Prozy utajone, Franz Kafka

Franz Kafka Prozy utajone, Warszawa 2019, PIW, wybór, przekład i posłowie Łukasz Musiał.

Był jeszcze jeden powód, dla którego tak bardzo tęskniłem za Dorą, kolejną dziewczyną z moich wspomnień. Tego ranka Samuel mi nie wystarczał. Chciał podróżować ze mną jako mój przyjaciel, lecz to było mało. Oznaczało to tylko, że w każdym dniu podróży będę miał przy sobie ubranego mężczyznę, którego ciało mogę oglądać jedynie w łazience, nie odczuwając, także pod wpływem owego widoku, najmniejszego nawet pożądania. Samuel ścierpiałby przecież w końcu moją głowę na swojej piersi, gdybym chciał się wypłakać, lecz czy na widok jego męskiej twarzy, lekko powiewającej spiczastej bródki, jego – zaraz już kończę – ściśniętych ust, napłynęłyby mi do oczu łzy wyzwolenia?

Tak zwyczajnie, lubię spacerować po fragmentach twórczości i co za tym idzie w pewnym sensie życia Franza Kafki, twórczość tego autora podobnie jak Hermanna Hessego traktuję i odbieram jako jedno dzieło w różnych wariacjach bądź na różnych etapach. Trzeba rzecz jasna pamiętać, aby rozprawiając o twórczości Kafki, ostrożnie stosować podział na teksty fikcjonalne i niefikcjonalne, choćby dlatego, że sam pisarz rzadko rozróżniał w ten sposób swoje zapiski. Niemal wszystko, co wychodziło spod jego pióra, traktował po prostu jako literaturę, włączając w to fragmenty dziennikowe, które odnosiły się do realnych wydarzeń, listy do narzeczonych, przyjaciół, rodziny, znajomych, wydawców, a niekiedy także pisma urzędowe (Kafka Utajony, Ł. Musiał).

Czytanie Kafki w nowym przekładzie sprawiło mi wiele przyjemności, poczucie humoru autora jest osobliwe i niepowtarzalne.

Świetnie napisane posłowie oraz nota edytorska (proponuję od tego zacząć czytanie) dodatkowo uzupełniły moją wiedzę o Kafce, jak powszechnie wiadomo autorze którego nazwisko niegdyś wielokrotnie zdobiło okładki książek, od nadmiaru porównań niesłusznie zaszufladkowano go, obklejono etykietkami i voilà elementy tzw. kafkowskiego świata w co „drugiej” książce.

Skoro jednak nie był to sąd, dlaczego wypatrywałem obrońcy?

Czytając te fragmentaryczne utwory ma się wrażenie podglądania twórcy w jego prywatnej pracowni, zaglądamy przez trzewia, napotykając na zalążki przyszłych głośnych dzieł Kafki, niektóre świetnie sobie radzą jako samodzielne teksty. Myśli utracone, bądź nie w pełni dojrzałe snują się w nieodgadnionym umyśle autora, napotykając na ślepe zaułki czy ścierniska.

Sam się bowiem nie doceniam, a to już oznacza przecenianie innych, lecz i tak ich przeceniam, a pomijając to, sam sobie jeszcze niewymownie szkodzę.

Jednym z ciekawszych ze względu na przekład utworów, jakie są zawarte w Prozach utajonych jest fragment z Dzienników 1909 – 1912, Zeszyt Drugi, Kiedy już się zrobiło nieznośnie, będący nowym tłumaczeniem Łukasza Musiała małej prozy z Opowieści i przypowieści Franza Kafki, Gdy jesteś nieszczęśliwy (tekst jest o kilka zdań dłuższy).

Postanowiłam ponownie przeczytać oba teksty, poniżej fragmenty:

W przekładzie Łukasza Musiała:

Trochę się temu przyglądałem, po czym rzekłem „Bry!”, i wziąłem swoją marynarkę z okapu pieca, ponieważ nie chciałem stać tak na pół obnażony. Przez krótką chwilę miałem otwarte usta, chcąc, aby podniecenie uszło ze mnie ustami. Miałem w sobie niezdrowe plwociny, powieki mi drgały, w lewym rogu czoła wyczuwałem napięcie jak przed bezbolesnym postrzałem fuzją, krótko mówiąc, nie brakowało mi niczego poza tą oczekiwaną skądinąd wizytą.

Dziecko stało jeszcze przy ścianie na tym samym miejscu, przycisnęło prawą dłoń do muru, okryte rumieńcem, nie mogło się wprost nasycić tym, że pokryta białym tynkiem ściana tak była szorstka, że zdzierała skórę z palców, na które ono wciąż spoglądało.

