Amundsen ostatni Wiking – Amundsen pomieścił w swych pięćdziesięciu sześciu latach życia tyle podróży, niebezpieczeństw, tragedii, ekscytacji, patosu i triumfów, że nawet dziś nie wydaje się to możliwe.

Amundsen ostatni Wiking, tytuł oryginału: The Last Viking: The Life of Roald Amundsen, Stephen R. Bown, Wydawnictwo Poznańskie, 2018. 

Zaczęłam czytać książkę Amundsen ostatni Wiking, jednak szukając na dłuższą podróż audiobooka nie mogłam znaleźć nic interesującego, zwłaszcza dla większej grupy. Miałam szczęście, że dwa dni przed moim wyjazdem Wydawnictwo Czwarta Strona udostępniło tą książkę w formacie mp3, lektor Leszek Filipowicz.

Słucha się świetnie, idealny lektor do takiej lektury, książka bardzo ciekawa.

Niewiele wiedziałam o samym Roaldzie Amundsenie przed zakupem książki Amundsen ostatni Wiking, jedynie że był zdobywcą bieguna południowego. Literatury na temat zdobywania go więcej niż o Eigerze, jednak żadna z książek jak dotąd nie przyciągnęła mojej uwagi.

Roald Amundsen był osobliwym podróżnikiem, skrojonym na czasy, w których żył. Konsekwentny człowiek szczegółu. Oryginał w każdym calu.

Roald Amundsen był nietuzinkowym odkrywcą, grał o wysokie stawki i nie wahał się postawić na szali swojej reputacji. Sposób organizacji wypraw, dbałość o szczegóły i wyciąganie wniosków z doświadczeń innych podróżników zapewniły Roaldowi Amundsenowi sukces. Spodobało mi się podejście podróżnika do rdzennej ludności, zainteresowanie ich obyczajami czy sztuką budowania igloo. Amundsen miał zasadniczo dobre zdanie na temat Inuitów. „Wyraźnie cieszyli się życiem, ale mimo to w najmniejszym stopniu nie bali się śmierci. (…) Mam silne przekonanie, że (…) Inuici żyjący w zupełnym odizolowaniu od cywilizacji są niewątpliwie najszczęśliwszymi, najzdrowszymi, najbardziej prawymi i najbardziej zadowolonymi pośród nich. Naszym przyjaciołom, Inuitom Netsilik, życzę najszczerzej, by cywilizacja nigdy ich nie odnalazła”,

Poniżej fragment wstępu:

Wielkich tajemnic geograficznych, które przez stulecia frapowały śmiałków, było na początku XX wieku całe mnóstwo. Na mapach świata, skądinąd coraz bardziej szczegółowych, nadal znajdowały się białe plamy. W czasach, gdy wielokrotnie odwiedzano Tybet, Afrykę i Amazonkę, pływano po wszystkich oceanach i przemierzano wszystkie pustynie, Przejście Północno-Zachodnie, biegun południowy i biegun północny, które kusiły pokolenia poszukiwaczy przygód, wciąż nie zostały podbite. A jednak w ciągu dwudziestu lat jeden człowiek miał zostać ich niekwestionowanym zdobywcą.

Choć Norweg Roald Amundsen znany jest jako pierwszy człowiek, który dotarł na biegun południowy – czego paradoksalnie nie uważał za swoje największe osiągnięcie – to należy go również zapamiętać jako jednego z największych odkrywców wszech czasów. Wyczyny Amundsena, podobnie jak dokonania szanowanego brytyjskiego marynarza Jamesa Cooka, nie mają sobie równych. W odróżnieniu od innych wypraw – zwłaszcza tych brytyjskich spod znaku „naszej cywilizowanej drogi”, imperium stawiającego czoła reszcie świata – Norweg traktował swoje cele jako wyzwania fizyczne i umysłowe. Planował je niczym operacje wojskowe. Jego styl – racjonalne, nie zaś romantyczne podejście do podróży i badań – zapewniał sukcesy tam, gdzie innym się nie udawało; w najsurowszych, najbardziej nieprzyjaznych miejscach na ziemi, gdzie jeden błąd mógł oznaczać porażkę, a może i śmierć. Realizacja celów w stylu wojskowym – z nieodłącznym zapałem i krzykliwą przebojowością – na zawsze zmieniła sposób postrzegania świata fizycznego i organizacji przyszłych ekspedycji.

