Jestem, tęsknię, mówię Yūko Tsushima – Człowiek jest bezradny, nic tu nie poradzimy, nie ma co w ogóle interesować się zdarzającymi się wciąż na świecie nieszczęściami. Człowiek ma dość, gdy żyje sam dla siebie. Samo to wcale nie jest proste.

Jestem, tęsknię, mówię Yūko Tsushima, tytuł oryginału: (Watashi), PIW, Warszawa 2018.

Yūko Tsushima W poszukiwaniu „ja” – Aleksandra Szczechla (fragment).

Czy nie mówiłaś, że w miejscu, gdzie nie ma cykad, nie może żyć człowiek?

Yūko Tsushima (właściwie Satoko Tsushima, 1947–2016) zadebiutowała jako pisarka pod koniec lat sześćdziesiątych. (…) Jej pisarstwo, (…) zaczęło się z gniewu. Irytowało ją na przykład niesprawiedliwe traktowanie osób niepełnosprawnych przez społeczeństwo. Dla przyszłej pisarki bowiem niezwykle ważnym doświadczeniem życiowym było dzieciństwo spędzone z bratem z zespołem Downa, ukrywanym przez rodzinę przed światem. (…) Dziecko żyjące w świecie bez słów i nieskażone konwenansami społecznymi uczy prawdy o niezakłamanych ludzkich emocjach. W relacji z takim bratem obnażone zostają także mechanizmy relacji międzyludzkich w „zwykłym” społeczeństwie, często nadmiernie komplikowane i wykrzywiane. W swoich narracjach pisarka daje wyraz tęsknocie za przedwcześnie zmarłym bratem, za jego ciepłem i bezwarunkową miłością, równocześnie zwracając uwagę na niesprawiedliwość i brak zrozumienia, z jakim spotykał się na co dzień.

Gdy Yūko Tsushima miała zaledwie rok, jej ojciec, znany dekadencki pisarz Dazai Osamu (1909–1948), popełnił samobójstwo, topiąc się wraz z kochanką w zbiorniku na rzece Tama w Tokio. Wychowywana przez samotną matkę Tsushima tematem wielu swoich utworów uczyniła refleksję nad znaczeniem relacji międzyludzkich, sensem macierzyństwa oraz ojcostwa. W jej pisarstwie przykuwa uwagę charakterystyczna dla niej afirmacja życia i wiara w możliwość wzajemnej akceptacji pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych środowisk, pomimo trudnych często relacji między nimi i niejednokrotnie tragicznych doświadczeń. (…)

W zbiorze, który Czytelnik trzyma właśnie w dłoniach, zebrano opowiadania z lat dziewięćdziesiątych. W tych krótkich formach odnajdziemy wszystkie najważniejsze motywy dotychczasowego pisarstwa Tsushimy oraz zapowiedź nowych kierunków jej zainteresowań. Warsztatowo dostrzegamy tu tak charakterystyczną dla jej twórczości wielogłosowość oraz eksperymenty narracyjne, takie jak celowe zacieranie graficznych różnic między strumieniami świadomości polifonicznie zmieniających się narratorów a dialogami.

W polifonii Tsushima czasem wyodrębnia pewne głosy. Zaznaczając w tekście drobną kreseczką niektóre „ja”, zmusza czytelnika, by powiązał przede wszystkim różne postaci w ramach jednego opowiadania, nadał im podobną rangę, by nie przyzwyczajał się do jednego bohatera, ponieważ „ja” ma wiele twarzy i głosów. Na poziomie całego zbioru wszystkie wyodrębnione „ja” odsyłają do jednego, ujętego w cudzysłów tytułowego watashi. (…) Z całą pewnością nie są to opowiadania łatwe — ze względu na wagę i głębię ran będących przedmiotem refleksji. Wiele tutaj śmierci i pozostających po niej rozpaczy i tęsknoty. Jest też niezwykle osobisty ton — ale równocześnie przywoływane obrazy i emocje są tak uniwersalne, że w ostatecznym rozrachunku tytuł odsyła nas do naszego osobistego doświadczenia poszukiwania własnej tożsamości i naszych własnych prób radzenia sobie z traumą po stracie najbliższych osób. Tsushima podpowiada, że najlepiej czynić to poprzez opowieści.”

