Kat miłości. Irvin D. Yalom – Ni­gdy nie zabie­raj niczego, jeśli nie masz w to miej­sce nic lep­szego do zaofe­ro­wa­nia.

Kat miłości. Opowieści psychoterapeutyczne, przełożyła Małgorzata Jałocho, Czarna Owca, Warszawa 2016.

Irvin. D. Yalom, człowiek o otwartym umyśle, który uczy się przez całe życie. Ma odwagę pisać o drodze, jaką przebył podczas wielu lat praktyk, jako terapeuta, pełen pokory i życiowej mądrości. Kat miłości jest książką którą poleciłabym każdemu, kto chciałby przez chwilę zastanowić się nad swoimi relacjami z innymi oraz lepiej zrozumieć codzienność drugiego człowieka. To opowieści psychoterapeutyczne dla każdego.

Fragment z Prologu: Tak wiele pra­gnień i tęsk­not. I tak wiele bólu – tuż pod powierzch­nią – tak nie­wiele trzeba, by się poka­zał. Ból losu. Ból egzy­sten­cjalny. Ból, który zawsze jest i nie­ustan­nie drga pod cienką mem­braną życia. I tak łatwo się do niego dostać. Poprzez wiele rze­czy – pro­ste ćwi­cze­nie w gru­pie, kilka minut głę­bo­kiej reflek­sji, dzieło sztuki, kaza­nie, oso­bi­sty kry­zys, utratę kogoś lub cze­goś. Ból przy­po­mina nam, że nie­moż­liwe jest speł­nie­nie naszych naj­głęb­szych pra­gnień: pra­gnie­nia zacho­wa­nia mło­do­ści i zatrzy­ma­nia pro­cesu sta­rze­nia się, pra­gnie­nia, by wró­cili ci, któ­rzy ode­szli na zawsze, pra­gnie­nia wiecz­nej miło­ści, ochrony, zna­cze­nia, i wresz­cie pra­gnie­nia samej nie­śmier­tel­no­ści.

Wtedy gdy te nie­osią­galne pra­gnie­nia zdo­mi­no­wały nasze życie, zwra­camy się o pomoc do rodziny, przy­ja­ciół, a cza­sem do psy­cho­te­ra­peuty, szu­kamy pocie­sze­nia w reli­gii.

W książce tej opo­wia­dam histo­rie dzie­się­ciu pacjen­tów, któ­rzy sko­rzy­stali z tera­pii i w trak­cie swej pracy zma­gali się z bólem egzy­sten­cjal­nym. Ból ten wcale nie był przy­czyną, dla któ­rej zwró­cili się do mnie o pomoc – prze­ciw­nie, cier­pieli z powodu zwy­czaj­nych pro­ble­mów codzien­nego życia: samot­no­ści, pogardy dla samego sie­bie, impo­ten­cji, migreny, przy­mu­sów sek­su­al­nych, oty­ło­ści, napię­cia, żałoby, obse­sji miło­snej, huś­tawki nastro­jów, depre­sji. Jed­nak w jakiś spo­sób (spe­cy­ficzny i odmienny w przy­padku każ­dego pacjenta) tera­pia obna­żyła korze­nie ich codzien­nych pro­ble­mów – korze­nie się­ga­jące samych pod­staw egzy­sten­cji.


„Monogamia terapeutyczna”

W począt­kach swej kariery tera­peu­tycz­nej żywi­łem naiwne prze­ko­na­nie, że prze­szłość jest nie­zmienna, pozna­walna i dana raz na zawsze. Jeśli będę wystar­cza­jąco prze­ni­kliwy, odkryję to pierw­sze nie­for­tunne zda­rze­nie, pierw­szy fał­szywy trop, który zepsuł całe życie, spra­wił, iż poszło ono w nie­wła­ści­wym kie­runku. A kiedy to odkryję, będę mógł, dzia­ła­jąc w opar­ciu o swe odkry­cie, wszystko napra­wić. W owym cza­sie pew­nie pogłę­bił­bym hip­no­tyczny stan Marge, wpro­wa­dził ją w regre­sję, popro­sił ją o zre­la­cjo­no­wa­nie wcze­snych traum, na przy­kład nad­użyć sek­su­al­nych ze strony ojca, a następ­nie kazał­bym jej prze­żyć na nowo i odre­ago­wać wszyst­kie zwią­zane z nimi uczu­cia, lęki, całą jej wście­kłość i poczu­cie zdrady.

