Życie w rozproszonym świetle. Eseje Jacek Gutorow – „Na­zwa pod­da­je się ka­ta­li­zie: moż­na ją wy­peł­niać, roz­cią­gać, za­peł­niać luki jej se­micz­ne­go rusz­to­wa­nia na nie­skoń­czo­ną ilość spo­so­bów”. Na­zwa cią­gnie za sobą łunę zna­czeń, sko­ja­rzeń i ję­zy­ko­wych po­wi­do­ków po­głę­bia­ją­cych efekt zwie­lo­krot­nie­nia i wid­mo­wo­ści.

Życie w rozproszonym świetle. Eseje Jacek Gutorow, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2016.

Wstęp (fragment)

O więk­szo­ści za­war­tych w tej książ­ce tek­stów moż­na po­wie­dzieć, że to ese­je o am­bi­cjach bio­gra­ficz­nych. Nie cho­dzi wszak­że o kla­sycz­nie ro­zu­mia­ny pa­ra­dyg­mat ga­tun­ko­wy. Tra­dy­cyj­ne ży­cio­pi­sa­nie po­zo­sta­je poza za­się­giem mo­ich za­in­te­re­so­wań. Zaj­mu­je mnie tu­taj bio­gra­fia my­śli, wy­obraź­ni i wraż­li­wo­ści, a for­mą szcze­gól­nie mi bli­ską jest wy­pra­co­wa­na w kul­tu­rze an­glo­sa­skiej kon­wen­cja bio­gra­fii in­te­lek­tu­al­nej, sku­pia­ją­cej się na roz­wo­ju, sta­tu­sie i miej­scu świa­do­mo­ści kry­tycz­nej. Czy­ta­jąc po­now­nie tek­sty na­pi­sa­ne na prze­strze­ni kil­ku­na­stu lat, za­uwa­ży­łem, że prze­wi­ja się przez nie chęć od­na­le­zie­nia kry­tycz­ne­go ję­zy­ka eg­zy­sten­cji, bez fał­szu­ją­cych naj­czę­ściej uogól­nień, za to z ca­łym ba­ga­żem idio­syn­kra­zji i nie­po­wta­rzal­nych zna­mion kon­kret­nej my­śli. Z tego sa­me­go po­wo­du od­rzu­ci­łem sil­ną po­ku­sę uogól­nia­nia i kre­śle­nia por­tre­tu gru­po­we­go, choć przy­zna­ję, że jed­nym z prze­moż­nych od­czuć to­wa­rzy­szą­cych mi w trak­cie pi­sa­nia była chęć zro­zu­mie­nia roli, jaka w świe­cie współ­cze­snym przy­pa­dła owej dziw­nej isto­cie, któ­ra z upo­rem okre­śla sie­bie mia­nem in­te­li­gen­ta. Po­nie­waż sku­piam się w tej książ­ce na my­śli­cie­lach i twór­cach, któ­rych dzia­łal­ność kry­tycz­na i twór­czość zwią­za­ne są z bar­dzo sze­ro­ko po­ję­tym prze­ło­mem mo­der­ni­stycz­nym, idea bio­gra­fii wspól­no­to­wej, wy­ra­ża­ją­cej zbio­ro­wy dra­mat in­te­li­gen­cji po­sta­wio­nej wo­bec wy­zwań i an­ty­no­mii no­wo­cze­sno­ści i po­no­wo­cze­sno­ści, nie była mi obca. Od cza­su do cza­su na­wie­dza­ła mnie tak­że myśl, aby dać czy­tel­ni­ko­wi coś w ro­dza­ju zwie­lo­krot­nio­nych „ży­wo­tów rów­no­le­głych” (dzie­ło Plu­tar­cha po­zo­sta­je je­dy­nym w swo­im ro­dza­ju mo­de­lem bio­gra­ficz­nym). Czu­łem jed­nak, że i ta­kie za­da­nie prze­kra­cza moje siły, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej za­le­ży mi zaś na pró­bie na­kre­śle­nia i zro­zu­mie­nia po­je­dyn­czej eg­zy­sten­cji, po­ję­tej nie jako na­gro­ma­dze­nie fak­tów bio­gra­ficz­nych, lecz jako roz­wi­ja­ją­cy się, dy­na­micz­ny, nie­za­mknię­ty pro­gram bądź cykl ży­cia umy­sło­we­go.