Norweg umiał przyciągnąć uwagę. Aby sfinansować wyprawy, jeździł z wykładami, podczas których opowiadał mrożące krew w żyłach historie o swych grożących śmiercią przygodach i geograficznych podbojach. W prasie nazywano go „ostatnim z wikingów”, on zaś szybko nauczył się, żeby nigdy nie robić niczego, nie zapewniwszy sobie uprzednio zaliczki (i zapłaty za prawa do opowieści). Imponujący, arogancki, skłonny do rywalizacji Amundsen był skrupulatnym organizatorem. Uniknął skrajnych cierpień i wczesnej śmierci, które były powszechne wśród podróżników. Publicznie bywał małomówny i grubiański, zarzucano mu przebiegłość i bezduszność, a jego pogoń za sławą i uznaniem publiki postrzegano jako coś niestosownego czy też niedżentelmeńskiego; uznawano, że Norweg narusza niepisany kodeks, jakim powinien kierować się poważany poszukiwacz przygód. Amundsen traktował wyprawy odkrywcze jako podniecające przedsięwzięcie, które przynosiło ukojenie jego niespokojnej duszy, ale nie uświadamiał sobie lub nie brał pod uwagę politycznych i nacjonalistycznych motywacji, które inspirowały i pomagały finansować innych badaczy. Jednym z nich był Robert Falcon Scott z Brytyjskiej Ekspedycji Antarktycznej, który zginął, ścigając się z Amundsenem na biegun południowy.

Przez minione stulecie biografowie i historycy obszarów polarnych przeciwstawiali Amundsena Scottowi i porównywali obu odkrywców. Życie i osiągnięcia Norwega sprowadzono do tego pojedynczego wydarzenia, przedstawiając go często jako nieokrzesanego odtwórcę epizodycznej roli w tragedii Scotta. Ale Amundsena nie uważano powszechnie za człowieka oziębłego i prostego. Jego amerykański przyjaciel Lincoln Ellsworth twierdził, że „był on jak dziecko, które tak często zawodzili inni, że koniec końców nie ufał nikomu. Zamknął się więc w lodowej skorupie. (…) Nie było człowieka serdeczniejszego, chłopaka, który figlowałby weselej niż Amundsen po pięćdziesiątce, gdy go poznałem”. Norweski podróżnik intuicyjnie wyczuwał przy tym nastrój i myśli innych. Gdy uznał, że zebranym nieswojo jest ciągle podnosić na niego wzrok, sugerował, by wszyscy, łącznie z nim, usiedli.

Choć Amundsen walczył o powszechne poważanie, oblekając swoje wyczyny w płaszczyk dokonań naukowych, uważał, że tak naprawdę dokonuje podbojów, bije rekordy i dopisuje je do CV, zdobywa symboliczne trofea, które umieszcza się nad kominkiem – czyli postępował w dużej mierze tak, jak współcześni zawodowi podróżnicy. Kiedy usłyszał, że Amerykanin Richard Evelyn Byrd zamierza polecieć na biegun południowy, powiedział przyjacielowi: „Oczywiście, że Byrd może polecieć na biegun, jeśli chce, ale po co? Nie rozumiem czegoś takiego. Byłem tam, Scott tam był – nie ma tam nic więcej do odkrycia. Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć wybrać się w miejsce, gdzie był już ktoś inny? Albo udać się tam tylko po to, by dotrzeć na miejsce w inny sposób?”. Któregoś razu pisał z kolei, że cieszy się, iż nie urodził się później, bo nie pozostałoby mu nic innego niż podróż na księżyc. Był w najwyższym stopniu człowiekiem czynu, aktorem w wielkim dramacie własnego autorstwa. Nie reklamował sprzętu, by w ten sposób sfinansować swoje ekspedycje, tylko dlatego, że nie było go zbyt wiele, a turystyka nie stała się jeszcze rozrywką klasy średniej, ale za to przy każdej okazji zachwalał inne produkty (buty, pastę do zębów, konserwy).

W początkach XX wieku Amundsen był wielką postacią życia publicznego. W epoce sprzed internetu, telewizji, radia i łatwego podróżowania celował w sprzedawanie publiczności emocji i przygód. Wystarczy pobieżnie przejrzeć archiwum „New York Timesa” z lat 1903–1928, żeby znaleźć ponad 400 poświęconych mu artykułów. To entuzjastyczne wyrazy uznania dla jego osiągnięć, powiadomienia o zaszczytach, jakie nań spadły, wręczonych mu orderach i oficjalnych pochwałach, ogłoszenia o nadchodzących wykładach, jego komentarze odnośnie do wydarzeń na świecie oraz szczegółowe informacje na temat własnych planów. Część z tych tekstów przywodzi na myśl kronikę towarzyską – można się dowiedzieć, jaką prestiżową nagrodę Amundsen otrzyma w Paryżu, co prezydent Theodore Roosevelt napisał w liście odczytanym podczas obiadu na cześć Amundsena w Nowym Jorku albo jakiego niemieckiego medalu naukowego norweski odkrywca zrzekł się w trakcie wojny. Na łamach prasy omawiano nawet licytacje jego rękopisów, do których stawali wydawcy.

