Upadek i wzlot Reginalda Perrina, David Nobbs – Nie jestem optymistą, ale z drugiej strony tylko głupcy oceniają wszystko po efektach.

Upadek i wzlot Reginalda Perrina, David Nobbs, Wydawnictwo Stara Szkoła.

David Nobbs (1935-2015).

David Nobbs miał specyficzne poczucie humoru, pozwolił czytelnikowi niemal z buciorami wtargnąć w poukładane życie przykładnego obywatela. Reginald Perrin czterdziestosześcioletni mężczyzna, cudny mąż i wspaniały ojciec dwójki dorosłych już latorośli, staroświecki nieco jako dziadek, mali dorośli nie trafiają w jego wychowawcze gusta. Ów niemal ideał jest nieco znudzony codziennością i monotonią życia. By je urozmaicić i nadać swemu istnieniu sens, poczucie jestestwa,  postanawia dokonać drastycznych zmian w swoim życiorysie. I tak prostolinijny Reginald Perrin postanawia uknuć intrygę. Niezwykły przypadek Reginalda Perrina, piewcy deserów czas zacząć.

W kratkach krzyżówki wpisał: Nazywam się Reginald Iolanthe Perrin. Moja matka nie mogła zaśpiewać w operetce Iolanthe wystawianej przez Towarzystwo Gilberta i Sullivana, ponieważ zbliżał się poród, więc nadała mi chociaż imię na jej pamiątkę. Cieszę się, że nie grali wtedy Piratów z Penzance. Włożył gazetę z powrotem do teczki i oznajmił pasażerom przedziału: – Dziś była bardzo łatwa.

Przygody Reginalda Perrina łączą w sobie typowe elementy tzw. humoru brytyjskiego: teatr absurdu, ironię i sarkazm. Nie jestem fanem szufladkowania, jednak humor brytyjski jest dość specyficzny. Błyskotliwe i cięte dialogi nieraz rozbawiły mnie do łez, wielbicielom serialu komediowego Monty Pythona powinno przypaść do gustu.

– Tak naprawdę twoje życie nie jest nieznośne – powiedział. – Zabijając się, nie dowiedziesz, że nie jesteś oszustem. Te klify stoją tu od milionów lat. Jesteś zbyt kruchy, by pozwolić sobie na taki gest.

Pierwsza połowa książki rewelacyjna, druga trochę słabsza, błyskotliwe dialogi i absurdalne sytuacje wielokrotnie wywoływały salwy śmiechu.

– Cześć, Ponsonby – powiedział Reggie.

Kot mruknął.

– Wiesz, Ponsonby – zaczął – kiedy byłem młody, patrzyłem na dorosłych z zazdrością. Ludzie po czterdziestce byli solidnymi, stanowczymi postaciami. Nie dręczyły ich męki dojrzewania, czerwieniące się policzki, pryszcze, na które w O’Gier College mówiliśmy oblechy. Miałem okropne oblechy w 1942 roku. A dorośli byli panami wszechświata.

Kot znów mruknął.

– No a teraz mam czterdzieści sześć lat, Ponsonby. Ale nie czuję się solidny i stanowczy. Widzę, jak młodzi kroczą dumnie niczym indory. Pewni siebie, niezawodni, przerażający.

Ponsonby obserwował go uważnie, cały czas mrucząc i starając się zrozumieć, do czego jego pan zmierza.

– A więc, Ponsonby, rodzi się pytanie, prawda? Czy dzisiejsi młodzi widzą we mnie kogoś solidnego i stanowczego, czy może raczej ludzie, o których tak myślałem, w rzeczywistości czuli się tak jak ja teraz? A może mnie i całe moje pokolenie coś ominęło? Czy sytuacja odwróciła się w najgorszym dla nas momencie? Jak myślisz, Ponsonby?

Nie ma jak rodzinna wycieczka:

Robiło się coraz goręcej. Strumyki potu spływały Reggiemu za kamizelkę i spodnie, a nielepiąca się nakładka na kierownicę, którą dał mu na Boże Narodzenie Tom, zrobiła się okropnie lepka. W samochodzie śmierdziało potem, czosnkiem, dziećmi i gorącym silnikiem. Jocasta zaczęła płakać.

Minęli leniwego grubego jaguara. Jaguar na czterech łapach patrzył na jaguara na kołach, nie rozpoznając pokrewieństwa.

– Lobie kupke – oznajmił z dumą Adam. – Lobie kupke.

– Robię kupkę – poprawiła go Elizabeth.

