Autodafe Karol Samsel – Słowo wypływa mi z trzewi i potrzebuję podpaski malarstwa, plakatu, sym- fonicznego gorsetu nadnaturalnej muzyki, aby zakryć krwawienie.

Autodafe. Wydawnictwo FORMA. Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy, Szczecin, Bezrzecze 2018, 2019.

Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor nauk humanistycznych. Adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu Wydziału Polonistyki UW, doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii UW oraz członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. (Fragment noty biograficznej pochodzi z Autodafe.)

http://latarnia-morska.eu/pl/z-dnia-na-dzien/2871-%E2%80%9Eautodafe%E2%80%9D-karola-samsela

Na YouTube dostępne są krótkie filmy z autorem recytującym/czytającym swoje dzieła. Niektóre fragmenty Autodafe są zabawne, inne bywają nie do końca zrozumiałe. Całość odbieram jako interesującą lekturę, niecodzienną i nieprzewidywalną, człowiek nigdy nie wie, co się czai w następnej linijce.

Podchodzę do tego rodzaju twórczości jak do eksperymentu twórczego. Porównanie jakie przyszło mi namyśl po przeczytaniu Autodafe zapewne jest zupełnie nietrafione, ale jest to bez znaczenia. Wolne skojarzenie – Marcel Proust w pigułce, sprasowany i zdeformowany potok słów w nowoczesnym wydaniu. Karol Samsel Autodafe.

A teraz z zupełnie innej beczki:

Cóż, ta- ka była moja wiara, zaprzęg dojrzewania. By Maryja

23

była puszysta, a Jezus – zadbany. By Betlejem przypo- minało Konstancin Jeziorną nocą, zaś Józef – Josepha Conrada w marynarskiej koszuli. Niech ogolona głowa Marii Krüger będzie dla nas rzutnikiem baśni dla Jezu- sa, niech zachodzący łzą głos Melchiora Wańkowicza (Nieoceniony Niedoceniony!) – budzikiem na godzinę przed pogonią Heroda – Thomasa Stearnsa Eliota. Ver- sace, Stroface, Versyfikace. Tafla żelaza Obojga Naro- dów, podziemna pracownia płatnych miłości. Cierpiał na pewien rodzaj autyzmu. Gdy czytałem mu wiersze

24

Saturniny Wadeckiej, obracał w dłoniach piłkę, która nie była jej czaszką, ale dawała mi szansę zrozumieć ciemny utwór. Jak hobby nieskończoności, które nie- uprawiane, rychło zamieni się w snobby. Nazwałem piłkę Pieszczochem, imię zmówione półgłosem, pół- dowcip na płytkiej płycie. Lecz on go nie zrozumiał.


Co za dzidzia. Starzy powiadali, że techniki pisania poematu są jak zegar słoneczny zawalany raz po raz odchodami czasu. A więc więcej nauczy mnie literacki pas cnoty, na którym się powie- szę mojego ostatniego ranka świata niż poetyka: sek- retara z nastawą i zegarem. Zrozumiem więc więcej i po seksie grupowym, i po śmierci po dobrej bibie. Po

31

erekcji samotnej także. Zapada noc, masturbuję się przed portretem panien Pechwell przy klawikordzie. We mnie i na mnie wielki neon płonie. Wyjaśnią to moje dłonie, dziesięciogłowe tłumaczki, Hydry w przepastnej koronie.