Pianie kogutów, płacz psów Wojciech Tochman – Wszyst­kim ma­rzy­ło się zdro­wie? Wszy­scy chcą dłu­go żyć?

Pianie kogutów, płacz psów,  Wojciech Tochman Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2019.

Od­po­wie­dzi nie mają zna­cze­nia. Ob­ce­mu nie trze­ba mó­wić praw­dy, po co mu praw­da o nas? Obcy wie, że praw­dy nie usły­szy. Obcy rów­nież hoł­du­je za­sa­dzie, że w roz­mo­wie z nie­zna­jo­mym ostroż­ność nie za­szko­dzi. 

Mocny reportaż, jak zwykle u Wojciecha Tochmana, bez zbędnych monologów, ekstrakt z dzisiejszej Kambodży i jej przerażającej historii. Nie znajdziemy tutaj turystycznych zachwytów, nie ma top 3 miejsca które warto odwiedzić, jest w pigułce, tylko że przełknięcie jej będzie nieco trudne. Trzeba być superbohaterem, aby unieść taką nędzę.

W Kam­bo­dży – czy­ta­my na stro­nie in­ter­ne­to­wej TPO – ist­nie­je ogrom­na róż­ni­ca po­mię­dzy tym, co po­trzeb­ne, a tym, co do­stęp­ne. Psy­chia­tra po­wi­nien pra­co­wać w każ­dym ośrod­ku zdro­wia. W ca­łym kra­ju psy­chia­trów jest pięć­dzie­się­cio­ro. A lu­dzi po­nad szes­na­ście mi­lio­nów.


Żad­nej mat­ce ta­kiej spra­wy nie ży­czę. Ta­kie­go utra­pie­nia. Ska­zać na łań­cuch dziec­ko, któ­re uro­dzi­ła. Słu­chać, jak co­dzien­nie na łań­cu­chu skom­le. Lep­sza śmierć dziec­ka chy­ba, bo to jest ja­kieś roz­wią­za­nie. Cios, po któ­rym się żyje. My­śmy tu­taj do umie­ra­nia przy­wy­kli. Ma­la­ria, miny, raz-dwa czło­wiek idzie w po­pio­ły. Je­den cios. I ce­re­mo­nię bym zro­bi­ła, za­pła­ci­ła mni­chom za ob­rzę­dy, duch dziec­ka od­szedł­by da­le­ko i może na­wet za ja­kiś czas po­wró­cił­by zdro­wy. Ale nie. Tor­tu­ra co­dzien­nie, oczy cór­ki, prze­kleń­stwo, wy­rzut su­mie­nia, bo jak pa­trzę na jej łań­cuch, to czu­ję się bez­piecz­na. Wła­sne­go dziec­ka się boję? Męka. Jak­by mnie ktoś w brzuch kłuł no­żem co rano.


Cze­ska or­ga­ni­za­cja po­pro­si­ła trzy fir­my bu­dow­la­ne o spo­rzą­dze­nie eks­per­tyz. Eks­per­ci na­pi­sa­li, że góra w sali kina jest cięż­ka, tok­sycz­na, sta­le emi­tu­je me­tan. Ka­ta­stro­fa może na­stą­pić za chwi­lę. Jed­ni ra­dzi­li górę usu­nąć, inni, by jej nie ru­szać, tyl­ko bu­dy­nek ra­zem z górą zbu­rzyć. Tak czy ina­czej lu­dzi stąd trze­ba pil­nie wy­pro­wa­dzić.

Na ra­zie lu­dzie o tym nie wie­dzą. Albo tyl­ko tak mó­wią. Jak ta bez­dziet­na star­sza para z czwar­te­go pię­tra. Przy­błą­ka­li się tu­taj, kie­dy Pol Pot upadł. Za­ję­li po­kój z drzwia­mi na ga­le­rię. On skom­bi­no­wał ro­wer i pod­wo­ził lu­dzi. Ona mia­ła kram z cu­dzy­mi li­mon­ka­mi. Tak za­ra­bia­li na ryż. Te­raz? Zbie­ra­ją pla­sti­ko­we bu­tel­ki. Cho­dzą po ca­łej dziel­ni­cy we dwo­je, przez cały wie­czór uzbie­ra­ją pięt­na­ście kilo bu­te­lek wy­peł­nio­nych po­wie­trzem. Wór wyż­szy od czło­wie­ka przy­wią­zu­ją do liny i wcią­ga­ją na czwar­te pię­tro. Rano go spusz­cza­ją na par­ter, za­no­szą do sku­pu, do­sta­ją nie­ca­łe dwa do­la­ry. Mają za co zjeść.


