Dom z dwiema wieżami. Maciej Zaremba Bielawski – Spo­ro wiem o tym, jak to jest być ob­cym w ob­cym kra­ju, ale nic o tym, jak być ob­cym we wła­snym.

Maciej Zaremba Bielawski Dom z dwiema wieżami, Wydawnictwo Karakter, z szwedzkiego przełożył Mariusz Kalinowski. Książka napisana i przetłumaczona z dbałością o język.

Jak mam na­zy­wać ją, któ­ra no­si­ła trzy imio­na i przy­naj­mniej pięć na­zwisk? Przy­cho­dzi na świat jako Lila, cho­wa się naj­pierw w Elż­bie­cie, po­tem w Eli­sa­beth. Ale dla Oska­ra za­wsze była Izą. To pięk­ny dźwięk, chy­ba naj­chęt­niej była Izą. Ale ja mu­szę pi­sać Lila, to imię jej losu, i naj­wy­raź­niej też mo­je­go.

Tak mo­gła­by się za­cząć ta hi­sto­ria o nich dwoj­gu. Moi ro­dzi­ce nie chcą być swo­imi imio­na­mi. Ale kie­dy to so­bie uświa­da­miam, już jest za póź­no na py­ta­nia.

Historia rodziny Bielawskich i Immerdauer jest intrygująca i wyjątkowa, bywała traumatyczna i trudna do ogarnięcia, zwłaszcza ze względu na brak świadków czy materiałów,  ale te które udało się zdobyć autorowi sprawiły, że czyta się ją z zaciekawieniem. Dwoje ludzi z tak odmiennym bagażem doświadczeń stworzyło wspólne życie, zdawałoby się że i wspólne wspomnienia. Przynajmniej pamięć o nich.

Rozdarte wspomnienia i zranione dusze, które nie spodziewały się, że po wojennej zawierusze ich lęki i obawy powrócą. To trze­ci rok. Lila czu­je, że mon­strum lada mo­ment się wy­rwie. Miesz­ka mię­dzy ser­cem a żo­łąd­kiem i musi tam po­zo­stać, stłam­szo­ne, bo jak prze­ci­śnie się na ze­wnątrz, to oczy ją zdra­dzą.

Moment, w którym Maciej Zaremba Bielawski odkrywa, że zaszła zmiana w kraju, który uważał za swoją jedyną ojczyznę dla wielu obywateli Polski 8 mar­ca 1968 stał się punk­tem zwrot­nym. Więk­szość z tych, któ­rzy tam byli, mówi, że to był szok, że zmie­nił ich ży­cie, lecz nie po­tra­fią dać słów temu, co wła­ści­wie pę­kło. A potem było jeszcze gorzej. Wy­obraź­cie so­bie, pro­szę, że je­ste­ście w Kró­lew­skim Te­atrze Dra­ma­tycz­nym. Na­gle drzwi się otwie­ra­ją i do środ­ka wpa­da­ją por­tie­rzy. Pał­ka­mi i ga­zrur­ka­mi ata­ku­ją sie­dzą­cych w pierw­szym rzę­dzie. Resz­ta pu­blicz­no­ści uda­je, że kart­ku­je swo­je pro­gra­my. Bez­sen­sow­na zgro­za – któ­ra na­gle obo­wią­zu­je jako stan nor­mal­ny. Nie po­tra­fię wy­ra­zić tego w inny spo­sób. Nie czy­ta ga­zet, ale sły­szy. To obcy ele­ment za­kłó­cił spo­kój na uni­wer­sy­te­cie. On nie jest obcy. Jest dzie­sięć razy bar­dziej Po­la­kiem niż ten mo­tłoch z pał­ka­mi. Ich przod­ko­wie słu­ży­li za pod­nó­żek Ta­mer­la­na, gdy bra­cia Bie­law­scy her­bu Za­rem­ba sta­wa­li w polu prze­ciw­ko Krzy­ża­kom.

Kontrast pomiędzy wojennymi doświadczeniami Izy a Oskara jest ogromny, jak pisze Maciej Zaremba Bielawski: Czter­dzie­ści lat póź­niej, gdy jego już nie ma, ona pi­sze list mi­ło­sny do nie­ba. Dla­cze­go po­zwo­li­łeś mi za­po­mnieć, kim je­stem? Kie­dy to czy­tam, uświa­da­miam so­bie, że ten ma­jo­wy dzień w 1946 roku, to mu­siał być pierw­szy i ostat­ni raz, gdy ona opo­wia­da­ła. Przez dwie go­dzi­ny, może trzy, a po­tem już ni­g­dy wię­cej. Czy dla­te­go, że na­praw­dę chcia­ła za­po­mnieć? Dla­cze­go mnie nie py­ta­łeś – czy­tam w tym li­ście mię­dzy wier­sza­mi – i to ja mu­szę od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, po­nie­waż cały je­stem z tego mil­cze­nia.
Gdy im­plo­du­je ono dwa­dzie­ścia lat póź­niej, na wszyst­ko jest już za póź­no. On nie ro­zu­mie jej roz­pa­czy. Prze­ra­ża go jej de­spe­ra­cja. Ona czu­je się opusz­czo­na.