Lata pracy i doświad­czeń nauczyły mnie, że zada­nie tera­peuty nie polega na zabie­ra­niu pacjenta na wspólne wyko­pa­li­ska arche­olo­giczne. Jeśli to kie­dy­kol­wiek komuś pomo­gło, to nie z powodu poszu­ki­wa­nia i odna­le­zie­nia tego jed­nego fał­szy­wego tropu (życia ni­gdy nie psuje jeden fał­szywy trop; ulega ono degra­da­cji, kiedy jego główny trakt jest nie­wła­ściwą drogą). Tera­peuta nie pomaga pacjen­towi przez roz­grze­by­wa­nie prze­szło­ści, lecz przez swą pełną miło­ści obec­ność, przez tro­skę i wiarę, że ich wspólne dzia­ła­nie przy­nie­sie w końcu odku­pie­nie i uzdro­wie­nie.


Jestem prze­ko­nany, że choć ilu­zje czę­sto pocie­szają i przy­no­szą uko­je­nie, w osta­tecz­nym roz­ra­chunku osła­biają i ogra­ni­czają ludz­kiego ducha.

Ale jest też kwe­stia czasu i wyczu­cia. Ni­gdy nie zabie­raj niczego, jeśli nie masz w to miej­sce nic lep­szego do zaofe­ro­wa­nia. Strzeż się ponadto ogo­ła­ca­nia pacjenta, który nie może (jesz­cze) znieść mroź­nego powiewu prawdy. I nie zuży­waj swo­jej ener­gii na prze­ciw­sta­wia­nie się magii reli­gij­nej: abso­lut­nie nie możesz się z nią rów­nać. Pra­gnie­nie reli­gii jest zbyt silne, bo jego korze­nie tkwią zbyt głę­boko, kul­tu­rowe wzmoc­nie­nia reli­gii są zbyt potężne.


Na błędy poznaw­cze spo­wo­do­wane nie­ade­kwat­no­ścią tłu­ma­cze­nia z obrazu na język i odwrot­nie nakła­dają się błędy wyni­ka­jące z nasta­wień, prze­ko­nań i wyobra­żeń odbiorcy. Znie­kształ­camy obli­cze innych, wtła­cza­jąc je w nasze ulu­bione kon­cep­cje i gestalty. Pięk­nie pisze o tym Pro­ust:

„Pozór fizyczny widzia­nej osoby wypeł­niamy wszyst­kimi poję­ciami, które mamy o niej; a w ogól­nym kształ­cie, jaki sobie two­rzymy, poję­cia te mają z pew­no­ścią naj­więk­szy udział. W końcu wydy­mają tak dokład­nie policzki, tak ści­śle pokry­wają się z linią nosa, tak sku­tecz­nie bar­wią dźwięk głosu, jak gdyby ów głos był jedy­nie prze­zro­czy­stą powłoką, iż za każ­dym razem, kiedy widzimy tę twarz i sły­szymy ten głos, odnaj­du­jemy te wła­śnie poję­cia, sły­szymy je”8.

„Za każ­dym razem, kiedy widzimy tę twarz… odnaj­du­jemy… wszyst­kie [wła­sne] poję­cia, które mamy o niej…” – te słowa są klu­czem do zro­zu­mie­nia wielu nie­po­wo­dzeń w związ­kach.


„Dwa uśmiechy”

Oprócz moich odczuć inte­re­so­wało mnie bar­dzo, co oni myśleli na temat tej sesji, jakie były ich ukryte życze­nia i motywy postę­po­wa­nia. Przy­pu­śćmy, że za rok każde z nas napi­sa­łoby wspo­mnie­nia o tej wspól­nie spę­dzo­nej godzi­nie. Czy nasze opisy byłyby podobne? Podej­rze­wam, że żadne z nas, czy­ta­jąc rela­cję dru­giego, nie roz­po­zna­łoby, że cho­dzi o tę wła­śnie sesję. Ale dla­czego za rok? Przy­pu­śćmy, że opi­sa­li­by­śmy ją za tydzień lub nawet chwilę po jej ukoń­cze­niu? Czy moż­liwe byłoby uchwy­ce­nie jakiejś praw­dzi­wej, obiek­tyw­nej histo­rii tej sesji?