Chan Sori go nie miał. Cho­dzi­my po bu­dyn­ku, po­ka­zu­je­my jego zdję­cie. Sori? Jaki Sori? Ostat­ni miesz­kań­cy zno­szą na dół reszt­ki swo­je­go do­byt­ku, swo­jej nę­dzy. Ja­cyś męż­czyź­ni w zie­lo­nych kom­bi­ne­zo­nach wcho­dzą na wyż­sze pię­tra, mają młot­ki, gwoź­dzie. Miesz­ka­nie po miesz­ka­niu za­bi­ja­ją nie­ohe­blo­wa­ny­mi de­ska­mi. Ko­ry­tarz za ko­ry­ta­rzem. Wresz­cie cały bu­dy­nek jest pu­sty. Pięć­set ro­dzin po­szło w pięć­set stron. Za­kaz wstę­pu. Wjeż­dża­ją cięż­kie ma­szy­ny, roz­wa­la­ją ścia­nę po ścia­nie, pię­tro po pię­trze. Sori? Jaki Sori? Wie­lu ta­kich So­rich tu było.


Rów­nież do­ro­śli tra­cą w ce­giel­niach ręce, pal­ce, oczy. Nie no­szą odzie­ży ochron­nej, rę­ka­wi­czek, oku­la­rów. Wła­ści­ciel pła­ci za szpi­tal. Co wy­dał na ra­tu­nek, do­da­je do dłu­gu. Kie­dy pra­cow­nik w ce­giel­ni gi­nie, trze­ba wy­pra­wić dro­gie ce­re­mo­nie, też za pie­nią­dze wła­ści­cie­la. Ma je spła­cać ro­dzi­na zmar­łe­go, jego dzie­ci. Dług jest dzie­dzicz­ny.

Dług spro­wa­dza lu­dzi do ce­giel­ni i znie­wa­la na po­ko­le­nia. Chy­ba wszy­scy pra­cow­ni­cy wszyst­kich fa­bryk ce­gieł w Kam­bo­dży z po­wo­du dłu­gu na­ję­li się do tej pra­cy. Ile jest w kra­ju ce­giel­ni? Nikt nie wie. Wi­dać je wszę­dzie – sto­ją bli­sko głów­nych dróg, żeby cię­ża­rów­ki mia­ły jak do­je­chać, na przed­mie­ściach naj­więk­szych miast: Phnom Penh, Siem Reap, Si­ha­no­ukvil­le. Mia­sta do nie­daw­na wy­so­kie na trzy, czte­ry pię­tra dziś chcą się­gać do chmur. Po­trze­bu­ją ce­gieł, dużo ce­gieł, ta­nio, szyb­ko.


Je­dzie­my do wsi Roka. Źle się tam dzie­je od ja­kie­goś cza­su, złe licz­by ro­sną, pi­szą o nich ga­ze­ty, już set­ka lu­dzi do­tknię­tych dra­ma­tem, dwie set­ki, pra­wie trzy, całe ro­dzi­ny żyją w lęku, wła­dza wy­da­je ko­mu­ni­ka­ty i obie­cu­je temu za­ra­dzić. Ale jak? Co się sta­ło, już się nie od­sta­nie.

Jed­na trze­cia miesz­kań­ców wsi Roka nie pi­sze i nie czy­ta, to już wie­my, nie bę­dzie­my się ni­cze­mu dzi­wić. Naj­pierw, w sto­li­cy pro­win­cji, w Bat­tam­bang, py­ta­my w urzę­dzie, kie­dy wła­dza się zo­rien­to­wa­ła. Dok­tor Vo­eurng Bun­reth, dy­rek­tor de­par­ta­men­tu zdro­wia, wy­ja­śnia: dru­ży­ny hi­gie­ni­stów szły od wsi do wsi i od przy­pad­ko­wo wy­bra­nych osób po­bie­ra­ły krew. Ba­da­nia prze­sie­wo­we w kie­run­ku HIV robi się w ca­łej Kam­bo­dży. We wsi Roka na je­de­na­ście prze­te­sto­wa­nych osób trzy oka­za­ły się po­zy­tyw­ne. Dwo­je do­ro­słych i dziec­ko. Za dużo. Na­za­jutrz o od­da­nie krwi po­pro­szo­no trzy­dzie­stu oby­wa­te­li. Wy­nik – tu­zin do­dat­nich. Więc prze­ba­da­no ko­lej­nych – wy­szło sto, po­tem dwie­ście plu­sów, po­tem ko­lej­ne. Wśród za­ka­żo­nych lu­dzie star­si, któ­rzy zda­niem wła­dzy już nie upra­wia­ją sek­su. I dzie­ci, któ­rych mat­ki mia­ły wy­ni­ki ne­ga­tyw­ne. To zna­czy, że nie za­ka­zi­ły się ani w ży­ciu pło­do­wym, ani przez po­karm, tyl­ko ja­koś ina­czej. U po­ło­wy po­zy­tyw­nie zdia­gno­zo­wa­nych stwier­dzo­no rów­nież żół­tacz­kę typu C.

Reklamy