– Daj im mówić tak, jak chcą, mamo – powiedziała Linda.

– Trzeba je uczyć mówić prawidłowo. Może któregoś dnia będą chciały pracować w BBC – odparła Elizabeth.

– Proszę cię, mamo, to nasza sprawa – nalegała Linda.

– Dokładnie. My już się nie liczymy – wtrącił Reggie.

– Po prostu stosujemy inne metody wychowawcze – odezwał się Tom. – Na tyle, na ile to możliwe, staramy się nie traktować ich jak dzieci, tylko jak małych dorosłych.

– Przymknij się wreszcie, brodaty mądralo – powiedział Reggie.

– Reggie! – krzyknęła Elizabeth.

– W porządku – powiedziała ponuro Linda. – Jeśli ojciec tak myśli, najlepiej będzie, jeśli wyrzuci to z siebie.

– Zlobiłem w majtki kupkę – oznajmił Adam.

– Wiemy – potwierdził Tom. – Ale zastanawiam się, Adamie, czy to aby na pewno był dobry pomysł. Później będzie ci z nią trochę niewygodnie.

– Chryste! – zawołał Reggie. – To miała być miła wycieczka.

– Po zastanowieniu stwierdzam, że wyprawa do rezerwatu nie była najlepszym pomysłem – wtrącił Tom.

– Och, dziękuję. To bardzo pomocna uwaga – odparł Reggie.

Samochody przed nimi przesunęły się o kolejne kilka metrów.

– Jedź, kochanie – powiedziała Elizabeth.

– Pojadę, kiedy wszyscy zaczną się dobrze bawić – odparł Reggie. – Przyznaję, że nie powinienem był was tu zabierać. Jestem nieudacznikiem. Wszystkie moje plany kończą się porażką. Ale jesteśmy tu, do cholery, i nie ruszę, dopóki nie zaczniecie się dobrze bawić.

Samochód za nimi zaczął trąbić. Reggie opuścił szybę.

– Zamknij się! – krzyknął.

– Przestań robić z nas widowisko – powiedziała Elizabeth.

– Racja, nie znosisz tego, co? – Reggie odwrócił się i pokazał kierowcy za nimi wulgarny gest.

– Tato, nie przy dzieciach – poprosiła Linda.

– To nie są dzieci. To mali dorośli – przypomniał Reggie.

– No to nie przy małych dorosłych – powiedziała Linda.

– Proszę cię, kochanie, jedźmy – powtórzyła Elizabeth.

– Najpierw zacznijcie się dobrze bawić.

– Bawimy się – stwierdziła Linda. – Bawimy się doskonale.

– To interesujące – dodał Tom. – To socjologicznie fascynujące.

– To cudowna wycieczka – powiedziała Elizabeth.

– No dobra – rzucił ze złością Reggie.

Za szybko puścił sprzęgło i silnik zgasł.

– Niech to szlag. Nienawidzę samochodów. Nienawidzę tych cholernych maszyn – powiedział Reggie.

Ponownie przekręcił kluczyk, gwałtownie ruszył z miejsca i ostro zahamował tuż przed następnym samochodem. Jocasta znów zaczęła płakać. Nikt się nie odzywał.

– Patrzcie. Tam są lwy – oznajmiła wreszcie Elizabeth.

– Patrzcie. Lewki – powiedziała Linda.

Dwa wyliniałe lwy leżały apatycznie na trawie. Wyglądały na zażenowane, tak jakby wiedziały, że tu nie pasują. Raczej zawstydzone kmiotki niż królowie dżungli.

– Zobaczcie, jakie słodziutkie lwy – powiedziała Elizabeth.

– Nie antropomorfizuj, proszę – zaoponował Tom. – Lwy nie są słodziutkie. Chcemy, żeby dzieci dorastały, widząc rzeczywistość taką, jaka jest.

– Ale czy ona naprawdę taka jest? – spytał Reggie, odwracając się, żeby spojrzeć Tomowi w oczy.

– Co czy takie jest?

– Czy rzeczywistość jest taka, jaka jest?

Zaczęło się intrygująco, było całkiem interesująco w trakcie, po pozostał mały niesmak (może to tylko ja odbieram seks kazirodczy dorosłych jako coś mało zabawnego), ale poza tym małym epizodem książkę czyta się z przyjemnością. Świetna idiotyczna komedia.

Po przeczytaniu książki polecam adaptację z lat 70-tych dostępną na YouTube (język angielski), trzy sezony.

Reklamy