Wrócę, gdy będziesz spała. Rozmowy z dziećmi Holocaustu. Patrycja Dołowy – „Dlaczego kochasz mnie tylko w nocy?”.

Wrócę, gdy będziesz spała. Rozmowy z dziećmi Holocaustu, Patrycja Dołowy, Wołowiec 2019, Wydawnictwo Czarne.

Wielu rzeczy w życiu nie powinnam była zrobić. Gdybym kiedyś poszła, wtedy na początku, po wojnie, do psychologa, który by mnie wybebeszył… Wiesz, co to znaczy święty spokój? Nie angażować się. Mama mi kiedyś powiedziała, że nie mam ambicji. Że na mnie plują, a ja mówię, że deszcz pada. To, co niosłam, spadło na moje dzieci. Życie jest bardziej skomplikowane, niż wygląda: „Dzień dobry, pani profesor, jak się pani miewa, jak wakacje?”. Wszystko piękne i gładkie. U ciebie też jest gładkie? Zawsze coś wyłazi.

Kiedy przeczytałam opis książki w zapowiedziach w Wydawnictwie Czarnym, moje pierwsze skojarzenie było z filmem Jana Jakuba Kolskiego Daleko od okna. Trudne wybory, jakie reżyser postawił przed bohaterami swojego obrazu nie dają się do jednoznacznej oceny moralnej, ich złożoność przytłacza.

W książce Patrycji Dołowy przeczytamy o wielu arcytrudnych decyzjach, żaden rodzic/człowiek nigdy nie powinien stawać przed takimi wyborami. Historie opisane w Wrócę gdy będziesz spała są wyjątkowe i pospolite zarazem. Część z tych opowieści może być znana czytelnikowi, któremu temat Holocaustu nie jest obcy, jednak zebrane razem nabierają nowego znaczenia. Tworzą ważne świadectwo, po przeczytaniu którego wyraz matka może dla nas nabrać nieco odmiennego znaczenia.

Twarz, która już nigdy się nie zestarzeje.

Powiedziałabym, że znam wiele podobnych historii z gazet, audycji radiowych, programów telewizyjnych czy też te, które dotyczyły bliskich moich znajomych. Ojców czy dziadków, którzy nigdy nie dowiedzieli się kim byli ich rodzice, „porzuceni”, czy też „podrzuceni” w wojennej zawierusze, znalezieni na progach domów i klasztorów. Ludzie bez przeszłości, a przecież każdy z nas ją ma, tylko trzeba znaleźć kogoś kto ją opowie i kogoś kto ją uwieczni. Każda historia opisana przez Patrycję DołowyWrócę gdy będziesz spała jest równie istotna, każda opowiedziana w oryginalny sposób. Książkę czyta się dobrze, stanowczo za szybko, te opowieści są jak małe cegiełki, tworząc wielowarstwową i wielowymiarową opowieść.

Dzielnica w której mieszkam codziennie odwiedzana jest przez dziesiątki, jeśli nie setki turystów, zdarza mi się spotkać zbłąkane starsze osoby, niepewnie szukające jakiejś zapomnianej kamienicy, mieszkania, gdzie kiedyś ktoś przebywał. To dla nich niezwykle ważne, popatrzeć przez okno, z którego patrzył ktoś bliski ich sercu.

Dziecko bez tożsamości
(rozmowa z Leą, Szoresz, okręg Jerozolimy) – fragment

Urodziłam się w domu dziadków w Radomiu. Rodzice mojej mamy byli dość ubodzy i bardzo pobożni. Mieli dwóch synów i siedem córek. Wszystkie były piękne, ale na niewiele się to zdawało, bo nie miały posagu. Tata zakochał się w mamie, a ona była siódma z kolei. Musiałby czekać, aż inne wyjdą za mąż. A że był z bogatej rodziny, dał posag każdej siostrze, żeby poślubić mamę. Mama znała języki, pięknie malowała i rzeźbiła. Dziadek nie pozwolił jej jechać do Paryża na studia. Ale przy tacie miała dobre życie. Bawili się, tańczyli, jeździli do Zakopanego.

Na zdjęciach wygląda ślicznie, elegancko.

I na szczęśliwą. Nikt sobie nie wyobrażał, co będzie. (…) Zabrał moją mamę i sporą sumę pieniędzy do Warszawy. Ukrył ją u rodziny, o której nic nie wiem. Mnie odwiózł do klasztoru w Brwinowie. Pamiętam jazdę pociągiem. Była z nami zakonnica. Zabandażowali mi głowę i część twarzy, w tym oko, żebym nie wyglądała na żydowskie dziecko. Miałam wtedy cztery lata, ale w księgach pięć, bo od takiego wieku przyjmowali dzieci. Łóżeczka w zakonie stały ciasno jedno obok drugiego. Trzydzieścioro dzieci w sypialni. (…) Nie mogliśmy spać po nocach. Jednak było mi tam dobrze. Kazali mi obierać ziemniaki i wrzucać je do dużego kotła. Były tam kobiety pracujące w kuchni, niezakonnice. Przy tym obieraniu nauczyłam się od nich, że Żydzi są straszni.