Esej jest pró­bą my­śle­nia w sy­tu­acji, gdy wy­czer­pa­ły się wszyst­kie wiel­kie nar­ra­cje i po­zo­sta­ła nam tyl­ko moż­li­wość lo­kal­nej wi­zji i pro­wi­zo­rycz­nej praw­dy. Pi­sa­nie w try­bie ese­istycz­nym to pi­sa­nie w prze­świad­cze­niu, że nie je­ste­śmy już w sta­nie ogar­nąć ca­ło­ści, choć­by ca­ło­ści wła­sne­go, po­je­dyn­cze­go ży­cia, i że ist­nie­ją tyl­ko frag­men­ty, punk­to­we świa­tła, ode­rwa­ne in­tu­icje, na pod­sta­wie któ­rych mo­że­my pod­jąć pró­bę re­kon­struk­cji ży­cia umy­słu. Prze­ko­na­nie o au­tor­skim obiek­ty­wi­zmie jest we­dług mnie mi­tem. Pi­sa­nie ese­ju przy­po­mi­na tro­chę pro­ces za­an­ga­żo­wa­nej, nie­obo­jęt­nej lek­tu­ry – ese­ista włą­cza sie­bie w nurt roz­wi­ja­nych idei, wy­pró­bo­wu­jąc je, by tak rzec, na sa­mym so­bie. Oczy­wi­ście ła­two prze­sa­dzić. Uwa­żam, że au­tor ese­jów po­wi­nien dą­żyć do ide­ału, ja­kim jest po­łą­cze­nie mo­men­tu świa­do­mo­ści in­ten­cjo­nal­nej i za­an­ga­żo­wa­nej z mo­men­tem nie­uprze­dzo­ne­go spoj­rze­nia. A więc z jed­nej stro­ny ży­wioł em­pa­tycz­nej po­li­fo­nii, na­ka­zu­ją­cy nam mno­że­nie punk­tów wi­dze­nia i po­zwa­la­ją­cy umie­ścić bądź od­na­leźć sie­bie w polu czy­ta­ne­go tek­stu, z dru­giej zaś przy­ka­za­nie kry­tycz­nej po­wścią­gli­wo­ści tu­dzież im­pe­ra­tyw tem­pe­ro­wa­nia na­zbyt su­biek­tyw­nych za­pę­dów. Nie twier­dzę, że uda­ło mi się ten ide­ał osią­gnąć. Mia­łem go jed­nak na wzglę­dzie. (…) Naj­cie­kaw­szy w my­śle­niu kry­tycz­nym jest mo­ment, w któ­rym wy­cho­dzi ono poza in­dy­wi­du­al­ny wid­no­krąg i roz­wi­ja się da­lej w kon­fron­ta­cji z in­ny­mi punk­ta­mi wi­dze­nia. Są­dzę, że my­śle­nie kry­tycz­ne na­bie­ra wła­ści­we­go so­bie sen­su w ży­wio­le współ­by­cia i współ­od­czu­wa­nia. Bez nie­go jest je­dy­nie in­te­lek­tu­al­nym gry­ma­sem. W tej in­ten­cji na­pi­sa­ne zo­sta­ły bo­daj wszyst­kie po­niż­sze szki­ce. Dra­mat my­śli po­szu­ku­ją­cej trwa­łej sank­cji swo­je­go ist­nie­nia – niech to bę­dzie dys­kret­ny, nie­wy­róż­nio­ny epi­graf książ­ki, któ­rą prze­ka­zu­ję w ręce czy­tel­ni­ków.

Książkę Życie w rozproszonym świetle. Eseje Jacek Gutorow zakupiłam właściwie po przeczytaniu spisu treści, więcej na Virtualo nie udostępniono, bywa. Moją uwagę zwróciły szczególnie eseje dotyczące Franza Kafki i Hannah Arendt: Notatki o Kafce, Kafka: przeciw dosłowności, Han­nah Arendt i dra­mat toż­sa­mo­ści. 

