Nanda Devi Janusz Klarner – Obecność prymusa, tak samo zresztą jak i towarzysza namiotowego, byłaby stanowczo łatwiejsza do zniesienia, gdyby nie świadomość codziennej nierozłączności.

Nanda Devi Janusz Klarner, Wydawnictwo Stapis.

Szuka gór ten, kto odczuwa przyjemność w oderwaniu się od wiążących go, sztywnych i powszednich ram życia codziennego, a w poraniu się z prymitywnymi przeciwnościami znajduje zbliżenie do natury.


Przed nami otwiera się widok na rozwartą szeroko dolinę Lawan, którą zamyka w odległości dwudziestu kilometrów masyw Nanda Devi. Cel naszej wyprawy leży przed nami. Prawdziwy dreszcz emocji przebiega mi przez plecy. Wydłużona, ostra grań odcina się wyraźnie na tle nieba. Urwiste, śnieżno-lodowe zbocza opadają gwałtownie. Wśród nich słabo rysuje się kilka mało wydatnych rynien czy żlebów. Jeden z nich powinien wyprowadzić nas na grań. Zarys niebosiężnego szczytu rozmazuje niesiony przez wiatr pióropusz śnieżny. Piękną siedzibę wybrała sobie bogini śmierci Kali, małżonka najkrwawszego z bogów – Sziwy, której siedemnastym imieniem jest Nanda.

Jest to drugie wydanie Nanda Devi Janusza Klarnera. Pierwsze pochodzi 1956 roku, nadal jest ono dostępne na popularnym portalu, jednak mając możliwość zakupu z drugiej ręki wolałam wybrać nowsze wydanie, gdyż oprócz relacji Janusza Klarnera zawiera ono sporo nowych i ciekawych informacji.

Na początku książki znajdziemy przedmowę do II wydania, której autorem jest Janusz Kurczab. Pierwsza polska wyprawa w najwyższe góry świata dojrzewała kilkanaście lat – od pierwszego pomysłu Adama Karpińskiego, rzuconego w 1924 roku pod wpływem heroicznych bojów Anglików o zdobycie Everestu, poprzez powołanie w 1936 roku Komitetu Himalajskiego Klubu Wysokogórskiego oraz bezskuteczne starania o pozwolenie na K2 (8611 m.). Trudno było otrzymać pozwolenie na jakąkolwiek wyprawę od Anglików: w końcu lutego 1939 roku nadeszła niecierpliwie oczekiwana odpowiedź z Londynu. Anglicy zgodzili się tylko na wariant trzeci – wyprawę do Garhwalu. Polacy wybrali jako główny cel wyprawy dziewiczy szczyt Nanda Devi East (7434m.). Mimo opóźnienia w nadejściu pozwolenia, które spowodowało, że działalność wyprawy musiała wypaść na okres monsunu, Polacy nie zdecydowali się na zmianę terminu. Historia pokazała, że skorzystano w ten sposób z ostatniej szansy przed wybuchem II wojny światowej.(…) Dwuwierzchołkowy masyw Nanda Devi jest najwyższym wzniesieniem Himalajów Garhwalu, a jednocześnie całych Indii w ówczesnych granicach terytorialnych. (…) Wyprawa na Nanda Devi East, która jest treścią książki Janusza Klarnera, odniosła pierwszy sukces w długim szeregu polskich osiągnięć himalajskich. Triumfalny i tragiczny był początek polskiego himalaizmu, o którego sukcesach głośno było potem w świecie. Drogo okupione zdobycie Nanda Devi Wschodniej – podówczas szóstego co do wysokości ze zdobytych szczytów – miało być początkiem serii wypraw. 

Z rozdziału zatytułowanego Nanda Devi 1939-1956 (kontynuacja przedmowy właściwie), autorstwa Marcina Gałusa dowiemy się o kłodach, jakie Janusz Klarner miał rzucane pod nogi zanim ostatecznie książka w całości ukazała się drukiem. Intrygująca to historia, żyjąc w czasach gdzie każdy może wydać książkę, trudno uwierzyć, że relacja z wyprawy wysokogórskiej musiała zawierać elementy świadczące o jej poprawności politycznej, a dokładniej przedmowa. Droga przez mękę, Nanda Devi udało się wydać dzięki staraniom rodziny autora dopiero w 1956 roku. Niestety nie są znane losy Janusza Klarnera, który 17 września 1949 roku wyszedł ze swego mieszkania i zaginął bez wieści.