Nie jest to błahe pyta­nie. Pacjenci, opo­wia­da­jąc nam o sobie, doko­nują pew­nego wyboru danych doty­czą­cych dawno minio­nych wyda­rzeń. Na pod­sta­wie tych danych tera­peuci ruty­nowo rekon­stru­ują ich życie i są prze­ko­nani, że dzięki nim mogą okre­ślić główne wyda­rze­nia z wcze­snego dzie­ciń­stwa, praw­dziwą naturę związku pacjenta z rodzi­cami, praw­dziwą naturę związ­ków mię­dzy rodzi­cami i mię­dzy rodzeń­stwem, sys­tem funk­cjo­no­wa­nia rodziny, wewnętrzne reak­cje pacjenta na urazy wcze­snego okresu życia, istotę dzie­cię­cych i mło­dzień­czych przy­jaźni.

Ale czy można tego doko­nać? Czy tera­peuci, histo­rycy lub bio­gra­fo­wie potra­fią ade­kwat­nie zre­kon­stru­ować czy­jeś życie, skoro nawet nie można uchwy­cić praw­dzi­wej rze­czy­wi­sto­ści jed­nej godziny? Kilka lat temu prze­pro­wa­dzi­łem pewien eks­pe­ry­ment: popro­si­łem moją pacjentkę, by opi­sy­wała każdą sesję tera­peu­tyczną, i ja czy­ni­łem to samo. Potem porów­na­li­śmy nasze opisy i cza­sem trudno było roz­po­znać, że opi­su­jemy tę samą sesję. Róż­niły się nawet nasze opi­nie o tym, co naj­bar­dziej pomo­gło. Moje uczone, wyra­fi­no­wane inter­pre­ta­cje? Skądże znowu! Nawet ich nie usły­szała! Nato­miast pamię­tała i bar­dzo sobie ceniła moje przy­pad­kowe, oso­bi­ste, cie­płe uwagi, któ­rymi chcia­łem ją wes­przeć lub dodać jej otu­chy.

Przy takich oka­zjach tęsk­nimy cza­sem za obiek­tywną, nie­pod­wa­żalną rze­czy­wi­sto­ścią, za jakimś ofi­cjal­nym, jasnym spra­woz­da­niem z tera­pii. Nie­po­ko­jąca jest świa­do­mość, że tak zwana rze­czy­wi­stość jest ilu­zją, a w naj­lep­szym razie zde­mo­kra­ty­zo­waną per­cep­cją opartą na kon­sen­su­sie wszyst­kich per­cy­pu­ją­cych.


„Wykro­czyć poza słowa” – tak, to jest tak ważne. Liczyło się to, co zro­bi­łem, nie to, co dekla­ro­wa­łem.


„Dwa uśmiechy”

Zasto­so­wa­nie nawet naj­bar­dziej libe­ral­nego sys­temu nazew­nic­twa psy­chia­trycz­nego sta­nowi pogwał­ce­nie jeste­stwa dru­giego czło­wieka. Jeśli wie­rzymy, że ludzi można ująć w kate­go­rie, i postrze­gamy ich przez pry­zmat pew­nych kla­sy­fi­ka­cji, ni­gdy nie dostrze­żemy ani nie doce­nimy tych waż­nych czę­ści osoby, które poza nie wykra­czają.

Jed­nym z warun­ków dobrego związku z dru­gim czło­wie­kiem jest zało­że­nie, że ni­gdy nie będzie go można w pełni poznać. Gdy­bym był zmu­szony „przy­kleić” Marie jakąś ofi­cjalną, dia­gno­styczną ety­kietką, wybrał­bym odpo­wied­nie for­mułki z DSM–IIIR (aktu­alny, psy­chia­tryczny pod­ręcz­nik dia­gno­styki i sta­ty­styki zabu­rzeń psy­chicz­nych9) i uło­żył­bym je w pro­fe­sjo­nal­nie brzmiącą, sze­ścio­osiową dia­gnozę. Wiem jed­nak, że mia­łaby ona nie­wiele wspól­nego z żywą Marie – Marie, która zawsze mnie zadzi­wiała, zawsze wymy­kała się memu poj­mo­wa­niu – Marie Dwóch Uśmie­chów.


bru­tal­nie zatrzy­mana przez skoń­czo­ność życia

Reklamy