Stając się sobą Cza­sami czuję się jak prze­wod­nik opro­wa­dza­jący dru­giego czło­wieka po poko­jach jego wła­snego domu. Co za uczta duchowa – widzieć, jak otwiera drzwi pomiesz­czeń, do któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie zaglą­dał, jak bada nie­znane mu skrzy­dła domu, w któ­rych kryją się piękne i twór­cze czę­ści jego toż­sa­mo­ści.

Stając się sobą. Pamiętnik psychiatry. Tytuł perfekcyjnie oddaje zawartość książki. Kreatywne podejście do psychiatrii oraz życia zaowocowały niebanalnym i jedynym w swoim rodzaju pamiętnikiem psychiatry. Szczerość, otwartość oraz nieustanne poddawanie rewizji swoich poglądów umożliwiło autorowi nieprzerwany rozwój, Irvin Yalom zdaje się chłonąć niczym gąbka otaczający go świat, pomimo ogromnego postępu technologicznego jaki dokonał się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat ma do zaoferowania coś niezwykłego – afirmację kruchości czasu i szacunek dla kalejdoskopu ludzkich uczuć.

– No cóż, do widze­nia – powie­dzia­łem. – Może poroz­ma­wiamy w pociągu w dro­dze powrot­nej z odosob­nie­nia – doda­łem z nadzieją.

– Nie, pro­szę pana. O tym nie należy myśleć. Goenka naucza, że powin­ni­śmy żyć wyłącz­nie w teraź­niej­szo­ści. Wspo­mnie­nia z prze­szło­ści i nadzieje na przy­szłość wywo­łują tylko nie­po­kój.

Czę­sto zasta­na­wia­łem się nad tymi jej koń­co­wymi sło­wami: „Wspo­mnie­nia z prze­szło­ści i nadzieje na przy­szłość wywo­łują tylko nie­po­kój”. Tyle prawdy jest w tych sło­wach i tak wiele nas ta prawda kosz­tuje. Nie sądzę, bym chciał i potra­fił zapła­cić taką cenę.

Po przeczytaniu dwóch książek Yaloma: Istoty ulotne oraz Kat miłości byłam zachwycona i poruszona tym, jak mądrym i niesamowitym człowiekiem/psychiatrą jest ich autor. Pamiętnik psychiatry tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Opisując swoje dzieciństwo, młodość czy pierwszą i jedyną chyba sympatię, żonę Marilyn autor pozwala czytelnikowi na muśnięcie swego prywatnego życia, choć zapewne jest jeszcze wiele szufladek, do których można by zaglądnąć, to te istotne dla procesu stawania się sobą autor opisał w ciekawy sposób, nieraz z rozbrajającą szczerością. Życie zawodowe, odbywane staże, praca nad podręcznikiem Psychoterapia grupowa, a później nad jego aktualizacjami oraz rozwój psychiatrii samej w sobie, czy nieustanne poszukiwania technik/sposobów na jak najefektowniejszą terapię i samego siebie, stanowią główny trzon Stając się sobą. Pamiętnik psychiatry. Ciekawa podróż do wnętrza siebie, niestrudzony dr Yalom. Każdemu życzyłabym takiej satysfakcji z życia zawodowego jak i prywatnego.