Powiedziałem: „Czy pan rzeczywiście do mnie? To nie pomyłka? W takim wielkim domu o pomyłkę nietrudno. Nazywam się tak i tak, mieszkam na trzecim piętrze w pokoju numer 11. Jestem zatem tym, kogo chce pan odwiedzić?”.

„Spokój, spokój”, dziecko rzuciło przez ramię, „wszystko w najlepszym porządku”.

„A więc proszę wejść dalej, chciałbym zamknąć drzwi”. (…)

Na schodach napotkałem lokatora z tego samego piętra. „Znowuż pan wychodzisz, włóczęgo?”, zapytał, wyciągając nogi na szerokość dwóch stopni. „Co mam robić”, odrzekłem, „mam teraz ducha w pokoju”. „Mówisz to pan z takim samym niezadowoleniem, jak gdyby znalazł pan włos w zupie”. „Pan sobie żartuje, niech pan jednak zważy, że duch to zawsze duch”. „W rzeczy samej. Ale co, jeśli w ogóle nie wierzy się w duchy”. „A czyżby pan sądził, że ja wierzę w duchy?”

W przekładzie Alfreda Kowalkowskiego:

Przyglądałem mu się przez chwilę, po czym powiedziałem „dzień dobry” i zdjąłem marynarkę z okapu pieca, nie chciałem bowiem wystawać nadal w pokoju na pół obnażony. W ustach wyschła mi ślina, powieki mi drgały, krótko mówiąc, niczego już mi nie brakowało oprócz tej – co prawda oczekiwanej – wizyty.

Dziecko tkwiło jeszcze w tym samym miejscu pod ścianą, przyciskało prawą dłoń do muru i – zarumienione – nie mogło się widocznie dosyć nacieszyć gruboziarnistym białym tynkiem ściany, który ścierał skórę na czubkach palców. Wreszcie rzekłem:

– Czyżby pan rzeczywiście chciał przyjść do mnie? A może to pomyłka? Nic łatwiejszego jak zabłądzić w tak wielkim domu. Nazywam się Tak-i-tak, mieszkam na trzecim piętrze. Czy więc jestem właśnie tym, którego pan zamierzał odwiedzić?

– Spokojnie, tylko spokojnie! – powiedziało dziecko przez ramię. – Wszystko jest w najlepszym porządku.

– Wobec tego proszę podejść bliżej, chciałbym zamk­nąć drzwi.(…)

Na schodach spotkałem lokatora z tego samego piętra. – Ależ z pana włóczęga, już znowu pan wychodzi? – zapytał, rozstawiając dla wypoczynku stopy na dwóch kolejnych stopniach.– Cóż mogę lepszego zrobić? – rzekłem. – Właśnie odwiedził mnie duch w moim pokoju. – Mówi to pan z takim samym niesmakiem, z jakim opowiadałby pan o znalezieniu w zupie włosa. – Pan żartuje. Lecz niech pan zważy, że duch to jednak duch. – Zupełnie słusznie. Ale co począć, jeśli się w ogóle w duchy nie wierzy? – No tak, czyżby pan sądził, że ja wierzę w duchy?

Łukasz Musiał Kafka utajony, kilka słów o przekładzie, fragment:

„Jako tłumacz od początku byłem przekonany, że należy uszanować wybory leksykalne i składniowe autora, a więc na przykład względnie ubogie słownictwo. Polszczyzna jest językiem wybitnie słowotwórczym, a już z pewnością polszczyzna literacka, mająca wyraźną skłonność do pląsów, igraszek i zabaw językowych (na marginesie: skłonność ta niestety często przybiera charakter maniery). W tej sytuacji nie powinno dziwić, że leksykalnemu ubóstwu utworów Kafki próbowano w polskich przekładach zaradzić, sięgając na przykład po wyrażenia synonimiczne. Takie wybory translatorskie po części można usprawiedliwić: polszczyzna źle, jak chce obiegowa opinia, znosi powtórzenia słów w bliskiej odległości. Gdy takich powtórzeń pojawia się zbyt dużo, język rzekomo robi się płaski i drętwy, a tekst „źle się czyta”. W tłumaczu rodzi się wtedy pokusa, aby nadać przekładowi formę, która prezentuje się „lepiej” niż oryginalna.

