Ryczące ośmiotysięczniki Jean Ammann, Erhard Loretan – Marzenia nie umierają: wysychają, rogowacieją, liofilizują się, ale wystarczy zalać je odrobiną entuzjazmu, by odzyskały dawną objętość i smak.

Jean Ammann, Erhard Loretan Ryczące ośmiotysięczniki, tytuł oryginału: Erhard Loretan, Les 8000 rugissants, Agora, Warszawa 2019.

28 kwietnia 2011 roku Erhard Loretan zginął na Grünhornie (4043 m n.p.m.) w Alpach Berneńskich. 

Chwała jest żałobą na zgliszczach szczęścia. MADAME DE STAËL

Erhard Loretan, trzeci z kolei po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce zdobywca Korony Himalajów i Karakorum.

Ryczące ośmiotysięczniki, to dobra i interesująca biografia, szczera, ale bez intymnych wyznań, skromnie. Rzeczowo i na temat.

Erhard Loretan podważa mity i demitologizuje legendy. Jest w tym działaniu coś ze świętokradztwa, a niektórzy dają się sprowokować. Erhard ma album z wycinkami prasowymi, wśród których można znaleźć zakreślony markerami krótki artykuł z „Alpirando” z lutego 1991 roku. „Czasem zanadto rozdymamy jakiś wyczyn, a czasem niebezpiecznie go banalizujemy. I tak oto słynny przewodnik dostał propozycję wyprawy na Czo Oju, położony w Nepalu szczyt o wysokości ponad 8000 metrów. Przesłał ją pewien sześćdziesięciosześciolatek, który nigdy nie uprawiał wspinaczki wysokogórskiej, ale zachęciły go słowa Erharda Loretana: «Czo Oju to zwykły spacerek». Reakcja przewodnika: «Loretan to zwykły d…»”. Każdy może podstawić tu dowolne litery.

Erhard Loretan należy do tych poszukiwaczy przygód, którzy sprowadzają wyczyn do poziomu banału, chcąc w ten sposób uciec przed posądzeniem o heroizm.

Kolejne już wydanie Ryczących ośmiotysięczników zostało uzupełnione i wzbogacone. O tym, jak doszło do jej napisania, pisze sam autor: Jean i Erhard regularnie spotykali się między styczniem 1993 a kwietniem 1996 roku. Wynik tych licznych spotkań – dziesiątki godzin nagrań.(…) A jaką rolę odegrał tak naprawdę Jean Ammann? Powiedzmy, że Erhard i ja podzieliliśmy się pracą: on zdobył wszystkie ośmiotysięczniki opisane w tej książce, a ja odpowiadam za wszystkie błędy ortograficzne i językowe, które pojawiły się na jej kartach. Wydaje mi się, że to sprawiedliwy podział.

Zapewne do grudnia 2001 roku Erhard Loretan mógłby się nazwać szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Dla nikogo nie jest tajemnicą to, że życie Erharda Loretana załamało się 24 grudnia 2001 roku, kiedy jego siedmiomiesięczny syn Ewan zmarł w wyniku zespołu dziecka potrząsanego. Erhard został z synem sam w domu w Crésuz, a kiedy Ewan zaczął płakać, jego ojciec podszedł do kołyski, chwycił dziecko i nim potrząsnął. Trwało to jedną, dwie sekundy – relacjonował – zrobił to dwa albo trzy razy. 11 lutego 2003 roku Trybunał Karny w Gruyère skazał Erharda Loretana na cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz 1000 franków grzywny za nieumyślne spowodowanie śmierci. To było dla Erharda Loretana prawdziwym upadkiem w przepaść, a tragedia ciągnęła się za nim przez resztę życia – wspominano o niej nawet w artykułach publikowanych bezpośrednio po śmierci wspinacza. Kiedy prawie dziesięć lat później zginął na Grünhornie, jedna z popołudniówek sprowadziła jego życie do tego zdarzenia, zapominając o czternastu ośmiotysięcznikach i całej wcześniej zdobytej sławie. Dwa lata po śmierci Ewana Erhard opowiadał mi o dziennikarzach, którzy oblegali jego dom, o redaktorze naczelnym, który przesłał mu bukiet kwiatów oraz kondolencje, a zaraz potem prosił o wywiad na wyłączność. Opowiadał o innym dziennikarzu, który chcąc rozwikłać sprawę skomplikowanej miłości, łączył różne historie, przestawiał tragedie i mieszał patos z ohydą… Sława jest wahadłem, którego powrotu należy się obawiać.

Jeśli wierzyć artykułom prasowym, Erhard Loretan bardzo żałował swojego czynu, było to jego jedyne dziecko i nie mógł sobie wybaczyć tego, co zrobił z głupoty, niecierpliwości, zdenerwowania. Nie usprawiedliwiam nikogo, czasami popełniamy błędy, których konsekwencje są tragiczne.

https://www.swissinfo.ch/eng/alpinist-sentenced-for-shaking-baby-son-to-death/3156844


Broad Peak jest górą równie ulotną co szczęście, które ci umyka, gdy sądzisz, że je pochwyciłeś.