związ­ków nie znaj­du­jemy przy­pad­kiem, lecz je two­rzymy 


Ten niestrudzony człowiek włożył sporo pracy, aby stać się jak najlepszą wersją siebie, jego dążenie do bycia skutecznym terapeutą, zwłaszcza angażowanie się w terapie z ludźmi chorymi na raka zasługuje na uznanie. Przez parę dzie­siąt­ków lat pro­wa­dzi­łem wielką liczbę grup tera­peu­tycz­nych – dla pacjen­tów hospi­ta­li­zo­wa­nych i ambu­la­to­ryj­nych, dla cho­rych na raka, dla owdo­wia­łych mał­żon­ków, alko­ho­li­ków i par mał­żeń­skich, a także dla stu­den­tów medy­cyny, psy­chia­trów rezy­den­tów i prak­ty­ku­ją­cych tera­peu­tów – ale byłem też sam człon­kiem wielu grup, nawet teraz, dobrze po osiem­dzie­siątce. Pomimo upływu lat pacjent terminalny oraz przewlekle chory rzadko może liczyć na opiekę psychologa czy psychiatry, zmierzenie się z codziennością bólu i świadomość nadchodzącej śmierci jest zwyczajnie trudne, nie każdy z nas radzi sobie z codziennością. Nieuchronność śmierci jest faktem. Wszystko, co mogę robić, to trak­to­wać pracę poważ­nie i wyko­ny­wać ją naj­le­piej, jak potra­fię. Przy­po­mi­nam sam sobie, że bywam ide­ali­zo­wany i że my, ludzie, wszy­scy tęsk­nimy za jakimś wszech­wie­dzą­cym mędr­cem o siwych wło­sach. Jeśli jestem powo­łany do tej roli – cóż, mogę to zaak­cep­to­wać. Ktoś musi być tym star­cem.


Michael długo roz­wo­dzi się, jak bar­dzo zazdro­ścił tym, któ­rych losem kie­ro­wał ktoś star­szy i mądrzej­szy, pod­czas gdy on musiał pra­co­wać do upa­dłego i zdo­by­wać same naj­lep­sze oceny po to tylko, żeby go w ogóle dostrze­żono. Musiał sam two­rzyć sie­bie.

– No cóż – mówię – to, że sam stwo­rzy­łeś sie­bie, jest powo­dem do dumy, ale jest rów­nież źró­dłem poczu­cia, że nie masz żad­nych fun­da­men­tów. Zna­łem wiele uta­len­to­wa­nych dzieci emi­gran­tów, które czuły się jak lilie rosnące na bagnie – piękne kwiaty, ale bez korzeni.


Wiem, że wzory zacho­wań doro­słego czło­wieka są zło­żone i ni­gdy nie kształ­tuje ich poje­dyn­czy epi­zod. A jed­nak trwam w prze­ko­na­niu, że moja bez­rad­ność w obli­czu jaw­nego gniewu, uni­ka­nie kon­fron­ta­cji, a nawet goręt­szej dys­ku­sji, nie­chęć do spra­wo­wa­nia funk­cji admi­ni­stra­cyj­nych, które kon­fron­ta­cji i dys­ku­sji wyma­gają – że wszystko to wyglą­da­łoby zupeł­nie ina­czej, gdyby pew­nego wie­czoru przed laty ojciec i Wil­liam nie odcią­gnęli mnie od zaczy­na­ją­cej się bójki. Ale rozu­miem rów­nież, że wycho­wa­łem się w śro­do­wi­sku peł­nym lęku: żela­zne kraty w oknach sklepu, wszech­obecne zagro­że­nie i cią­żąca na nas pamięć o euro­pej­skich Żydach, tro­pio­nych i zabi­ja­nych jak dzi­kie zwie­rzęta. Ucieczka była jedyną stra­te­gią, jakiej nauczył mnie ojciec. (…)

Im jestem star­szy, tym trud­niej wery­fi­ko­wać odpo­wie­dzi na takie pyta­nia. Pró­buję odtwo­rzyć frag­menty swo­jej mło­do­ści, ale kiedy pytam o nie sio­stry, kuzy­nów i przy­ja­ciół, jestem wstrzą­śnięty tym, jak odmien­nie pamię­tamy prze­szłość. Także w codzien­nej pracy z pacjen­tami, gdy poma­gam im rekon­stru­ować początki ich życia, prze­ko­nuję się coraz dobit­niej, jak bar­dzo kru­cha i zmienna jest natura rze­czy­wi­sto­ści. Nasze wspo­mnie­nia, bez wąt­pie­nia rów­nież te, o któ­rych tu piszę, są w o wiele więk­szym stop­niu fik­cją, niż chcie­li­by­śmy sądzić.


Cho­ciaż śmierć postrze­gam jako odle­gły sztorm koń­czący pik­nik życia, jestem zara­zem prze­ko­nany, że szczera kon­fron­ta­cja z wła­sną śmier­tel­no­ścią może odmie­nić spo­sób życia: pomaga nam try­wia­li­zo­wać to, co try­wialne, i daje odwagę, by żyć tak, żeby­śmy niczego nie żało­wali. Iluż to filo­zo­fów w taki czy inny spo­sób wyra­żało pogląd sta­no­wiący echo lamentu mojej pacjentki umie­ra­ją­cej na raka: „Szkoda, że musia­łam cze­kać aż do chwili, gdy moje ciało jest wynisz­czone przez nowo­twór, by nauczyć się życia”.