Te wartościujące określenia celowo opatruję cudzysłowami. Bo po pierwsze, zawsze pozostawało dla mnie zagadką, co ma na myśli ktoś, kto twierdzi, że tekst czyta się „dobrze” lub „źle”. Obiektywne kryteria takich ocen podaje się rzadko lub nie podaje ich się wcale. A gusta… cóż, o nich, jak wiadomo, trudno dyskutować, zwłaszcza w odniesieniu do przekładów, które z zasady powinny eksploatować polszczyznę wbrew utartym schematom oraz otwierać ją na nowe rejestry. Po drugie, co wtedy, gdy tekst z jakichś powodów ma „źle się czytać”? Gdy ma w ten sposób kwestionować określone użycia języka – co przecież zawsze jest bardzo istotnym zadaniem literatury? Moim zdaniem to właśnie przypadek zapisków Franza Kafki. Nierzadko czyta się je naprawdę „źle” i właśnie dlatego należy je w miarę możliwości zostawić w spokoju. Bo najwidoczniej jest w tym pewna metoda. Istnieje wprawdzie ryzyko, że niejeden czytelnik, przywykły do dawnych, literacko „dobrych” tłumaczeń i na nich wychowany, skrzywi się, czytając takiego Kafkę. Na to chętnie przytoczę słowa samego pisarza z Konwolutu 1920: „Potrafię pływać jak inni, tylko że mam od innych lepszą pamięć, nie zapomniałem dawnego Braku-umiejętności-pływania. A że go nie zapomniałem, Umiejętność-pływania nic mi nie daje i jednak nie potrafię pływać”. Proponuję potraktować te słowa jako metaforę pisarstwa Kafki.”

Fragment noty edytorskiej:

„Franz Kafka za życia opublikował jedynie około dziesięciu procent wszystkich utworów. Po jego śmierci manuskrypty przejął Max Brod, który stopniowo doprowadził do wydania większości tekstów, często najpierw modyfikując ich formę, i to znacznie. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku pojawiły się dwie edycje historyczno-krytyczne. Ich celem była publikacja tekstów Kafki w wersjach jak najbardziej zbliżonych do oryginalnych i w miarę możliwości oczyszczonych z ingerencji Broda. Co nie znaczy, że wydania zredagowane przez tego ostatniego odesłano do lamusa. (…)

Kafka pozostawił rękopisy w formie, która bardzo utrudnia, a często wręcz uniemożliwia ich publikację. Dlatego Max Brod, a następnie redaktorzy edycji historyczno-krytycznych musieli podejmować liczne decyzje, które pozwoliłyby uporządkować istniejące zapiski i dostosować ich formę do zasad rządzących rynkiem wydawniczym. Z reguły wyglądało to tak, że najpierw scalano zapiski w większe grupy tekstów (chyba że takowe grupy istniały już wcześniej – najczęściej dotyczyło to utworów wydanych jeszcze za życia autora lub rękopisów powieści), a następnie wprowadzano – mniejsze lub większe, w zależności od przyjętych uprzednio założeń edytorskich – korekty.

Dużą część zapisków Kafka umieszczał w zeszytach lub notesach (np. w tzw. formacie ósemkowym), które przez wydawców zostały ułożone chronologicznie i ponumerowane. Jednak wiele tekstów Kafka nanosił na luźne kartki papieru. Zdarza się, że tych ostatnich nie da się przyporządkować żadnej większej całości. Zdarza się, że można je pogrupować w tzw. konwoluty.

To, że podstawą niniejszego tomu uczyniono Kritische Ausgabe, nie oznacza, iż nie ma tu odstępstw od reguł rządzących tą edycją. I tak: tytuły zapisane dużą, tłustą czcionką to tytuły Kafkowskie; aby uporządkować tom, ułatwić (jednak) czytelnikom odbiór, wreszcie, aby móc ująć wszystkie, nawet najmniejsze, zebrane tu „prozy” w spisie rzeczy – fragmentom, urywkom, zarodnikom nadano tytuły incipitowe w nawiasach kwadratowych (w edycji krytycznej ich nie ma). (…) Druga część tomu obejmuje wybór zapisków dziennikowych (powstałych między 1909 a 1923 rokiem), mających charakter wyraźnie fikcjonalny. Co prawda sam autor nie rozróżniał swoich tekstów tak skrupulatnie, niemniej wydaje się, że na potrzeby tomu można pozwolić sobie na ów zabieg, w czym utwierdza decyzja redaktorów edycji krytycznej, którzy sporządzili osobny spis tekstów fikcjonalnych zawartych w zapiskach dziennikowych. Przy czym lepiej mówić właśnie o „zapiskach dziennikowych” niż „dzienniku” w całym tego słowa znaczeniu, takiego bowiem, w klasycznej formie, Kafka nie prowadził, a przynajmniej nie robił tego systematycznie. (…) Część trzecia tomu przynosi zapiski zebrane po śmierci Kafki w tzw. Konwolucie 1920. Niektóre z nich Kafka przejął z wcześniejszego, powstałego w Zürau zbioru, niektóre zaś Max Brod wyodrębnił po śmierci pisarza, zmodyfikował i nadał im tytuły.”


