Philip Roth Teatr Sabata, Świat kręci się bez­bo­le­śnie — roz­cha­chana ludz­kość na dłu­gich, roz­ryw­ko­wych waka­cjach — a tu zstę­puje na zie­mię Sabat i w ciągu jed­nej nocy wszystko zamie­nia się w ponury kanał łez. Skąd ten pomysł? Może ktoś mi wresz­cie wytłu­ma­czy?

Philip Roth Teatr Sabata, przełożył Jacek Spólny, Wydawnictwo Literackie 2017.

Dzieła Philipa Rotha z pewnością potrafią wzbudzać emocje, tym razem autor przekroczył pewną granicę. Opis wyuzdanego seksu, wulgarność czy fetyszyzm nie jest nowością w twórczości Rotha. Seks, pożądanie i zabawy dla dorosłych opisane przy użyciu wulgarnego czy dosadnego języka bez owijania w bawełnę są czymś akceptowalnym i normalnym, jednak opis dojrzałego mężczyzny podniecającego się na myśl o nastolatce (Sylvija ma skończone osiemnaście lat, ale…) nie jest czymś, o czym chciałabym czytać. Cóż, pewnego rodzaju obleśność jest znakiem rozpoznawczym Rotha, ale w tym wydaniu nie kupuję jej. Książka jest dość słaba, odnalazłam w niej jednak fragmenty, który dały mi do myślenia. 

I oto oświad­czała mu, że nie ma już ochoty na bycie kobietą, o któ­rej wszy­scy jed­no­myśl­nie orze­kali, że jest jedyna w swoim rodzaju. Mając pięć­dzie­siąt dwa lata, na tyle pod­nie­ca­jąca, że w jej towa­rzy­stwie nawet męż­czyźni kon­wen­cjo­nalni sta­wali się lek­ko­myślni, pra­gnęła się zmie­nić i stać kimś innym — a czy wie­działa, dla­czego? Poezja jej życia kryła się w tajem­nej sfe­rze dresz­czy pod­nie­ce­nia i sekre­tów. Siłą pcha­jącą naprzód jej życie była czy­sta, zwie­rzęca moc, odróż­nia­jąca jej ist­nie­nie od innych. Czym by bez niej była? Czym bez tego byłby on? Sta­no­wiła dla niego ostatni pomost w inny świat, ona i jej upodo­ba­nie do tego, co zaka­zane. W swo­jej karie­rze nauczy­ciela ucieczki od zwy­czaj­no­ści ni­gdy jesz­cze nie zna­lazł bar­dziej uzdol­nio­nej uczen­nicy; łączyły ich nie kon­wen­cje, lecz instynkty, i potra­fili obda­rzyć ero­tyczną aurą wszystko i wszyst­kich prócz wła­snych mał­żon­ków. Każdy z ich związ­ków aż pro­sił się o kontr­mał­żeń­stwo, w któ­rym każde z cudzo­łoż­ni­ków sta­wi­łoby czoło swo­jemu poczu­ciu uwię­zie­nia. Czyżby nie umiała roz­po­znać cudu?

Tak bez­li­to­śnie ją kry­ty­ko­wał, bo wal­czył o wła­sne życie.

Poniżej fragment, w którym nie odnalazłam autora dla wielu tak kultowego i kontrowersyjnego Kompleksu Portnoya. Philip Roth tym razem częściej mdlił mnie, niż zachwycał.