Fragment Gdy płoną góry

Nauczyłam się, że każde życie jest jedynym i niepowtarzalnym fenomenem. Dlatego boję się własnej śmierci i mam obsesję na punkcie mojego dziecka. Drepczę w miejscu, z pustką w głowie i poczuciem zadanej przez śmierć straty, której nie da się cofnąć. Pustka po niej pochłania nawet żal i płacz. Gdyby jednak istniała jakaś przyczyna, dla której musielibyśmy nadal żyć, trzeba by przynajmniej na chwilę odwrócić wzrok od tej krainy utraty, w której nie słychać żadnego dźwięku i nie widać ani jednego promyka światła. Od dawien dawna niezliczonym ludziom, którzy stracili dzieci lub inne ukochane osoby, w ten właśnie sposób udawało się pogodzić z ich śmiercią i jakoś dalej żyć. Choć nikt ich tego nie uczył.

Fragment: Miejsce matki

Świat poza sypialnią zmienił się dla matki w abstrakcyjną przestrzeń, z którą nie miała żadnego bezpośredniego kontaktu. Zamknięta w pokoju, słuchała radia, czytała od deski do deski gazety, przeglądała także czasopisma, kąpała się, korzystając z pomocy opiekunki, i uważnie wykonywała te prace papierkowe, których nie chciała powierzyć córkom. Z upływem dni zaczęła przybierać postawę osoby, która siedząc w swoim pokoju — w centrum wszechświata — dostojnie spogląda z góry na świat doczesny, kłębiący się od ludzi niezmiennie wykonujących swoją ograniczoną i bezsensowną pracę. Zdawała się zastanawiać przy tym, jak mogła sama żyć w takim świecie i dlaczego ludzie wciąż trwają w tym absurdalnym zamieszaniu.

Jednakże taki spokój ducha matki mógł być zachowany oczywiście wyłącznie dzięki wierze, że jej własny pokój nie zostanie naruszony przez nikogo z zewnątrz. Matka odrzuciła wszystkie miejsca tego świata, które znajdowały się poza jej pokojem. Jego odrębność tym bardziej musiała być zachowana. Tutaj nic złego się nie wydarzy. Niewielkie miejsce podlegające jedynie widzimisię matki. Straciła już nawet zainteresowanie ogrodem widocznym przez szklane drzwi pokoju. A przecież kiedyś bardziej niż swoimi potrzebami przejmowała się drzewami i kwiatami. Teraz, gdy przyłapywała mnie na wyrywaniu trawy, wołała z irytacją. Przestań to robić! Ogród najlepiej zostawić w spokoju. A gdy odpowiadałam, że wówczas zmieni się w dżunglę, szeptała tylko obojętnie, że to nic nie szkodzi. Dla niej on również stał się przestrzenią, która zasługiwała na sympatię jedynie jako coś istniejącego w jej pamięci. W tym wspomnieniu w jeden obraz skrystalizował się i uległ kompresji okres około czterdziestu lat. Drzewa brzoskwini i gruszki sprzed lat trzydziestu. Róże, które kwitły dwadzieścia lat temu. Konwalie. Był też okres, gdy po ogrodzie biegał pies. Postaci malutkich jeszcze wnucząt kąpiących się w gumowym basenie. Chodzący do szkoły podstawowej córka i syn, którzy zrywają koniczynę. Starsza córka, uczennica gimnazjum, szkicująca z surowym wyrazem twarzy kwiat sasanki. Czas, gdy był tam staw. Lilie wodne, które zakwitły na jego powierzchni. Kwitło też dużo azalii. Magnolie. Żonkile.

W zderzeniu z tymi wspomnieniami za szklanymi drzwiami obecnego pokoju majaczyła jedynie cząstka nieskończenie rozległego świata zewnętrznego.

Sam pokój stał się uosobieniem matki. Chroniona przez jego ciszę nie martwiła się o swoje starzejące się ciało, szła spać i wstawała, kiedy chciała, zagłębiała się w lekturze ulubionych jeszcze z czasów studenckich Ise-monogatari16 oraz Tsurezuregusa17 i z oddali spoglądała na świat przepełniony hałasem. Bezpieczeństwo pokoju było równoznaczne z bezpieczeństwem matki, a wygoda jego wnętrza umacniała jej wiarę w siebie. Matka nie chciałaby sobie nawet wyobrażać dnia, w którym ów pokój zostanie brutalnie zadeptany przez nieznajomych mężczyzn.


Przecież w miejscu, gdzie nie ma cykad, nie może być człowieka.