Przyjęłaś to?

Nie miałam świadomości, że jestem żydowskim dzieckiem. Niemców się bałam, bo powiedzieli mi, że mam się ich bać. W naszej szkole był sztab gestapowców. Mijałam ich ze strachem, bo wiedziałam, że mnie nie lubią. Zakonnice goliły mi głowę i wkładały czapkę chłopca. Pytałam: „Dlaczego muszę mieć ogoloną głowę?”, a one odpowiadały: „Bo Niemcy nie lubią czarnych włosów”. Płot i brama wydawały mi się ogromne i wyobrażałam sobie, że za nimi jest inny świat. (…) Z tyłu klasztoru był mały domek. Mieszkał tam pan, który zajmował się ogrodem i drobnymi naprawami. Gdy mnie widział, w tajemnicy wkładał mi do fartuszka cukierki, a ja wiedziałam, że nie mogę się z tym nikomu zdradzić. Ssałam je tylko w nocy, po cichu.

Myślałaś o mamie?

Zniknęła mi z oczu. Nie było mi jej brak. Kiedyś przy byle rozstaniu czułam tęsknotę, a tu raptem nic. To chyba mechanizm obronny. Odwiedziła mnie w tym klasztorze dwa razy. Pamiętam, że zwolniłam jej swoje małe łóżeczko i ona spała tak, że pół ciała miała poza nim. Sama spałam obok na podłodze. Mama przyniosła mi kromkę białego chleba. Wiedziałam, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć. Położyłam chleb pod poduszkę i w nocy go żułam. (…)

A inne dzieci pytały o rodziców?

Wcale! Rodziców nie było, i już. Jednak gdy skończyła się wojna, po dzieci zaczęły przyjeżdżać matki. Wychudzone, oszołomione. Słyszałam: „To Żydzi przychodzą po swoje dzieci”. Jaka byłam szczęśliwa, że po mnie żaden Żyd nie przyszedł i mnie stamtąd nie zabrał! Aż pewnego dnia, to już był czerwiec 1945 roku, przyjechała elegancko ubrana pani. Wytworna, piękna, pachnąca perfumami. Miała blond włosy i niebieskie oczy. Zakonnice powiedziały: „To jest twoja ciocia Zosia”, a ja pomyślałam: „Jakie szczęście, że żadna Żydówka mnie wcześniej nie zabrała”. Chętnie poszłam z ciocią Zosią. Zakonnice kazały mi jeszcze podziękować Matce Boskiej za uratowanie życia. Wbiegłam do kaplicy, uklękłam, a ciocia Zosia stała. Zaczęłam się modlić, a ona dalej stała. Powiedziałam: „Tutaj trzeba klękać, dlaczego nie klękasz?”. I ona wtedy się rozpłakała. Wciąż na mnie patrząc, powoli uklękła.

Zapytałaś ją, kim jest?

Żadnych pytań! Pojechałyśmy do Warszawy, całe miasto było w gruzach. Bałam się po nich chodzić, bo gdzieniegdzie były jeszcze gorące. Zosia zabrała mnie do sklepu i kupiła mi skarpetki i buciki. Pierwszy raz po latach miałam na nogach coś innego niż stare gazety i za duże buty. Nie potrafiłam w tym chodzić, chciałam swoje buciory, tylko że ona już je wyrzuciła. Zbuntowałam się i chodziłam boso. Znów płakała. Mieszkałyśmy na Pradze w wynajętym pokoju. W podwórku była kapliczka z Matką Boską. Codziennie do niej latałam i się modliłam, a dzieci wołały na mnie: „Żydówa, Żydówa, Żydówa!”. Poszłam do cioci i powiedziałam, że mnie wyzywają, a ona mi poradziła, żebym ich wyzywała tak samo, to się odczepią. W końcu odstawiła mnie do domu dziecka w Zatrzebiu. Tam znów było mnóstwo dzieci. Nikt z nas o nic nie pytał. Dzieci Holocaustu wiedziały, że trzeba być posłusznym, bo inaczej śmierć. Dlaczego umierasz? Nie wiesz, ale wiesz, że trzeba słuchać dorosłych, że to, co oni mówią, jest święte. Niektóre dzieci płakały, uciekały do swoich przybranych rodziców na wieś – do parobków, u których się w czasie wojny przechowywały. Ktoś odwoził je z powrotem, a one znów uciekały. Ja nie. Mnie to nic nie obchodziło. Byłam wolnym ptaszkiem. Inne dzieci krzyczały po nocach, robiły w łóżka, a ja cieszyłam się, że wokół było tyle przyrody. Jednego dnia powiedzieli mi, że znaleźli mojego tatusia i że on przyjdzie mnie odwiedzić.