Dla­czego się ze mnie wyśmie­wasz? — krzy­czała Drenka. — Jasne, jesteś mądrzej­szy, mądrzej­szy od wszyst­kich, prze­ga­dasz…
— Tak, tak — mówił. — Mądrala zawsze miał ten luk­sus bycia nie­po­waż­nym, i to im poważ­niej­szym prze­ma­wiał tonem. Szcze­gó­łowy, skru­pu­latny i wymowny racjo­na­lizm w ustach Mor­risa Sabata był z góry do prze­wi­dze­nia i powi­nien był z reguły budzić natych­mia­stowe podej­rze­nia, cho­ciaż nawet on sam nie był do końca pewien, czy takie wymowne bzdury mogą być w stu pro­cen­tach nie­do­rzeczne. Nie, nie, to nie takie pro­ste, spro­wa­dzić na manowce…
— Prze­stań! Bła­gam, nie wydur­niaj się!
— Pod warun­kiem, że prze­sta­niesz zacho­wy­wać się jak kre­tynka! Skąd ten nagły przy­pływ głu­poty? Czego tak naprawdę ode mnie chcesz? Żebym zło­żył przy­sięgę? Będziesz ją odbie­rać? Jakie są jej słowa? Podaj mi spis rze­czy, któ­rych nie wolno mi robić. Sto­su­nek. O to cho­dzi? O nic wię­cej? A co powiesz o poca­łunku? Tele­fo­nie? Czy ty też będziesz przy­się­gać? A skąd będę wie­dzieć, czy dotrzy­masz obiet­nicy? Jak dotąd nie mia­łaś tego w zwy­czaju.
I to w chwili, gdy wraca Silvija, myślał Sabat. Czy Drence cho­dzi o lęk przed tym, co będzie zmu­szona zro­bić, żeby roz­pa­lić Sabata? Latem zeszłego roku Silvija, bra­ta­nica Matiji, zamiesz­kała u Bali­chów i pra­co­wała jako kel­nerka w mote­lo­wej jadalni. Silvija była osiem­na­sto­let­nią lice­alistką ze Splitu, która przy­je­chała na waka­cje do Ame­ryki szli­fo­wać angiel­ski. Porzu­ciw­szy w ciągu doby wszel­kie wyrzuty sumie­nia, Drenka przy­no­siła Saba­towi brudną bie­li­znę nasto­latki, cza­sami wetkniętą w kie­sze­nie, cza­sami wpa­ko­waną w torebkę. Zakła­dała ją i uda­wała przed męż­czy­zną Silviję. Prze­su­wała bie­li­znę po jego dłu­giej, bia­łej bro­dzie, i przy­ci­skała mu ją do roz­chy­lo­nych ust. Sztyw­nego członka owi­jała w paski i miseczki maleń­kiego biu­sto­no­sza, gła­dziła go, otu­lo­nego jedwabną tka­niną rze­czy Silviji. Wkła­dała mu nogi w dolną część bikini dziew­czyny i pod­cią­gała jak naj­wy­żej mogła po jego opa­słych udach.
— Mów — powta­rzał — mów to wszystko.
I słu­chała go: — Tak, masz moje pozwo­le­nie, ty świn­tu­chu, tak — mówiła — możesz ją wziąć, daję ci, możesz brać jej wąską c…
Silvija była drobną, aniel­ską istotką o bar­dzo bia­łej skó­rze i ruda­wych kędzio­rach, noszącą małe oku­lary w meta­lo­wych opraw­kach, przy­da­jące jej wygląd pil­nego dziecka.
— Zdję­cia — przy­ka­zy­wał Sabat Drence — znajdź jakieś zdję­cia. Muszą jakieś być, wszyst­kie się foto­gra­fują.
Nic z tych rze­czy. Nie pasują do potul­nej Silviji. Nie może być, upie­rała się Drenka, ale naza­jutrz, gdy grze­bała w szafce Silviji, pod baweł­nia­nymi hal­kami zna­la­zła stos przy­wie­zio­nych ze Splitu pola­ro­idów, które miały ukoić tęsk­notę dziew­czyny. Były to przede wszyst­kim zdję­cia ojca, matki, star­szej sio­stry i jej narze­czo­nego, psa, ale na jed­nym zdję­ciu widać było Silviję i jakąś jej rówie­śniczkę, miały na sobie tylko poń­czo­chy i pozo­wały sto­jąc bokiem do apa­ratu w drzwiach pomię­dzy dwoma poko­jami jakie­goś miesz­ka­nia. Tamta była znacz­nie potęż­niej­sza niż Silvija — mocno zbu­do­wana, zwa­li­sta dzie­wu­cha o wiel­kich pier­siach i dynio­wa­tej gło­wie, obej­mu­jąca Silviję od tyłu, gdy ta pochy­lała się do przodu i wpy­chała swoje malut­kie pośladki w kro­cze kole­żanki. Silvija odrzu­cała głowę do tyłu i otwie­rała sze­roko usta, uda­jąc roz­kosz albo może naj­zwy­czaj­niej w świe­cie naśmie­wa­jąc się z głupstw, któ­rymi się zaba­wiały. Na odwro­cie foto­gra­fii, u samej góry, gdzie na każ­dym zdję­ciu znaj­do­wały się pod­pisy, Silvija napi­sała po chor­wacku „Nera odpo­zadi” — Nera od tyłu. To „odpo­zadi” pod­nie­cało go tak bar­dzo, jak i sama foto­gra­fia, którą oglą­dał od góry do dołu, pod­czas gdy Drenka mani­pu­lo­wała minia­tu­ro­wym sta­ni­kiem Silviji. W pewien ponie­dzia­łek, gdy kuch­nia w motelu była nie­czynna, a Matija zabrał bra­ta­nicę na wycieczkę po zabyt­kach Bostonu, Drenka wci­snęła się w ludowy strój, zło­żony z czar­nej spód­niczki i obci­słego, hafto­wa­nego gor­setu, w któ­rym Silvija — tak jak inne pra­cow­niczki motelu — para­do­wała jako kel­nerka, po czym w pokoju, gdzie sypiała Silvija, poło­żyła się na łóżku. Tam to wła­śnie została „uwie­dziona”, doma­ga­jąc się, by „pan Sabat” nie pisnął ani słów­kiem cioci i wuj­kowi o tym, co zgo­dziła się robić za pie­nią­dze.
— Ni­gdy przed­tem nie mia­łam męż­czy­zny. Robi­łam to tylko z chło­pa­kiem, ale on try­ska tak szybko. Ni­gdy nie mia­łam takiego męż­czy­zny.
— Mogę w tobie wytry­snąć, Silvijo?
— Tak, tak, zawsze marzy­łam o tym, żeby wszedł we mnie męż­czy­zna. Tylko pro­szę nie mówić cioci i wuj­kowi!
— Ole­wam twoją ciotkę. Pier­dolę Drenkę!
— O, naprawdę? Cio­cię? Naprawdę? Lep­sza z niej dupa ode mnie?
— Nie, nie, ni­gdy w życiu.
— Czy jej cipka jest wąska jak moja?
— Oj, Silvijo, ciotka stoi w drzwiach i nas pod­gląda!
— O Boże!
— Ona też chce się z nami jebać.
— O Boże, ni­gdy niczego takiego nie pró­bo­wa­łam…
Tego pierw­szego popo­łu­dnia prze­ćwi­czyli wła­ści­wie wszyst­kie waria­cje, a mimo to Sabat zabrał się z pokoju Silviji na wiele godzin przed powro­tem dziew­czyny z wujem. Było prze­cu­dow­nie — tak mówili i Silvija, i Matija, i Drenka, i Sabat. Wszy­scy tego lata byli szczę­śliwi, włącz­nie z żoną Sabata, który był do niej uspo­so­biony wyjąt­kowo życz­li­wie — przy śnia­da­niu zda­rzało się nawet, że nie tylko pytał o któ­reś ze spo­tkań klubu AA, ale nawet uda­wał, że wysłu­chuje odpo­wie­dzi.

Reklamy