Prozy utajone:

Utrapieniec  (fragment):

„Było to bardzo niepewne, czy miałem obrońców, niczego dokładnie nie mogłem się na ten temat dowiedzieć, wszystkie twarze wyrażały odmowę, ludzie, którzy nadchodzili z naprzeciwka i których raz za razem spotykałem na korytarzach, wyglądali przeważnie jak stare grube kobiety, mieli wielkie, pokrywające całe ciało fartuchy w granatowe i białe prążki, głaskali się po brzuchach i ociężale obracali na wszystkie strony. Nie mogłem się nawet dowiedzieć, czy byliśmy w budynku sądowym. Niejedno przemawiało za tym, lecz wiele przeciwko. (…)

Dlaczego wpadam na oślep do budynku, nie czytam napisu nad bramą, zaraz potem jestem już na korytarzach, sadowię się tutaj z takim uporem, że w ogóle nie potrafię sobie przypomnieć, iż kiedykolwiek stałem przed tym budynkiem, iż kiedykolwiek wbiegałem po schodach na górę? Lecz nie mogę się cofnąć, owa strata czasu, owo przyznanie, że się pobłądziło, byłoby dla mnie nieznośne. Co? Zbiec na dół po schodach w tym krótkim, prędko upływającym życiu, któremu towarzyszy niecierpliwe huczenie? To niemożliwe. Czas ci przeznaczony jest tak krótki, że straciwszy sekundę, straciłeś już życie, dłużej to nie trwa; trwa to zawsze tylko tak długo jak czas, który tracisz. Skoro zatem już zacząłeś drogę, kontynuuj ją, w każdych warunkach, możesz tylko wygrać, na żadne niebezpieczeństwo się nie narażasz, być może spadniesz pod koniec, gdybyś jednak odwrócił się już po pierwszych krokach i zbiegł schodami na dół, spadłbyś od razu na samym początku, i to nie być może, lecz z całą pewnością. Jeśli zatem nie znajdziesz nic na korytarzach, otwórz drzwi, jeśli nic za tymi drzwiami nie znajdziesz, istnieją nowe piętra, jeśli nic tam na górze nie znajdziesz, nie ma nieszczęścia, wskocz na nowe schody, nie zabraknie ci stopni, dopóki nie przestaniesz wchodzić, pod twoimi wchodzącymi stopami wciąż pną się do góry.”


Często się nad tym zastanawiam, nie mieszając się w swoje własne myśli i pozwalając im na swobodny bieg, mimo to zawsze dochodzę do wniosku, że moje wychowanie bardziej mi zaszkodziło, niż jestem w stanie pojąć. Na zewnątrz jestem człowiekiem takim jak inni, jako że moje wychowanie cielesne było równie zwyczajne, jak zwyczajne jest ciało, i choć pozostaję trochę niski i trochę gruby, to przecież podobam się wielu, także dziewczętom. Nie mogę narzekać. Całkiem niedawno któraś z nich powiedziała mi coś bardzo rozsądnego: „Ach, żebym tylko ujrzeć mogła pana nagiego, musi być pan całkiem ładniutki, nic, tylko go całować”, rzekła. Gdyby mi brakowało górnej wargi albo małżowiny usznej, albo żebra, albo palca, gdybym miał na głowie łyse placki, a twarz pokrywałyby blizny po ospie, wówczas i tak jeszcze nie byłby to właściwy odpowiednik mojej wewnętrznej niedoskonałości. Ta bowiem nie jest wrodzona, toteż tym trudniej ją znieść. Jak każdy od urodzenia noszę w sobie mój własny punkt ciężkości, którego nie zdołałoby przemieścić wychowanie, niechby i najbardziej szalone. Ów punkt ciężkości mam w sobie nadal, jednak przynależnego mu ciała już nie. A punkt ciężkości, który nie ma nic do roboty, zmienia się w ołów i niczym pocisk tkwi w ciele. Lecz ta niedoskonałość nie jest żadną miarą zasłużona, jej powstanie przysporzyło mi wiele niezawinionych boleści. Dlatego też nie mogę znaleźć w sobie żadnej skruchy, choćbym jej szukał nie wiem jak uporczywie. Albowiem skrucha byłaby dla mnie czymś w dalszym ciągu dobrym, wszak wypłakuje się ona zawsze tylko w sobie; na bok odkłada każdy ból i każdą rzecz załatwia samodzielnie jak sprawę honorową; pozostajemy uczciwi, ona tymczasem przynosi nam ulgę.