W książce zamieszczono również przedmowę do I wydania Nanda Devi, autor J.A. Szczepański.


Karawana. Droga ku Nanda Devi wiodła przez niezwykłe i piękne widokowo rejony, odmienna kultura wzbudzała ciekawość autora. Janusz Klarner w ciekawy sposób porusza temat indyjskich kobiet z wiejskich regionów, nie będąc zachwyconym ich urodą, wszędzie krzątają się apatyczne, brzydkie, przysadziste kobiety. Wykonują one całą niemal robotę w polu, podczas gdy ich mężowie czy bracia, jak przystało panom i władcom, nie parają się byle pracą. Wolą oni oddawać się w domach uduchowiającym rozmyślaniom lub częściej bezmyślnemu paleniu fajki. Nie wynika stąd, żeby mężczyzna wykonywał pracę domową – należy ona również do obowiązku kobiet, które nie widzą w tym powodów do protestu. Inaczej autor postrzega kobiety z miasta niczym nie przypominają swych zaharowanych i przeważnie szpetnych wiejskich siostrzyc. (…) Hinduska z jakiejkolwiek pochodziłaby kasty, ma w sobie dużo godności i melancholii. Język jakim posługuje się autor jest na swój sposób barwny, być może niektóre śmiałe czy też dosadnie sformułowane wypowiedzi/użyte przymiotniki należałoby złagodzić, jednak klimat książki właśnie dzięki językowi zyskuje na autentyczności i oryginalności. Zgrzybiały staruszek, czy mnisi, którzy mają skundlone włosy. Autor bardzo docenia kulisów, zwłaszcza ich ciężką pracę, często pisze z szacunkiem o nich, w jaki sposób przy takim odżywianiu może kulis zachować dość siły do wykonywania swojej arcyciężkiej pracy, pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą.

Adam Karpiński (Akar) brał lekcję cierpliwości związanej z załatwianiem spraw z Hindusami. Poczmistrz przez długie godziny rozwijał przed nim powoli obrazy najbardziej nieprawdopodobnych trudności, na jakie ewentualnie transport naszej poczty mógłby być narażony. Gdy Akara tracąc zupełnie cierpliwość, próbował zbyt energicznie skrócić rozmowę, wskórał tylko tyle, że dowiedział iż „wszelki pośpiech pochodzi od diabła”. 


Nie brak autorowi poczucia humoru, który sprawia, że książkę czyta się z przyjemnością. Podchodzimy do palącego się przed namiotem ogniska, przy którym poganiacze pieką czapati. Rozwijając cały kunszt wymowy i oblizując się przy tym ukradkiem, prosimy o odstąpienie nam kilu podpłomyków. Raz udało się napełnić brzuch, następnym razem było trochę trudniej: mimo iż kiszki nam marsza grają, przystępujemy do rzeczy z rozwagą, opartą na hinduskich doświadczeniach. Przede wszystkim be z pośpiechu. Jak nakazuje dobre wychowanie, wdajemy się w uprzejmą konwersację, która idzie dość trudno. „Rozmowa” toczy się po angielsku. Do spółki z Siamem znamy około trzystu słów angielskich, nasz patriarcha mniej więcej tyleż. Cały pech, że wspólnie znanych słów jest zbyt mało.

Czytając książkę byłam mile zaskoczona, jak szeroką i fachową wiedzę na temat aklimatyzacji oraz choroby wysokogórskiej posiadali uczestnicy wyprawy na Nanga Devi, zważywszy jak pewna grupa współczesnych wspinaczy wysokogórskich lekceważy jej objawy bądź wykazuje się daleko idącą ignorancją co do jej następstw, to ogromny szacun dla ekipy Nanga Devi.

Na końcu książki znajdziemy sporo ciekawych informacji o reszcie uczestników tej wyprawy, są to wspomnienia, listy i mnóstwo interesujących faktów z życia członków wyprawy jak i późniejsze losy ich najbliższych.

Reklamy