Elizabeth Hawley Strażniczka gór – „To miejsce jest wspaniałe, ale to nie jest prawdziwy świat. Chciałabym pomieszkać kilka lat w prawdziwym świecie – czyli w świecie, w którym żyje większość ludzi”.

Elizabeth Hawley Strażniczka gór, przełożył Andrzej Górka, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.

 Już od pierwszych stron książki czytelnik może przekonać się, jak nietuzinkową postacią była strażniczka gór, kobietą której życie prywatne choć owiane było tajemnicą, to sporo się o nim plotkowało. Bywała tu i ówdzie, miała styczność z wieloma sławnymi ludźmi zarówno ze świata himalaizmu jak i  polityki. Ta książka to po części historia Nepalu i himalaizmu, który nierozerwalnie łączy się z osobą Miss Hawley, co za tym idzie historia polskiego himalaizmu. Bernadette McDonald pisze o barwnym życiu Elizabeth Hawley w ciekawy sposób, niesamowite ile może zmieścić się w życiorysie jednej kobiety, dodam że niezwykle intrygującej kobiety.

Kim właściwie była Elizabeth Hawley?

Elizabeth była gotowa na przygodę, jaka oczekiwała ją w Nepalu. Gdy przyleciała do tego kraju, uchwalano pierwszą konstytucję i odbywały się tu pierwsze wybory, a ona wiedziała, czego chce. Nie przybyła wtedy, by po prostu przyglądać się wydarzeniom, ale by doświadczyć doniosłego momentu w dziejach świata. Dostrzegła też coś wyjątkowego: zrozumiała, że może rozpocząć w Nepalu niebanalne życie. Mogła tu uniknąć szarzyzny i anonimowości, którą znała z Nowego Jorku. Stała się tu kimś wyjątkowym i ważnym – oraz potrzebnym.

Na przestrzeni ponad czterdziestu lat Elizabeth stworzyła sobie w Katmandu wyjątkowe życie. Z początku interesowała ją polityka, a stała się kluczową postacią w nowej gałęzi turystyki. Jej nienasycona ciekawość zaprowadziła ją do świata himalaizmu, w którym zyskała status ekspertki. Dzięki swym wysoko postawionym kontaktom i ciężkiej pracy znacząco wpłynęła na funkcjonowanie Himalayan Trust. Pozostawiając za sobą Nowy Jork, przystąpiła do kręgu ludzi, do którego należeli członkowie rodziny królewskiej, premierzy i odkrywcy. Stała się ważną postacią w światowej społeczności wspinaczkowej, mimo że nie była skora przyznać, że coś takiego w ogóle istnieje. W Nepalu stać ją było na wygodne życie, gdzie miała ludzi dbających o jej podstawowe potrzeby. Potrafiła dużo i dobrze się bawić. Jak powiedziała Heather Macdonald: „Nie byłabym sobie w stanie nawet wymarzyć takiego życia, jakie miała ona”. Wszystko to jednak wymagało odwagi, zamieszkała w miejscu i czasie, kiedy samodzielne życie samotnej kobiety nie było rzeczą łatwą. Wybierała się tam, gdzie nie miała ani stałej pracy, ani znajomości. Podobnie jak wielu himalaistów, których podziwia, była pionierką.

Wybrała dość nietypowe zajęcie jak na osobę, która delikatnie rzecz ujmując nie pałała miłością do sportów ekstremalnych.

Elizabeth sama nigdy się nie wspinała, ale rozmawiała z przedstawicielami każdej wyprawy idącej w Himalaje, która zatrzymywała się w Katmandu. A gdy ci sami ludzie wracali, składali na jej ręce sprawozdanie ze swych sukcesów i niepowodzeń. Nikt nie ma szerszej wiedzy dotyczącej himalaizmu niż Elizabeth. Jest podziwiana i szanowana przez wszystkich wspinaczy.