Co ciekawe, choć Broad Peak stanowił dla mnie spełnienie marzeń, moje szczęście przyćmiewał potężny cień K2… Z rozpędu zapragnąłem nagle – ośmielę się rzec – zaliczyć i ten szczyt. Z rozpędu liczącego 4000 metrów! Czyż nigdy nie zaznam spełnienia? Nie, nigdy go nie zaznam, ponieważ człowiek jest zwierzęciem nienasyconym. Arabowie mawiają, że „tylko pył grobowca wypełnia oczy człowieka”. Dodałbym do tego, że z ośmiotysięcznikami jest jak z orzeszkami: lepiej się do nich nie zabierać…


O czternastej docieramy na szczyt. Spędzamy na nim tylko tyle czasu, żeby zrobić sobie zdjęcia, zanim wiatr nie zdmuchnie powagi tej chwili. Nie chciałbym się tu popisywać wiedzą z dziedziny nauk ścisłych, ale w jaki sposób latają ciała stałe? Ciała stałe (w tym przypadku my) latają wtedy, gdy odbiorą cieczy (w tym przypadku powietrzu) pulę energii na tyle dużą, żeby przekształcić ją w zdolność do utrzymania się w górze. Teraz, na szczycie Manaslu, czuję, że lada moment i ja uniosę się w górę. Innymi słowy: jeszcze chwila i odlecę.


Niewiele brakowało, by Annapurna, dla wielu pierwszy ośmiotysięcznik, okazała się dla mnie tym ostatnim. Niektórzy autorzy i dziennikarze specjalizujący się w tej tematyce, kiedy muszą krótko opisać mój himalaistyczny dorobek, wymieniają tylko dwie czy trzy daty z mojej biografii. Najczęściej przywołują Sziszapangmę, Czo Oju oraz Everest, trzy stosunkowo proste i szybkie wspinaczki. Opinia publiczna najlepiej rozumie język liczb i zachwyca się wzmiankami o Evereście w czterdzieści godzin, Czo Oju w trzydzieści godzin i Sziszapangmie w dwadzieścia godzin. Annapurna nigdy w tej wyliczance nie występuje, a przynajmniej wspomina się o niej rzadko. To tak, jakby uznawać, że 110 metrów przez płotki ma mniejszą wartość niż zwykłe 100 metrów, ponieważ bieg trwa o trzy sekundy dłużej. A jednak! Nigdy nie przesunąłem granic swojej wytrzymałości dalej niż podczas zdobywania Annapurny, nigdy też nie czułem się tak daleki od żywych i tak bliski umarłym. Podczas tych dni spędzonych między niebem a ziemią zrozumiałem, że wyruszając tak wysoko w góry, stąpa się jedną nogą w zaświatach. Kiedy wróciliśmy do bazy, a życie manifestowało swoją wytrwałość pierwszymi, nieśmiałymi pąkami roślin i radosnym lotem kruków, zrozumiałem też, że byliśmy prawdziwymi upiorami, które wróciły z zaświatów.


Przesadą byłoby mówienie, że czeka nas pewna śmierć, ale w żadnym wypadku nie mogliśmy twierdzić, że mamy gwarancję przetrwania.


Marzenia nie umierają: wysychają, rogowacieją, liofilizują się, ale wystarczy zalać je odrobiną entuzjazmu, by odzyskały dawną objętość i smak.


Podczas wszystkich wypraw w Himalaje adaptowałem się do terenu na bieżąco. Nigdy niczego nie czytałem, nie studiowałem topografii, nie zaglądałem do literatury branżowej i nie uczyłem się na pamięć dokumentacji. Wiem, gdzie jest szczyt, wiem, gdzie jest baza, a w pozostałych kwestiach, tak jak w życiu, improwizuję.


Po powrocie z ekspedycji na Mount Epperly zrozumiałem, że Antarktyda tchnęła we mnie nowe życie, na nowo rozbudziła entuzjazm i zmieniła moje wyobrażenie o alpinizmie i szerzej rozumianej przygodzie. Z doświadczeń na Lhotse wyszedłem głęboko rozczarowany: jak to możliwe, żebyśmy tak brutalnie wypaczyli górskie wartości? We wrześniu 1994 roku u podnóża Everestu stało osiemdziesiąt siedem namiotów – włącznie z naszym! Generator działał bez przerwy, rzekomo w imię świętej nauki, a po stronie tybetańskiej widziałem luksusowy hotel przyklejony do klasztoru! Na Antarktydzie odnalazłem to, czego szukałem: samotność, zaangażowanie, trudności i wspaniałość. Po zdobyciu Kanczendzongi, swojego czternastego ośmiotysięcznika, marzyłem tylko o powrocie na biegun południowy.


Dla nas wszystkich zgromadzonych w bazie Benoît Chamoux zginął rankiem 6 października, kiedy zniknął za skałą, tuż przed zachodnią przełęczą, na wysokości 8300 metrów. Ostatnie słowa skierował do Jeana Troilleta, który udzielał mu wskazówek przez radio: „Dziękuję, Jean…”. Słowa wdzięczności na zakończenie tych tygodni niepotrzebnej rywalizacji. W bazie była dziennikarka Radio France, która niemal na bieżąco relacjonowała ekspedycję Chamoux. Myślę, że gdyby miliony słuchaczy nie przeżywały jego przygód w czasie rzeczywistym, gdyby nie śledziły jego słabnięcia, a później porażki, być może posłuchałby własnego ciała – a nie własnej dumy. Być może zszedłby w porę.

Reklamy