Wol­ność to fun­da­men­talne poję­cie, cen­tralne dla wielu myśli­cieli egzy­sten­cjal­nych. W moim rozu­mie­niu odnosi się ono do idei mówią­cej, że żyjemy w świe­cie, w któ­rym nie ma inte­gral­nego ładu, więc sami musimy być auto­rami wła­snego życia, wła­snych wybo­rów i dzia­łań. Tak rozu­miana wol­ność rodzi silny nie­po­kój i wielu z nas lgnie do bogów lub dyk­ta­to­rów, by pozbyć się tego brze­mie­nia. Jeśli jeste­śmy, mówiąc sło­wami Sar­tre’a, „nie­kwe­stio­no­wa­nym auto­rem” tego, co się nam przy­da­rza, to nasze naj­sta­ran­niej pie­lę­gno­wane idee, naj­szla­chet­niej­sze prawdy, fun­da­menty naszych prze­ko­nań muszą ustą­pić wobec świa­do­mo­ści, że wszystko na tym świe­cie jest dzie­łem przy­padku.


Nie­ustan­nie usi­ło­wa­łem oczy­ścić swój umysł z codzien­nych zmar­twień i medy­to­wać nad nie­re­du­ko­wal­nym doświad­cze­niem bytu.


Moje fascy­na­cje zain­spi­ro­wały Mari­lyn do napi­sa­nia Histo­rii kobie­cych piersi, stu­dium kul­tu­ro­znaw­czego poświę­co­nego temu, jak ciało kobiety było postrze­gane i przed­sta­wiane na prze­strzeni wie­ków. Ale moim fawo­ry­tem jest książka Birth of the Chess Queen. Mari­lyn prze­śle­dziła w niej ewo­lu­cję figury sza­cho­wej, która przez setki lat była nie­obecna na sza­chow­ni­cach i po raz pierw­szy poja­wiła się około roku 1000 jako naj­słab­szy z pio­nów. Stop­niowo zyski­wała na sile, w miarę jak praw­dziwe kró­lowe odgry­wały w Euro­pie coraz poważ­niej­szą rolę, a swój obecny sta­tus naj­sil­niej­szej figury sza­cho­wej osią­gnęła pod koniec XV wieku, za pano­wa­nia kró­lowej hisz­pań­skiej Iza­beli. Przy­słu­chi­wa­łem się Mari­lyn odczy­tu­ją­cej frag­menty swo­ich ksią­żek w księ­gar­niach lub na uczel­niach i zawsze odczu­wa­łem przy tym głę­boką dumę.


Wiara w to, że Bóg wyzna­czył nam jakiś cel, działa uspo­ka­ja­jąco. Ludzie nie­wie­rzący nie czują się dobrze ze świa­do­mo­ścią, że sami muszą sobie rzu­cać patyki.


Doktor Irvin D. Yalom, uro­dzony w Waszyng­to­nie w 1931 roku, jest eme­ry­to­wa­nym pro­fe­so­rem psy­chia­trii Uni­wer­sy­tetu Stan­forda i zna­nym pisa­rzem. Autor kla­sycz­nych pod­ręcz­ni­ków Psy­cho­te­ra­pia gru­powa i Psy­cho­te­ra­pia egzy­sten­cjalna, napi­sał także sze­reg ksią­żek o swo­ich doświad­cze­niach z pracy psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej, takich jak Kat miło­ści czy Mama i sens życia, oraz kilka powie­ści o styku psy­chia­trii z filo­zo­fią egzy­sten­cjalną – nur­tem filo­zo­ficz­nym roz­wa­ża­ją­cym sens życia oraz nie­odzowne jego ele­menty, takie jak śmierć. W ten spo­sób powstały mię­dzy innymi dzieła Kiedy Nie­tz­sche szlo­chał i Kura­cja według Scho­pen­hau­era. 

Reklamy