Wy­ja­śnia­nie, o czym są utwo­ry Kaf­ki, to za­bieg su­ge­ru­ją­cy, że ist­nie­je osta­tecz­ne, nie­kwe­stio­no­wa­ne prze­sła­nie tek­stu. Lepiej bym tego nie ujęła. Jacek Gutorow w mistrzowski sposób wyraził w tym eseju to, co ja chciałbym napisać o Kafce, kreatywne podejście do twórczości przede wszystkim, a nie powielanie zmielonych i strawionych resztek innych.

Krótka forma, po brzegi wypełniona treścią.

Je­śli książ­ka Ca­las­sa wy­da­je mi się mo­men­ta­mi kon­tro­wer­syj­na, to chy­ba wła­śnie ze wzglę­du na ła­twość, z jaką wło­ski kry­tyk prze­cho­dzi od de­ta­licz­nych, skom­pli­ko­wa­nych ana­liz, w któ­rych w bły­sko­tli­wy spo­sób niu­an­su­je i od­pa­ro­wu­je Kaf­kow­skie nar­ra­cje, do uogól­nień przy­bie­ra­ją­cych naj­czę­ściej po­stać eg­ze­ge­zy rze­ko­mo sym­bo­licz­nej war­stwy tek­stu. Pod­kre­ślam sło­wo „rze­ko­mo”: wła­ści­wie wszy­scy ko­men­ta­to­rzy twór­czo­ści Kaf­ki pod­kre­śla­ją, że utwo­ry pi­sa­rza po­win­ny być od­czy­ty­wa­ne do­słow­nie. Czy­ni tak zresz­tą sam Ca­las­so, któ­ry w pew­nym mo­men­cie za­uwa­ża: „Kaf­ki nie moż­na zro­zu­mieć, je­śli nie czy­ta się go do­słow­nie”. O tym, że nie jest to ła­twe, nie trze­ba spe­cjal­nie prze­ko­ny­wać – mi­to­po­dob­na, na poły ale­go­rycz­na struk­tu­ra Kaf­kow­skich nar­ra­cji kusi do do­szu­ki­wa­nia się w nich ukry­tych, ta­jem­nych zna­czeń. Trud­no wręcz otrzą­snąć się z my­śli, że Pro­cesZa­mek to wiel­kie pa­ra­bo­le, któ­re na­le­ży czy­tać w spo­sób ale­go­rycz­ny, a więc za­mie­nia­jąc drob­ne epi­zo­dy i wy­po­wie­dzi na praw­dy o wyż­szym no­mi­na­le.

Tek­sty Kaf­ki mniej lub bar­dziej wy­raź­nie sta­wia­ją opór ta­kim pró­bom. Opór sta­wia­ją zresz­tą nie tyle tek­sty, ile wpi­sa­na w nie sce­na lek­tu­ry. Tak jak czy­tel­nik zo­sta­je wcią­gnię­ty przez dzie­ło (pierw­sza lek­tu­ra to ów punkt, od któ­re­go nie ma po­wro­tu), tak też cała sfe­ra od­czy­tań ale­go­rycz­nych, me­ta­fo­rycz­nych i sym­bo­licz­nych zo­sta­je sku­tecz­nie zneu­tra­li­zo­wa­na przez do­słow­ność nar­ra­cji. Nie zna­czy to by­naj­mniej, że świat Kaf­ki odar­ty jest z ta­jem­nic i od­czu­cia głę­bi. Zna­czy to tyl­ko tyle, że opo­wieść, je­śli ma za­cho­wać swój sens, musi po­zo­stać opo­wie­ścią. Do­szu­ki­wa­nie się w niej głęb­szych zna­czeń ozna­cza po pro­stu ka­ni­ba­li­stycz­ne wchło­nię­cie sa­mej nar­ra­cji, a w kon­se­kwen­cji wchło­nię­cie i roz­bro­je­nie ta­jem­ni­cy, któ­rej być może strze­że. Moż­na by po­my­śleć, że her­me­neu­tycz­na eg­ze­ge­za ukry­tych zna­czeń po­ja­wia­ją­cych się na za­ple­czu twór­czo­ści Kaf­ki po­sze­rza i wzbo­ga­ca sce­nę lek­tu­ry. Ale jest do­kład­nie od­wrot­nie. Wy­ja­śnia­nie, o czym są utwo­ry Kaf­ki, to za­bieg su­ge­ru­ją­cy, że ist­nie­je osta­tecz­ne, nie­kwe­stio­no­wa­ne prze­sła­nie tek­stu. A prze­cież Kaf­kow­skie hi­sto­rie opo­wia­da­ją wła­śnie o pew­nej nie­moż­no­ści – nie nie­moż­no­ści do­tar­cia do „osta­tecz­ne­go prze­sła­nia”, lecz nie­moż­no­ści okre­śle­nia, czy ta­kie prze­sła­nie w ogó­le ist­nie­je. Dra­mat Kaf­ki to w du­żej mie­rze dra­mat nie­ko­mu­ni­ko­wal­no­ści i nie­kon­klu­zyw­no­ści. Pro­cesZa­mek są wspa­nia­ły­mi eks­po­zy­cja­mi (a na­wet eks­po­zy­tu­ra­mi) tego dra­ma­tu: Kaf­ka dzie­li się z nami do­świad­cze­niem nie­zisz­czal­no­ści, a jest to ten ro­dzaj do­świad­cze­nia, któ­re­go nie da się prze­ło­żyć, wy­ja­śnić, wy­tłu­ma­czyć, wła­śnie z uwa­gi na fakt, że każ­de tłu­ma­cze­nie im­pli­ku­je pew­ną moż­ność, a za­tem stoi w sprzecz­no­ści z do­świad­cze­niem, do któ­re­go się od­no­si.

