Komin pokutników – W imię czego mielibyśmy rezygnować z rozszerzenia granic możliwości?

Komin pokutników, Jan Długosz, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2008.

Czuję się małym Kolumbem. Ciekawość – wielka namiętność ludzka… Kto oprze się pokusie kupna czarodziejskiej torby, pełnej wrażeń, emocji, zapomnienia własnych kłopotów i pragnień na całe trzy dni? To prawda, że palimy za sobą mosty, że możemy nie wrócić… Ale wierzymy w siebie, we własny spryt i wyczucie drogi, wierzymy, że w każdych okolicznościach damy sobie radę – dlatego podnosimy rzuconą rękawicę.

Niesamowita fotografia na okładce, autor Bronisław Kunicki.

Od redaktora fragment: „„Komin ‌pokutników” to książka ‌szczególna. To dobra ‌górska literatura, ale ‌też solidny kawałek historii ‌taternictwa. Można ją czytać ‌wyłącznie jako ‌literaturę, ‌opowieść ‌o przygodzie, z wartką ‌akcją ‌i specyficznym dowcipem – ‌i na tej ‌przygodzie, przeżyciu ‌poprzestać. Tak właśnie czytano ‌„Komin…” przez 40 ‌lat ‌od chwili ‌jego pierwszego wydania w 1964 ‌roku.
Równocześnie jednak ‌każde niemal ‌opowiadanie ‌w tej książce dotyczy ‌jakiegoś ważnego momentu w historii ‌taternictwa – ‌nie na darmo ‌był Długosz autorem kilku ‌przełomowych ‌dokonań. ‌Można więc pokusić się ‌o odtworzenie ‌szczegółów tamtych przejść, które ‌miały ‌przecież swoją historię, ‌daty, uczestników. ‌Taką właśnie ‌rolę – ‌faktograficznego ‌przyczynka ‌do Długoszowych opowieści – ‌pełni „Komentarz historyczny”, dodany współcześnie do oryginalnego tekstu autorskiego. W jego stworzeniu pomogli mi sami bohaterowie książki – taternicy, partnerzy od liny i towarzysze wspinaczek Długosza lub tylko świadkowie opisywanych przez niego wydarzeń. Dzięki nim poznałam dodatkowe szczegóły i okoliczności wielu faktów, często ciekawe, ale pozostające „za kulisami”. Dołączenie owego historycznego aneksu nadaje książce dodatkowy, obok literackiego, walor – czyni z niej pozycję z pogranicza literatury pięknej i reportażu. Za reportera uchodził zresztą sam Długosz już za życia, gdy swoje opowiadania-relacje ze wspinaczek publikował w prasie, stając się najsłynniejszym w latach 50. i 60. polskim alpinistą-literatem.”

Wyjątkowe opowiadania, klimatyczne o przemyślanej kompozycji, wprowadzającej nieraz aurę tajemniczości, jak chociażby w opowiadaniu Lawina, które trafnie znalazło się na początku tego zbioru.

Jednak nie tylko Długoszowe bajanie mnie wciągnęło, również Rys historyczny jest świetnym uzupełnieniem całości, z niego dowiemy się wiele ciekawych informacji, dotyczących powstania poszczególnych opowiadań i nie tylko.

Nota edytorska, Jan Długosz i jego tatrzańska epoka – fragmenty.