Opowiadając niezwykłą historię swojej rodziny, Maciej Zaremba Bielawski poruszył wiele ciekawych tematów, na niektóre wydarzenia z naszej wspólnej historii po przeczytaniu Domu z dwiema wieżami spojrzymy z nowej perspektywy. 

Ja ufun­du­ję na tej fa­sa­dzie inną ta­bli­cę: W tym bu­dyn­ku 17 paź­dzier­ni­ka 1937 roku wal­ny zjazd Zwią­ku Le­ka­rzy Pań­stwa Pol­skie­go wpro­wa­dził do sta­tu­tu „pa­ra­graf aryj­ski”, któ­ry le­ka­rzy ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia wy­klu­czył ze Związ­ku. Ce­lem ZLPP było wy­ru­go­wa­nie Ży­dów z pro­fe­sji le­ka­rza. 

Maciej Zaremba Bielawski zabiera czytelnika na spacer po świecie, którego już nie ma, po wspomnieniach i pytaniach, na które nikt nie zna już odpowiedzi. To zmo­wa mil­cze­nia: je­śli będą dzie­ci, mają być utrzy­my­wa­ne w nie­wie­dzy o wszyst­kim, co mo­gło­by za­kłó­cić ich du­cho­wą rów­no­wa­gę. Do­trzy­ma­li umo­wy. Nie przy­po­mi­nam so­bie żad­ne­go zda­nia, któ­re choć­by na­po­my­ka­ło o ja­kimś za­gro­że­niu. Trzej sy­no­wie do­ra­sta­li w oku cy­klo­nu, nie­świa­do­mi sił, któ­re roz­ry­wa­ły ich ro­dzi­nę. 

Ojciec, który za­wsze jest oj­cem. Pol­sz­czy­zna za­re­zer­wo­wa­ła pew­ne sło­wa dla re­la­cji z dzieć­mi; „In­g­mar Berg­man nie­na­wi­dził swe­go taty” brzmi ko­micz­nie. Nie chcę brzmieć śmiesz­nie, na­wet po pol­sku. Lecz jak mam pi­sać ja, któ­ry ni­g­dy nie my­śla­łem o nim „ta­tuś”? Cho­ciaż był tatą. Jed­nak naj­bar­dziej był Oska­rem. Oskar Bielawski, lekarz psychiatra, na którego pierwszy raz natknęłam się w książce Macieja Zaremby Bielawskiego Higieniści, z dziejów eugeniki. Planuję ponownie przeczytać.

Na gru­po­wych zdję­ciach nie mu­szę szu­kać Oska­ra. Wy­star­czy omieść gru­pę wzro­kiem, szu­ka­jąc tego, co od­sta­je. Zapewne nie był takim całkiem zwyczajnym ojcem, i to nie tylko dlatego, że wiekiem dorównywał dziadkom czy nosił pumpy. Oskar skrywał tajemnicę.

Wra­cam ze szko­ły i sły­szę, jak inne dzie­cia­ki śmie­ją się z czło­wie­ka po dru­giej stro­nie uli­cy. „Pa­trz­cie na dzia­da!” Ten, z któ­re­go się śmie­ją, to mój tata. Wiem, co po­wi­nie­nem zro­bić. Ro­bię coś in­ne­go. Za­czy­nam opo­wia­dać ja­kiś ka­wał? Tłu­kę ja­kąś szy­bę? Cho­dzę na rę­kach? Co­kol­wiek, co by mo­gło od­cią­gnąć ich wzrok. Mi­nę­ło wie­le lat, już nie pa­mię­tam, co zro­bi­łem. Jed­nak wspo­mnie­nie o tym, cze­go nie zro­bi­łem, wciąż mnie prze­śla­du­je.

Absurdalnym jest fakt/zjawisko, że kultura, język, przekonania/religia i terytorium na jakim zamieszkujemy są wykorzystywane, aby nas dzielić. Spo­ro wiem o tym, jak to jest być ob­cym w ob­cym kra­ju, ale nic o tym, jak być ob­cym we wła­snym. Najłatwiej trzymać w ryzach skłóconych braci i siostry, bo gdyby znaleźli wspólny język, kto utrzymywał by ten cały rozbuchany aparat państwowy, jego twórcom chodzi jedynie o wyzysk, dzielą by rządzić, rządzą by wieść luksusowe życie.


JAK MAM TO NA­ZWAĆ, to, co mnie po­zba­wi­ło kra­ju – „pol­ski an­ty­se­mi­tyzm” czy „an­ty­se­mi­tyzm w Pol­sce”? 


Często jest nam wstyd przyznać się do tego, co Oskar Bielawski miał odwagę powiedzieć:

Mó­wisz rze­czy, ja­kich dzie­się­cio­la­tek wo­lał­by nie sły­szeć. Że lu­dzie, chcąc nie chcąc, brzy­dzą się próch­nie­niem. Że współ­czu­cie sta­rym czę­sto pod­szy­te jest po­gar­dą. Że to po­ni­ża­ją­ce, być bez­rad­nym, zda­nym na czy­jąś ła­skę i lek­ce­wa­żo­nym. To nie sła­bość jest naj­gor­sza, to rów­nia po­chy­ła, wi­dzieć po­dzi­wia­ne­go tatę, jak za­mie­nia się w zdzie­cin­nia­łe­go dzia­da.

Trudny temat, niełatwa książka, przeszłość opowiedziana, dzięki czemu zachowana.

Reklamy