Odegrała istotną rolę w stworzeniu agencji trekkingowej Mountain Travel należącej do płk. Jimmy’ego Robertsa. Jest niezrównaną damą, która nie ma cierpliwości do głupców, lecz jest pełna uprzejmości i wielkoduszności dla tych, których podziwia.

Gdy założyłem Himalayan Trust i zacząłem budować szkoły i szpitale dla ludzi żyjących w górach, Elizabeth okazała się dla nas darem niebios. Została kierownikiem naszych działań, nadzorowała nasze programy i kwestie finansowe z ogromną dozą rozsądku i roztropności. Pracujący dla nas Szerpowie podziwiali i szanowali ją na równi z nami, a ich praca przebiegała nad wyraz efektywnie.

Tak więc Elizabeth pracowała energicznie przy wszystkich swoich projektach, czy było to sporządzanie raportów o wspinaniu w Himalajach, czy kierowanie programami Himalayan Trust, czy też wypełnianie obowiązków konsul honorowej Nowej Zelandii w Nepalu. Jest kobietą skuteczną i odważną, która czymkolwiek się zajmie, robi to dobrze. Jest szanowana na świecie i, w rezultacie tego, otrzymała liczne odznaczenia i nagrody.

Jestem nad wyraz zadowolony, że jej niezwykłe i pełne wydarzeń życie w końcu zostaje opisane, żyła bowiem w zajmujących czasach, w fascynujących miejscach i pomiędzy niepowtarzalnymi ludźmi.

Niech na długo pozostanie tą niezwykłą, znakomitą osobą. Ed Hillary, 2005


Elizabeth wspomina, jak po dwóch latach spędzonych za granicą i po powrocie na amerykańską ziemię ogarnęły ją najróżniejsze doznania zmysłowe – były to po części wrażenia swojskości, ale także narastające wrażenie, że jej kraj ma jej mniej do zaoferowania niż wcześniej. Po przepłynięciu na pokładzie statku pod mostem Golden Gate – co zapamiętała wyraźnie – udała się prosto na Union Square do cukierni Blum’s, gdzie zamówiła deser lodowy z sosem czekoladowym i orzechami włoskimi. Zaczęła się przechadzać ze smakołykiem w ręku po placu, ciesząc oczy „typową” Ameryką, której nie widziała przez dwa lata. Miał to być dla niej moment kluczowy. Podczas tamtej przechadzki prowadziła ze sobą wewnętrzny dialog: „To miejsce jest wspaniałe, ale to nie jest prawdziwy świat. Chciałabym pomieszkać kilka lat w prawdziwym świecie – czyli w świecie, w którym żyje większość ludzi”. Jej podróże coś w niej zmieniły. Życie już nigdy nie miało być takie samo.

Nie przestała być jednak osobą praktyczną. Chciała komfortowego życia i zrozumiała, że Katmandu daje jej taką szansę. Miało przyjemny klimat, życie było niedrogie, urocze wzgórza wokół przywodziły jej na myśl Vermont, a ponadto byłaby w stanie wynająć ludzi, którzy zajmowaliby się jej podstawowymi potrzebami (nie musiałaby gotować!). W jej rozważaniach w żadnym momencie nie pojawiło się wspinanie czy eksploracja gór. Była rozkosznie nieświadoma iście heroicznych wysiłków podejmowanych przez himalaistów na najwyższych szczytach. Nazwiska takie jak Herzog czy Buhl zupełnie nic jej nie mówiły. By jednak wprowadzić swój nowy plan w życie, musiała najpierw wrócić do Nowego Jorku i znaleźć sobie pracę.


Najbardziej drażniącą cechą pani Slosson był dla Elizabeth fakt, iż była ona kobietą dominującą, a ona nie tolerowała (innych) dominujących kobiet. „Co za biedny człowiek!” – wzdychała nad losem profesora w liście do matki.