Han­nah Arendt i dra­mat toż­sa­mo­ści.

Co po­zo­sta­ło? Py­ta­nie to po­wró­ci póź­niej, już po tym, kie­dy Arendt do­wie się o pla­nach „osta­tecz­ne­go roz­wią­za­nia” i ist­nie­niu ko­mór ga­zo­wych. Od­po­wiedź na nie oka­że się de­cy­du­ją­ca nie tyl­ko dla kie­run­ku, w ja­kim po­dą­ży jej myśl fi­lo­zo­ficz­na i po­li­tycz­na, lecz rów­nież dla toż­sa­mo­ści tych nie­miec­kich Ży­dów, któ­rym uda­ło się uciec z Nie­miec i któ­rzy mie­li wkrót­ce stwo­rzyć, głów­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, wspól­no­tę in­te­li­gen­tów na wy­gna­niu, świa­do­mą wła­snej od­ręb­no­ści kon­ste­la­cję nie­miec­kie­go du­cha na ob­czyź­nie. Mia­ła to być wspól­no­ta złą­czo­na prze­ko­na­niem o po­trze­bie przy­wró­ce­nia prze­szło­ści. Może na­wet jej prze­li­cy­to­wa­nia i wskrze­sze­nia ma­rzeń, któ­rych nie uda­ło się wte­dy, w za­trwa­ża­ją­co od­le­głej epo­ce Co­he­na i Ro­sen­zwe­iga, zre­ali­zo­wać? Py­ta­nie o cią­głość toż­sa­mo­ści – o to, co zo­sta­je po za­wa­le­niu się świa­ta i utra­cie wia­ry w sens wła­sne­go „ja” – mia­ło być fun­da­men­tem, na któ­rym Arendt zbu­du­je swo­ją póź­ną fi­lo­zo­fię. Rolę nie­po­śled­nią, choć ni­g­dy do koń­ca nie­wy­ra­żo­ną, miał ode­grać ję­zyk. I to wła­śnie wte­dy, za­le­d­wie kil­ka lat po ka­ta­kli­zmie, do­cho­dzi do spo­tka­nia z He­ideg­ge­rem, my­śli­cie­lem na po­zór skom­pro­mi­to­wa­nym i osa­mot­nio­nym, w isto­cie jed­nak co­raz bar­dziej wpły­wo­wym; pi­szą­cym o spra­wach, wy­da­wa­ło­by się, na­der od­le­głych, umie­ją­cym prze­cież pod­jąć i roz­wi­nąć draż­li­we kwe­stie zwią­za­ne z in­dy­wi­du­al­ną pod­mio­to­wo­ścią. Któż jak nie He­ideg­ger mógł być prze­wod­ni­kiem w la­bi­ryn­cie utra­co­nej toż­sa­mo­ści? Któż jak nie on mógł wy­ja­śnić skom­pli­ko­wa­ne re­la­cje ist­nie­ją­ce po­mię­dzy ję­zy­kiem, eg­zy­sten­cją i od­czu­ciem wła­sne­go „ja”?