Ucieszyłaś się?

Po prostu zgodziłam się na wszystko. Przyszło trzech panów, jeden o kulach, wyglądał jak trup. Twarz jak u kościotrupa, wycieńczona, zapadnięte oczy. Dwaj pozostali byli przystojni i eleganccy. Podeszłam do jednego z nich i poprosiłam, żeby wziął mnie na ręce. Podniósł mnie i oddał temu potworowi z kulami. One upadły, a ja się wyślizgnęłam i uciekłam. Trup krzyczał: „Lunia, Lunia!”. Nie wiedziałam, kim jest Lunia. Nazywałam się Ala. Nie chciałam tego pana więcej oglądać, a on nie wiedział, co robić. Odjechał beze mnie.

Ciocia Zosia mieszkała w Łodzi. Lubiłam ją, bo ładnie pachniała i pięknie się ubierała. Chciałam być blisko niej. Przenieśli mnie więc do Helenówka. Moją wychowawczynią była tam pani Lunia, o której pisałaś. Znów było mi dobrze. Zamiast do szkoły chodziłam na jagody i maliny, a potem do Cyganek na Bałucki Rynek. Wróżyły mi, że wyjadę za morze. Któregoś dnia usłyszałam, że kierowniczka pani Falkowska jest oburzona. Krzyczała, że nie należy mi się ubranie z Jointu, bo mam bogatego ojca i on powinien mi je kupić. Wszyscy mnie z tego powodu obrażali. Bogaty ojciec to niedobrze, bo był już komunizm. Tata przyjechał na wezwanie. Nie przywiózł ubrania. Dotarł wykończony długą drogą z Ostrowca Świętokrzyskiego. Jechał całą noc. Nieogolony. Człowiek po Oświęcimiu. Wstydziłam się go.

Nie oswoiłaś się z nim?

Nie. Przyjeżdżał raz na pół roku. Nigdy nie pytałam go o matkę. Wiedziałam, że jestem sierotą. W klasztorze myślałam, że dzieci się rodzą właśnie tam – w klasztorze, a potem w ogóle nic nie myślałam. Miałam panią Lunię, która mnie bardzo lubiła, mówiła, że jestem mądrą dziewczynką, i czasem pozwalała mi czytać innym dzieciom jako swoja pomocnica. Traktowała mnie poważnie. Były tam inne dzieci, od taty dostałam piłkę, grałam z nimi. Jadłam kiszone ogórki, podlewałam kwiaty, hodowałam pomidory. Znałam polski, a nie wszyscy znali, więc jak była deklamacja wiersza, to mnie wybierali. Jednego dnia miałam dyżur przy telefonie. Odebrałam, a to mój ojciec. Powiedział: „Lusiu, mam dla ciebie spakowaną walizkę, weź jakieś podręczne rzeczy, płaszczyk, dwie sukienki, czekam na ciebie na stacji w Helenówku. Wyjeżdżamy do Palestyny”. Tłumaczyłam, że nie mogę tego zrobić. Miałam dwanaście lat, byłam rozsądna, nie mogłam uciec, przecież będą mnie szukać. Kazałam mu przyjść po mnie i oficjalnie mnie odebrać. Przyszedł. Siedziałam pod drzwiami i słyszałam całą jego rozmowę z Falkowską. „Proszę pana, to moje ukochane dziecko, chcę ją adoptować. Niech pan zacznie życie od początku. Będzie miała ze mną dobrze, mogę sobie na to pozwolić, poślę ją na studia do Wiednia”. A ojciec odpowiedział: „Proszę pani, ona jest wszystkim, co mi pozostało”. Na to Falkowska: „W takim razie niech pan zapłaci. Pan jest bogaty!”. Po latach znalazłam w ŻIH-u papiery. Wszyscy płacili po trzysta złotych, a mój ojciec sześć tysięcy. Tak Falkowska go załatwiła.

Wyjechaliście od razu?

W Izraelu w porcie czekała na mnie moja ciotka i jej córka. Córka cały czas na mnie patrzyła i bawiła się moją ręką. Był listopad. Byłam ubrana jak na zimę. (…)Ciotka była dobra i myślę, że bardzo mnie kochała.

A ojciec?

Ojciec mieszkał osobno. Chodziłam do niego sprzątać, pomagać mu. Miałam trzynaście lat i pamiętam, jak bardzo się wstydziłam, gdy szłam do niego ulicą ze szmatą i z wiadrem, a wokół dzieci beztrosko się bawiły. Gdy miałam siedemnaście lat, ciotka i wujek powiedzieli: „Musisz przenieść się do ojca i dbać o niego”. To był trudny czas. Ojciec mieszkał w małym mieszkanku z łazienką i kuchnią dzielonymi z trzema innymi rodzinami.

