Góry. Stan umysłu. Robert Macfarlane, Jak to się jednak stało, że szczyty i roztaczające się z nich widoki z taką mocą zawładnęły wyobraźnią tak wielu ludzi?

Robert Macfarlane, Góry. Stan umysłu, Wydawnictwo Poznańskie 2018, przekład Jacek Konieczny.

Jak to się jednak stało, że szczyty i roztaczające się z nich widoki z taką mocą zawładnęły wyobraźnią tak wielu ludzi?

….co jest trwałe, a co nie. Choć kamieniowi przypisujemy moc powstrzymywania upływu czasu, przeciwstawiania się jego zapędom (układamy z niego kopce, wycinamy kamienne płyty, pomniki, rzeźby), jest to prawda tylko w zestawieniu z naszą własną zmiennością. Z szerszej, geologicznej perspektywy skała jest w równym stopniu narażona na zmiany jak wszystkie inne substancje.

Robert Macfarlane zabiera czytelnika w dość nietypową podróż, temat gór poruszony w ciekawy i niestandardowy sposób. Żeby prześledzić genealogie ludzkich odczuć wobec gór, musimy cofnąć się w czasie — wyminąć mnie, przesuwającego się nerwowo wzdłuż śnieżnej czapy w Alpach, Herzoga stojącego na szczycie Annapurny, w którego głowie dźwięczały nazwiska wszystkich jego znamienitych poprzedników, Mallory’ego w bazie u podnóża Everestu, gryzmolącego listy do Ruth na łóżku polowym z lampą szumiącą cicho w kącie, czterech mężczyzn spadających z urwisk Matterhornu1865 roku — i powrócić do epoki, kiedy współczesny zestaw odczuć wobec gór dopiero zaczynał się formować. Tak naprawdę musimy się cofnąć do nietypowo zimnych dni lata 1672 roku na pewnej alpejskiej przełęczy, przez którą filozof i teolog Thomas Burnet prowadził swojego młodego podopiecznego, hrabiego Wiltshire, do Lombardii. Tak się bowiem składa, że zanim ludzie mogli pokochać góry, musieli zdefiniować swoją przeszłość, a kluczową rolę w tym procesie odegrał właśnie Burnet.

Robert Macfarlane zachwycił mnie swoim podejściem do tematu, wiele z jego przemyśleń związanych z tematyką górską sprawiło, że po przeczytaniu tej książki patrzę na nie z innej, szerszej, a przede wszystkim nowej perspektywy. Wyobraźcie sobie jednak, jak zadziwiające musiały być dla pierwszych zdobywców szczytów, którzy nigdy wcześniej nie widzieli ziemi z takiej perspektywy, a nagle dostawali możliwość spojrzenia na świat z góry. Dla tych podróżnych amplitudy wysokości musiały wydawać się przybliżeniami boskiej perspektywy. Autor trafnie ujął to w następującym fragmencie Podczas lektury siedemnasto- i osiemnastowiecznych wspomnień z podróży od czasu do czasu można się natknąć na takie fragmenty, kiedy umysł autora nawiązuje instynktowną więź z jakąś formą krajobrazu; wyślizguje się na chwilę z kaftana wtłoczonych mu opinii i tworzy nowe sposoby odczuwania. Podobne odczucia towarzyszyły mi czytaniu tej książki.

Podróż, w którą zabiera nas autor pełna jest interesujących faktów i opowieści, właściwie jest to odprężająca wędrówka po zakamarkach początków górskich wypraw i niemal wszystkiego, co było z nimi związane. Opowiedziana w niezwykle ciekawy sposób, poruszająca wiele różnorodnych tematów, których nie sposób wymienić, aby nie odebrać przyjemności z czytania jej innym. Jednym z tematów, który szczególnie mnie zainteresował związany jest z językiem, który ze względu na rozdęcie przestrzeni sprawił wiele trudności pisarzom podróżnikom. Jak opisać góry komuś, kto nigdy ich nie widział, do czego porównywać widoki, jeśli nie przypominają niczego, co czytelnik mógłby znać z doświadczenia? Jak później przeczytamy Horace-Bénédict de Saussure wpadał w jeszcze większy zachwyt: „Jakiż język byłby w stanie oddać doznania i odmalować idee, którymi te wielkie widowiska [góry] wypełniają duszę filozofa, gdy znajdzie się na wierzchołku?  Długo nie istniał język umożliwiający opisanie tego doznania, dlatego Dennis musiał go wymyślić, posługując się sztuczną logiką oksymoronu. Uciekł się do paradoksu — każdej akcji przeciwstawił reakcję emocjonalną, stwierdzając, że poczuł „rozkoszną Zgrozę” i „straszną Radość”.; Tyndall wspominał pierwsze wejście na Weisshorn, posłużył się metaforyką pozbawiania dziewictwa.

Autor z rozbrajającą szczerością pisze, jak się mają jego odczucia podczas wspinaczki w zderzeniu z dziecięcą fascynacją po przeczytaniu słynnej książki Maurice Herzoga Annapurna: no i proszę, stoję na niemal pionowej ścianie w topniejącym śniegu, przesuwam się w bok centymetr za centymetrem niczym krab, wyposażony tylko w jeden czekan, do tego z lekko odmrożonymi trzema palcami. Przekląłem w myślach Maurice’a Herzoga. Potem spojrzałem w dół.