W trakcie czytania znalazłam o wiele więcej fragmentów, dla których dzisiaj sięgnęłabym po Życie w rozproszonym świetle. Taka mała uczta dla konesera: Proust, widma i czas niedokonany i Hotel Derrida (fantazja).

Pro­ust był go­tów do pi­sa­nia Wiel­kiej Po­wie­ści. Po­cząt­ko­wo pro­jekt miał cha­rak­ter es­te­tycz­ny i po­le­micz­ny i był wy­mie­rzo­ny prze­ciw­ko es­te­ty­ce Char­les’a-Au­gu­sti­na Sa­in­te-Beu­ve’a. W 1907 roku po­ja­wił się szkic Dni lek­tu­ry, tekst wpro­wa­dza­ją­cy nas w at­mos­fe­rę Po­szu­ki­wa­nia. War­to go uważ­nie prze­czy­tać, choć­by jako in­te­re­su­ją­ce po­sło­wie do prze­kła­dów Ru­ski­na. Pi­sarz tłu­ma­czy się z lek­tu­ry Pa­mięt­ni­ków księż­nej de Bo­igne, po­le­ca lek­tu­rę Al­ma­na­chu go­taj­skie­go i ko­le­jo­we­go roz­kła­du jaz­dy. Pod ko­niec zmie­nia ton i dość nie­ocze­ki­wa­nie pi­sze o „zja­wach, któ­re nie­ustan­nie wci­ska­ją się mię­dzy mój umysł a jego przed­miot, jak to się zda­rza we snach”. A po chwi­li:

Nie po­tra­fię oprzeć się we­zwa­niu owych wi­dzeń, któ­re uno­szą się, współ­za­to­pio­ne, w przej­rzy­sto­ści mo­je­go my­śle­nia. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem uczy­nić to, co uda­je się wy­ta­pia­czom szkła, ob­le­ka­ją­cym w trwa­ły kształt wła­sne ma­rze­nia tam, gdzie się po­ja­wi­ły, mię­dzy dwo­ma wo­da­mi za­bar­wio­ny­mi ciem­no­ró­żo­wy­mi re­flek­sa­mi, w prze­zro­czy­stej ma­te­rii, kie­dy to zmien­ny pro­mień wy­cho­dzą­cy z jej wnę­trza po­zwa­la mnie­mać, iż po­ja­wia­ją się one w sa­mym umy­śle, igra­jąc tam bez koń­ca.

Pro­ust roz­wi­ja me­ta­fo­ry­kę optycz­ną. Co­raz wy­raź­niej mówi o wid­mo­wo­ści umy­słu, ję­zy­ka, pi­sma. To frag­ment fa­scy­nu­ją­cy, choć­by dla­te­go, że – przy­pad­ko­wo? mi­mo­wol­nie? – za­po­wia­da sce­ny roz­mów te­le­fo­nicz­nych w Po­szu­ki­wa­niu, sce­ny nie­odmien­nie oso­bli­we, bo uka­zu­ją­ce łącz­ność te­le­fo­nicz­ną jako dzia­łal­ność zjaw, gniew­nych bóstw i bo­giń (na przy­kład roz­mo­wa z mat­ką czy roz­mo­wa z Anną w pierw­szym roz­dzia­le Uwię­zio­nej). W Dniach lek­tu­ry me­ta­fo­ra te­le­fo­nicz­na po­ja­wia się na sa­mym koń­cu: „Gdy tyl­ko ja­kaś ubocz­na myśl, ja­kaś nie­dy­skret­na fan­ta­zja, chcąc zmie­szać się z tym, co jej nie do­ty­czy, za­gro­zi raz jesz­cze prze­rwa­niem wąt­ku, na­tych­miast po­pro­szę ją, by zo­sta­wi­ła nas w spo­ko­ju: «Pro­szę pani, tu się roz­ma­wia, pro­szę się wy­łą­czyć!»”.

Reklamy