Nie pracował?

Nigdy nie wyszedł z Oświęcimia. Krzyczał po nocach. Nie spotykał się z ludźmi – mówił, że nie chce litowania się nad nim: „Wszystko straciłem, ale honoru nie”. Odżyłam dopiero, gdy skończyłam obowiązkową służbę wojskową i wyjechałam na studia do Jerozolimy. Poznałam swojego przyszłego męża – adwokata, człowieka światowego, pewnego siebie, dobrze ubranego, błyskotliwego i bardzo mnie doceniającego. Nagle wszystko, co robiłam, było wspaniałe. Wcześniej, gdy na przykład przynosiłam dobry stopień ze szkoły i chwaliłam się tacie, komentował: „Nie robisz tego dla mnie, tylko dla siebie”. Z mężem wybudowaliśmy piękny dom, urodziły się nasze dzieci. Mąż zwariował na ich punkcie. Gdy po pierwszym porodzie leżałam w szpitalu, wykupił całą kwiaciarnię, sala szpitalna była pełna kwiatów. Mieliśmy cudowne życie. Holocaust pozostał tematem tabu. Aż w 1984 roku postanowiłam wrócić na studia, poszłam na historię. Zaproponowali mi wyjazd do Polski.

Wróciły wspomnienia?

Powoli. Odbyłam w Polsce wycieczkę po kolejnych przystankach swojego życia. (…) W Brwinowie siostry najpierw mnie nie poznały, a potem, gdy wpisałam się do księgi pamiątkowej, rozpoznały mój charakter pisma i zaczęły mi dziękować za wysyłane im z Izraela paczki: „Pani Alinko kochana od pomarańczowych listów, to pani?”. Oprowadziły mnie. Buda Almy wciąż stała. „A tu – powiedziała zakonnica – mieszkał nasz Żyd, stolarz. Został z nami po wojnie. U nas umarł”. Wtedy zrozumiałam, czemu potajemnie dawał mi cukierki. Spotkałam się z przyjaciółką mojej mamy – w czasie wojny przebywały w kryjówkach niedaleko siebie i czasem się spotykały. Powiedziała mi, że mama zginęła, bo ktoś ją wydał.

Wiesz kto?

Ależ ty jesteś niecierpliwa, to właśnie miała być pointa. Przyjaciel mojego ojca… Głuchowski. W 1944 roku. Wojna się kończyła, więc miał obawy, że będzie musiał zwrócić ogromny majątek, który powierzył mu mój tata. Wiadomo, że niecały, ojciec na pewno sporo by mu zostawił za trud i pomoc, ale „sporo” a „cały” robi różnicę. Założył, że ojciec zginął w Oświęcimiu, dziecko już nie wie, kim jest, wystarczy więc zlikwidować matkę. Podobno mama wyskoczyła przez okno, żeby ratować rodzinę, która ją przechowywała. I są dwie wersje: albo zginęła na miejscu, albo wzięli ją na Pawiak. Nie dowiem się już nigdy. Wyobrażasz sobie? Ojciec zaufał mu całkowicie. Co pieniądz robi z ludźmi… Pamiętałam go z klasztoru, odwiedzał mnie, jego żona była dla mnie bardzo dobra. Wróciłam do Izraela, zapytałam ojca, czy wiedział. Wtedy jedyny raz opowiedział mi tę historię. Wrócił do Ostrowca, od razu poszedł do Głuchowskiego, żeby odnaleźć mamę i mnie. Zapukał, Głuchowski uchylił drzwi i powiedział: „Zaczekaj sekundę”. Gdy znów otworzył, w ręku miał siekierę i krzyczał do ojca: „Ty Żydzie, jak stąd nie wyjdziesz, rozrąbię ci głowę siekierą!” (a wcześniej zwracał się do niego: Marian). Tata zrozumiał, że my z mamą możemy już nie żyć. Dowiedział się o mamie, nie miał już sił, poprosił więc swoją bratanicę Zosię (wreszcie się dowiedziałam, kim była!) o pomoc w znalezieniu mnie.

W 1991 roku trafiłam w archiwum na papiery. W mojej karcie z domu dziecka jest napisane: „Ojciec żyje, matkę zabrało Gestapo i do dzisiejszego dnia nie wróciła”. A ja to czytam i myślę: Boże, ona może jeszcze wrócić! I zaraz sobie tłumaczę, że przecież miałaby już osiemdziesiąt jeden lat, więc chyba przez te lata by mnie odnalazła i do mnie wróciła?