa­dą kom­po­zy­cyj­ną jest nie­ocze­ki­wa­ny zwrot, nie­wy­tłu­ma­czal­ny po­stę­pek; a to bo­ha­ter nie ro­zu­mie tego, co się z nim dzie­je (Zmo­ry, Péter, Su­fler, Dzwo­ne­czek, Or­feum), a to oto­cze­nie nie ro­zu­mie jego za­cho­wa­nia (Ama­lia, Igła, Znik­nię­cie Kál­mána Ker­ne­la).

Ale naj­cie­kaw­szym mo­ty­wem, obec­nym w naj­roz­ma­it­szych od­mia­nach nie­mal w każ­dym utwo­rze tego tomu, jest trud­ny, nie­jed­no­znacz­ny, kło­po­tli­wy, am­ba­ra­su­ją­cy sto­su­nek do praw­dy. Kosz­to­lányi uka­zu­je róż­ne jego aspek­ty: na świat jego bo­ha­te­rów mo­że­my pa­trzeć jak na wiel­kie ma­lo­wi­dło, por­tret zbio­ro­wy spo­łecz­no­ści ży­ją­cej na prze­strze­ni kil­ku dzie­się­cio­le­ci, lu­dzi, w któ­rych ży­ciu po­ja­wia­ją się roz­ma­ite nie­praw­dy, kłam­stwa i kłam­stew­ka, prze­mil­cze­nia, ma­ni­pu­la­cje i pozy. (…)

Sta­je­my przed tym ma­lo­wi­dłem (za­czy­na­my lek­tu­rę) i po­zna­je­my ko­lej­nych bo­ha­te­rów, naj­pierw z cza­sów dzie­ciń­stwa i mło­do­ści. Co­fa­my się o krok i wi­dzi­my sze­reg por­tre­tów, a po­tem (na­stęp­ny krok do tyłu) po­zna­je­my roz­ma­ite sy­tu­acje. W pew­nym mo­men­cie sta­je nam przed oczy­ma Kor­nél Esti i cały świat, jaki on i jego przy­ja­cie­le two­rzą w świe­cie za­sta­nym. Gdy cof­nie­my się jesz­cze tro­chę, do­strze­że­my ko­bie­cy pro­fil; to ani­ma, któ­ra od­zy­wa się w ostat­nich trzech no­we­lach. I tak, od­da­la­jąc się krok po kro­ku od ma­lo­wi­dła i pa­trząc na nie z co­raz więk­szej od­le­gło­ści, wi­dzi­my pa­ra­dok­sal­nie co­raz wy­raź­niej por­tre­to­wa­nych bo­ha­te­rów i ich losy.

To w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści do­brzy, po­zba­wie­ni złych in­ten­cji lu­dzie, za­plą­ta­ni w drob­ne fał­sze, prze­ina­cze­nia i gry, nie­przy­zna­ją­cy się na­wet przed sobą do praw­dy czy zma­ga­ją­cy się z nie­moż­no­ścią jej wy­po­wie­dze­nia, w naj­lep­szej wie­rze ma­ni­pu­lu­ją­cy in­ny­mi i oszu­ku­ją­cy sa­mych sie­bie dla świę­te­go spo­ko­ju. A przy tym lu­dzie prze­cięt­ni, zwy­czaj­ni, sta­ra­ją­cy się żyć przy­kład­nie, „być w po­rząd­ku”.

Kłam­czu­cha­mi – nie kłam­ca­mi, tyl­ko wła­śnie kłam­czu­cha­mi i kłam­czusz­ka­mi – są nie tyl­ko człon­ko­wie ro­dzi­ny Mar­ti­nich, ale po tro­sze my wszy­scy, któ­rzy prze­mil­cza­my róż­ne rze­czy, by­wa­my nie­szcze­rzy, uda­je­my, gra­my, pró­bu­je­my wy­dać się kimś wię­cej czy kimś in­nym, niż w isto­cie je­ste­śmy. „Do­mem kłam­czu­chów” jest w tym sen­sie całe spo­łe­czeń­stwo do­brych i po­rząd­nych ską­d­inąd lu­dzi. Kosz­to­lányi uka­zu­je to w pro­sty, cza­sem wręcz do­bro­tli­wy spo­sób. Być może dla­te­go prze­glą­da­my się w tej pro­zie jak w lu­strze. Jesz­cze chwi­la, a do­strze­że­my na wiel­kim ma­lo­wi­dle Kosz­to­lány­ie­go wła­sną twarz.”