Nim spotkałam Elizabeth, wiele osób mówiło mi o jej przywiązaniu do szczegółów oraz uporze w dążeniu do wyjaśniania spraw do końca. Miał to być jej własny, charakterystyczny styl. Heather Macdonald, pełniąca obowiązki asystentki Elizabeth przez kilka lat po 1990 roku, twierdzi, że Elizabeth nie spocznie, aż nie pozna źródła każdego strzępka informacji, potrafi też zadręczać wspinaczy pytaniami, by ustalić, czy chodziło im o 7550, czy 7555 metrów nad poziomem morza. Jak wspomina Heather, choć wspinacze bywali wyczerpani, a ich mózgi „usmażone” po wielotygodniowym przebywaniu na wielkich wysokościach, to jednak nie powstrzymywało Elizabeth. Z czasem zyskała czułe przezwisko „Sherlocka Holmesa gór wysokich”. Zaczęłam się zastanawiać, skąd wzięła się u niej ta czujność na szczegóły i dokładność. Kto nauczył jej tych technik i w jaki sposób zyskała śmiałość, by bezceremonialnie przesłuchiwać światowej sławy wspinaczy z pozycji arbitra?


Tak więc w 1957 roku wybrała się w podróż dookoła świata, sama decydując o jej programie. Zwiedzała miejsca, które chciała zwiedzić, udając się tam, gdzie pragnęła – wolna od zadań i terminów do dotrzymania jak w Nowym Jorku. By mieć pewność, że nie ominą ją spotkania z ciekawymi osobami po drodze, zgromadziła przed wyjazdem liczne listy polecające. Przez następne dwa lata zwiedziła: Europę Wschodnią i Związek Radziecki w 1957 roku, Bliski Wschód, Turcję, Izrael, Iran i kraje arabskie w 1958 oraz Azję Południową i Południowo-Wschodnią, wliczając w to Nepal, Japonię w 1959; w tym samym roku wróciła do Stanów Zjednoczonych.

Podróżowała z rozmachem. W każdym nowo odwiedzanym mieście wchodziła śmiało do biura korespondenta Time Inc., jakby była kimś ważnym. Potrafiła sprawiać takie wrażenie, i to raz za razem. Wyróżniała się jako inteligentna, dociekliwa, samotnie podróżująca osoba i gdziekolwiek się udawała, spotykała ciekawych ludzi.


Niemniej jednak Elizabeth chętnie dzieliła się swoją wiedzą, w szczególności ze wspinaczami, a najchętniej – gdy wyczuła, że może pomóc w działaniu przełomowym dla himalaizmu. Amerykański wspinacz Carlos Buhler wspomina chwile, gdy poszukiwał konkretnych informacji dotyczących mało znanej ściany Annapurny. Zapytał o nią Elizabeth i ku swojemu zaskoczeniu otrzymał jedną z teczek z jej zbiorów. Wręczając mu ją, powiedziała: „Carlos, obiecaj, że zwrócisz mi to w takim stanie, jak otrzymałeś. Możesz to sobie skopiować”. Jej gest go zdumiał – trzymał w rękach kompletny zbiór dokumentów traktujących o Annapurnie, ogromny kawał jej życia. W chwili tej poprzysiągł nigdy, przenigdy nie zataić nic przed Elizabeth Hawley, rozumiejąc w końcu, że informacje jej przekazywane nie służą tylko jej dziennikarstwu czy czczej archiwizacji, ale stanowią bazę danych dla innych wspinaczy – którzy kiedyś przyjdą do niej, opowiedzą, co zrobili w górach, a w zamian otrzymają od niej nieocenioną pomoc.

Warunkiem otrzymania tej pomocy były inteligentne i przemyślane pytania. Nie miała cierpliwości dla ludzi, którzy prosili: „Liz, opowiedz nam o Dhaulagiri”. Najlepszy kontakt miała z ludźmi, którzy byli dobrze przygotowani i dokładnie wiedzieli, czego chcieli.

Reklamy