Moja niedoskonałość nie jest, jak już wspomniałem, wrodzona, nie jest moją zasługą, a jednak znoszę ją łatwiej, i to przy ogromnym wysiłku wyobraźni, wspomaganej wyrafinowanymi środkami pomocniczymi, niż inni, znoszę o wiele mniejsze nieszczęścia, wstrętną małżonkę, dajmy na to, biedę, parszywy zawód, a moja twarz wcale nie jest czarna od zwątpienia, lecz biała i czerwona [tekst urywa się] (…) Był czas, kiedy nie miałem w sobie nic innego prócz owych pchanych wściekłością zarzutów, tak iż przy całej swej fizycznej krzepkości na ulicy musiałem się trzymać całkiem obcych ludzi, ponieważ zarzuty przechylały się we mnie to na jedną, to na drugą znów stronę, niczym woda w wiadrze, które się niesie w pośpiechu.

(…) Na zewnątrz wyglądam tak samo jak każdy inny człowiek; mam nogi, tułów i głowę, spodnie, surdut i kapelusz; solidnie mnie ćwiczono, a jeśli mimo to pozostałem dość niski i słaby, to dlatego po prostu, że nie dało się tego uniknąć. W zasadzie podobam się wielu, nawet młodym dziewczętom, a te, którym się nie podobam, i tak uważają mnie za co najmniej znośnego.”

To prawda, powtórzę to przed kimkolwiek zechcesz, źle nam tu idzie na dole, tu jest jak pod psem, ale nie można mi pomóc, czy to kiedy leżę tak sobie w rynsztoku, chłepcząc deszczówkę, czy też gdy tymi samymi ustami popijam szampana – nie sprawia mi to żadnej różnicy. Zresztą nigdy nawet nie mam wyboru między tymi dwiema rzeczami, nigdy coś takiego mi się nie przydarza, co nakazywałoby ludziom zwracać na mnie uwagę, jakżeby zresztą to mogło się zdarzyć pod konstrukcją wskazanych dla mnie ceremonii, pośród których mogę tylko dalej pełzać niczym pierwszy lepszy robak. Ale ty, któż to wie, co tam w tobie tkwi, odwagę to ty masz, a przynajmniej sądzisz, że ją masz, spróbujże choć, bo i na cóż się ważysz, często człowiek rozpoznaje się, jeśli jest wystarczająco uważny, w twarzy służącego.


[Idzie o rzecz następującą]

Idzie o rzecz następującą: pewnego razu przed wieloma laty, dość, rozumie się, strapiony siedziałem na zboczu Wzgórza św. Wawrzyńca6. (Dokonywałem przeglądu pragnień, jakie żywiłem wobec życia. Najważniejsze czy może najponętniejsze okazało się pragnienie, żeby uzyskać taki pogląd na życie (oraz – co było z tym z konieczności związane – umieć pisaniem przekonać doń innych), wedle którego życie co prawda zachowuje naturalne swoje upadki i wzloty, ale równocześnie z nie mniejszą wcale wyraźnością jawi się jako zwykłe nic, jako sen, jako zawieszenie. Piękne być może pragnienie, o ile tylko pragnąłbym jak należy. To jak na przykład pragnąć zbić młotkiem stół, skrupulatnie zachowując reguły rzemiosła, a zarazem nie robiąc nic, nie w taki sposób wszakże, aby móc powiedzieć: „robota młotkiem to dla niego nic”, lecz „robota młotkiem to dla niego prawdziwa robota, a zarazem nic”, dzięki czemu robota stałaby się jeszcze śmielsza, jeszcze bardziej zdecydowana, jeszcze prawdziwsza, a jeśli wolisz – bardziej szalona. W ten sposób nie mógł jednak pragnąć w ogóle, albowiem jego pragnienie nie było pragnieniem, lecz tylko obroną, zmieszczanieniem nicości, tchnieniem promienności, jaką chciał obdarzyć Nicość, ku której naówczas stawiał co prawda ledwie pierwsze świadome kroki, lecz którą już rozpoznał jako swój prawdziwy żywioł). Było to wtedy coś w rodzaju pożegnania z młodzieńczym światem pozorów; ten zresztą nigdy nie zwodził go wprost, lecz tylko pozwalał go zwodzić tyradami autorytetów wokoło. Tak oto objawiła się konieczność „pragnienia” [tekst urywa się]