Robert Macfarlane otwarcie wyraża swoje opinie dotyczące tego, co myśli na temat ryzykownej wspinaczki, czy obecnej mody na turystykę wysokogórską: kiedy Mallory wspinał się na Everest, był to ostatni niezdobyty bastion Ziemi, „trzeci biegun”. Dziś jest gargantuicznym, kiczowatym, zamarzniętym Tadź Mahalem, wymyślnie polukrowanym tortem weselnym, na który firmy wspinaczkowe windują co roku setki klientów bez górskiego doświadczenia. Jego zbocza są usiane zwłokami, większość spoczywa w tak zwanej strefie śmierci, czyli na wysokości, na której ludzkie ciało zaczyna ulegać stopniowemu, niepowstrzymanemu procesowi degeneracji.

Robert Macfarlane o swojej książce:

W ciągu trzech wieków w postrzeganiu gór przez mieszkańców Zachodu dokonała się niezwykła rewolucja. Cechy, które wcześniej budziły odrazę — stromizna, odosobnienie, śmiertelne niebezpieczeństwa — zaczęto uznawać za ich największe zalety.

Mamy tu do czynienia z tak radykalną zmianą, że uświadamia nam ona kulturowe w znacznej mierze uwarunkowanie sposobu, w jaki reagujemy na krajobraz. Oznacza to, że kiedy patrzymy na pejzaż, nie postrzegamy tego, co się przed nami znajduje, lecz w dużej mierze to, co naszym zdaniem powinno się tam znajdować. Przypisujemy mu właściwości, których sam w sobie nie ma — na przykład okrucieństwo czy posępność — i stosownie do tego go oceniamy. Innymi słowy, czytamy krajobrazy, interpretujemy ich formy, patrząc na nie przez pryzmat naszego doświadczenia i wspomnień oraz tego, co składa się na naszą wspólną pamięć kulturową. Mimo iż ludzie zawsze zapuszczali się na dzikie obszary, aby w jakiś sposób uciec przed kulturą i konwencją, postrzegali tę dzikość, podobnie jak postrzega się wszystko inne, w kontekście własnych skojarzeń. William Blake uchwycił istotę tego zjawiska: „Drzewo, które wywołuje u niektórych łzy radości, jest w oczach innych osób jedynie zielonym obiektem zagradzającym drogę”. Historia uczy nas, że to samo można powiedzieć o górach. Przez wieki uważano je za bezużyteczne przeszkody — „znaczące wypukłości”, jak lekceważąco określił je Samuel Johnson. Dziś zalicza się je do najwspanialszych form świata naturalnego, a ludzie, w imię miłości do nich, gotowi są oddać życie.

Tak więc to, co nazywamy górą, jest połączeniem fizycznych form świata z wyobraźnią ludzi — jest górą wyobrażoną. Z kolei sposób, w jaki ludzie odnoszą się do gór, niewiele ma wspólnego z faktycznymi obiektami ze skały i lodu. Góry są jedynie wypadkowymi geologii. Nie zabijają celowo ani też celowo nie zachwycają, wszelkie właściwości emocjonalne, które miałyby posiadać, są im narzucane przez wyobraźnię człowieka. Góry — podobnie jak pustynie, podbiegunowa tundra, głębokie oceany, dżungle i wszystkie inne rodzaje dzikiego krajobrazu, które tak bardzo uromantyczniliśmy — po prostu istnieją, pozostają na swoim miejscu, a ich fizyczne struktury ulegają stopniowemu przemodelowaniu pod wpływem sił geologicznych i atmosferycznych; istnieją niezależnie od naszych wyobrażeń. Są jednak również wytworami ludzkiego postrzegania, od wieków były powoływane do istnienia siłą wyobraźni. W książce tej próbuję prześledzić, w jaki sposób wyobrażenia o górach zmieniały się w czasie.

Rozziew między tym, co wyobrażone, a tym, co realne, charakteryzuje wszystkie obszary aktywności człowieka, ale jedną z najbardziej wyrazistych postaci przybiera w związku z górami. Kamień, skała i lód stawiają znacznie większy opór ludzkim dłoniom niż oku umysłu, a góry ziemskie okazywały się często znacznie bardziej oporne, znacznie realniejsze w swoich śmiertelnych niebezpieczeństwach od gór umysłu.

Czytanie tej książki sprawiło mi ogromną przyjemność, nietypowa i wyjątkowa. Góry. Stan umysłu, to wędrówka po meandrach poznania i próbach okiełznania gór. Od aktu postrzegania do  czasów, kiedy podejmowanie ryzyka — świadome wzbudzanie w sobie strachu — stało się również czymś pożądanym, stało się towarem.

Jakie odczucia towarzyszą nam, kiedy widzimy sto stuleci sprasowanych do trzech milimetrów skały?

Link do strony z obrazem, o jakim wspomina w swojej książce autor, Joseph Mallord William Turner –  Burza śnieżna: statek parowy u wyjścia z portu:

https://pl.khanacademy.org/humanities/becoming-modern/romanticism/england-constable-turner/a/turners-gallery-on-the-left

Ciekawostka z książki Góry. Stan umysłu: Robert Macfarlane poruszył w niej temat Tybetu, co zdaje się być oczywistym, jeśli mówimy o Himalajach, jednak opis angielskiej inwazji na Tybet w 1904 roku zaskoczył mnie: kiedy karabiny przestały terkotać, wśród Brytyjczyków było dwunastu rannych, a sześciuset dwudziestu ośmiu Tybetańczyków leżało martwych. Kiedy Younghusband wkraczał do Lhasy, liczba poległych Tybetańczyków powiększyła się o dwa tysiące; swoich żołnierzy stracił tylko czterdziestu.

Reklamy