„Obecne wydanie „Komina Pokutników” jest czwartym w ogóle, a drugim wydanym przez ISKRY (1964 r., wydanie pośmiertne). W latach 1994 i 1995 ukazały się pierwsze (Wydawnictwo TEXT, Warszawa) i drugie (Wydawnictwo ATI, Kraków) wydania pełne opracowane przeze mnie na podstawie maszynopisu autorskiego i wskazówek zawartych w odnalezionym archiwum autora. (…) Konfrontacja tekstu książkowego z rękopisami, maszynopisami oraz notatkami Długosza pozwoliła wytropić najmniejsze nawet ingerencje ówczesnych redaktorów w tekst autorski. Było ich sporo – od drobnych przeróbek stylistycznych do poważnych usunięć całych fragmentów, przy czym niektóre z tych decyzji wydają się dziś niezrozumiałe. W tej sytuacji podstawą wydania stał się dla mnie nie tekst wydania pierwszego, lecz tekst autorski. Okazało się, że poprzednia redakcja niemal zupełnie pozbawiła książkę mott, cytatów i porównań odwołujących się do szeroko pojętej kultury – muzyki, malarstwa czy literatury, świadczących o tym, że autor książki alpinistycznej nie był tylko wyspecjalizowanym wspinaczem, ograniczającym się do wąskiego kręgu zainteresowań. Wiele pominiętych wówczas błyskotliwych skojarzeń i porównań przywróconych teraz zostało w ich pierwotnej, autorskiej postaci.(…)  On, autor przejść przełomowych dla taternictwa, przez kilka lat odmawiał wstąpienia do Klubu, gdyż manifestacyjnie kontestował wszelkie struktury formalne i „społeczne urządzenia”; twierdził, że niezależność jest ważniejsza niż wszystko.
Może więc to on sam stworzył własny mit i dyskretnie puścił go w obieg? Bo pomimo rzeczywiście bogatej biografii i niebanalnej osobowości potrafił też znakomicie „reżyserować” siebie. Był perfekcyjny w budowaniu wokół siebie klimatu; począwszy od stroju – to on wylansował w górach długoletnią modę na kraciaste koszule – i charakterystycznej maniery mówienia, przez nieco tajemniczą przeszłość rodziny, aż po lekką aurę metafizyki, jaką stwarzał w swoich górskich opowiadaniach. – O, idzie Długosz ze swoją świtą – mawiali mu niechętni, gdy pojawiał się w skałkach, w eleganckich pumpach i obowiązkowej „kracie”, ciągnąc za sobą grupkę zafascynowanych młodszych, a często i starszych wspinaczy. Zawsze był przy nim ktoś taki. Wielu i dziś przyznaje się do zauroczenia jego osobowością. ”

Niby wiedziałam, że jakiś Jan Długosz taternik istniał, kilka anegdot się przewinęło, ale to wszystko. Dzięki staraniom wydawcy książka zdecydowanie zyskała w nowej odsłonie. Jestem pod ogromnym wrażeniem faktu że Długosz postanowił udowodnić, że z taternictwa da się żyć – i w pewnym momencie zaczęło mu się to udawać.(…) Z dzisiejszego punktu widzenia można by określić ówczesny status Długosza jako pierwszego taternika profesjonalnego. Poświęcił się górom całkowicie, rezygnując z kariery w wyuczonym zawodzie, stałej pracy oraz życia rodzinnego. Wygląda na to, że Jan Długosz doskonale wiedział, czego chce, zdecydowanie dążył do celu i gdyby nie tragiczny zdaje się wypadek, kto wie, jakie górskie szczyty zdobyłby autor.

Przełykamy resztki jedzenia. Niebo świeci jak choinka. Cienie na horyzoncie układają się w dalsze plany. Światełka Chamonix zniknęły, zasłonięte załamaniem północnej ściany. Trochę poniżej wyrasta fantastycznie postrzępiony las – to Flammes de Pierre. Rozmowy się nie kleją. Zmęczenie wychodzi z każdego mięśnia. Otacza nas dalej ogromna ściana i niekończące się pasma gór – trwamy w centrum wrogiego obszaru. Nie nastraja mnie to jednak czarno; mimo że jestem zmęczony i nie wiem, co przyniesie jutro, za nic nie zgodziłbym się znaleźć z powrotem w przytulnym namiociku w Chamonix de Praz.
Myślę o niewolnikach wygodnych łóżek, szklanych domów i nowoczesnych miast. Ile spraw łączy się tam w dole, od ilu czynników jesteśmy zależni: od złego humoru szefa, od opryskliwego konduktora w tramwaju, podartych butów, elektrowni, przypalonego mleka… To wszystko, te drobne i większe, na pozór nie tak ważne sprawy, decydują o naszym szczęściu. W Chamonix, w Warszawie lub Montrealu musimy słuchać, lawirować i rezygnować. Ale walka o zachodnią Dru to sprawa wyłącznie pomiędzy naszym zmęczeniem i lękiem – a górami. Kiedy zejdziemy w doliny, celnikowi może nie spodobać się mój zegarek, a rodzinie na przykład prezenty. Ale to nastąpi dopiero potem, za dwa dni, za miesiąc…