Amundsen pisał o swoich wyczynach z cierpkim, umniejszającym własną wartość poczuciem humoru, wolnym od nacjonalistycznego patosu i filozofii dla ubogich, fałszywego moralizowania i płytkich introspekcji, tak popularnych w wypowiedziach wielu innych podróżników tamtej epoki. Często używał żartobliwego i umyślnie sensacyjnego tonu; był urodzonym gawędziarzem zaśmiewającym się z własnych opowieści. „(…) próbowałem być trochę poetyczny… »Nigdy nie spoczywający duch ludzki«… »Tajemnicza, groźna pustynia lodowa!«… Nie, jakoś mi nie wychodziło, widocznie było jeszcze zbyt wcześnie” – pisał tuż przed wyruszeniem na nartach na biegun południowy. Przeżywszy niebezpieczną sytuację w Arktyce, zauważył, że „napięcie towarzyszące mi od trzech tygodni minęło jak ręką odjął i znów mam apetyt. Stałem się niemal dzikusem. Na olinowaniu wisiało wiele renów, na które rzuciłem się teraz z nożem w ręce. Z zajadłością raz po raz odcinałem surowe mięso i pożerałem je w plastrach i całych kawałach, dopóki – niczym wygłodzone zwierzę – kompletnie się nie przesyciłem”[3]. Innym razem, cytując powieściopisarza Reksa Beacha, rozmyślał nad tym, że „bogini sukcesu to kobieta, która obstaje przy tym, by ją zdobyć, a nie adorować. Trzeba ją schwytać i uprowadzić, nie zaś stać pod jej oknem z mandoliną”[4].

Amundsen był artystą estradowym najwyższej klasy, tyle że to geograficzne podboje, których dokonywał z prostotą i wdziękiem, stanowiły jego rzemiosło. Ludzie łaknęli jego opinii, rzucali się na jego książki i ustawiali w kolejce na wykłady. Mimo to przez większość kariery zawodowej balansował na krawędzi bankructwa, ścigany przez komorników nawet w miejscach publicznych i podczas ceremonii. Jeśli chodzi o biznesową stronę wypraw, Amundsen był obojętny, o ile nie nieudolny – wszystko, co zarobił i pożyczył, wkładał w kolejną wielką przygodę. W pewnym momencie uwikłał się nawet w proces o długi z bratem. Ellsworth, przyjaciel odkrywcy i współuczestnik jego ekspedycji, przypominał sobie: „W jego pokoju w hotelu Waldorf często słyszałem tajemniczy szelest papieru na podłodze – kolejny nakaz stawiennictwa przed sądem wsunięto pod drzwi”. Wiele o charakterze Norwega mówi jednak to, że gdy tylko dysponował pieniędzmi, które przyniosła mu ostatnia książka bądź trasa z wykładami, zawsze spłacał wierzycieli.

Podobnie jak wszystkie niezwykłe postaci, Amundsen dorobił się kilku przydomków: „Ostatni z wikingów” kojarzył się ze śmiałymi przedsięwzięciami, które podejmowali jego pobratymcy w przeszłości, „Napoleon strefy podbiegunowej” odnosił się do jego stylu działania i planowania podbojów, zaś „Biały orzeł” przywoływał na myśl jego imponującą powierzchowność. Podobnie jak jego przodkowie, wikingowie, robił wrażenie swoją posturą. Krok tego człowieka zdradzał pewność siebie, postawa przekorę, orli nos zdawał się gratką dla karykaturzystów, a nad łysiejącą głową dominowały białe kłęby wspaniałych wąsów. Twarz miał spaloną słońcem i przedwcześnie postarzałą od brnięcia przez zamiecie śnieżne na nartach lub w saniach z psim zaprzęgiem, a także przez ciągłe troski o nędzny stan finansów. Skóra wokół jego przenikliwych niebieskoszarych oczu była pomarszczona od bezustannego mrużenia powiek pośród skrzącego się lodu i na rozległych zamarzniętych morzach. Te oczy, jak zauważył jeden z jego przyjaciół, „przewiercały się przez człowieka, gdy zwracały się ku nieskończoności”.

Amundsen żył z werwą i pasją. Według Ellswortha, który znał go przez cztery lata i dwukrotnie brał udział w jego wyprawach polarnych, Norweg odziedziczył „niesamowity apetyt, dorównujący mocy jego niespokojnego ducha (…) po tych na poły dzikich przodkach, którzy żeglowali do Ameryki stulecia przed Kolumbem”. Pochłaniał niemal wszystko, od góry jajek na twardo po michę tłustych klopsików. Wydawało się, że służy mu monotonna dieta złożona z pemikanów i ciasteczek owsianych, ale jednocześnie nigdy nie miał nic przeciwko polowaniu na tak rzadko spożywane zwierzęta jak delfiny, foki i pingwiny, których mięso – jak sam głosił – było wprost stworzone do jedzenia, „zupełnie jak wołowina”. Kiedyś zjadł nawet swoje psy zaprzęgowe. „Wyglądało na to, że gardło ma wyłożone azbestem, a trawi niczym struś”, wspominał Ellsworth. Amundsen znany był także z tego, że duszkiem wypijał bardzo gorącą czekoladę, stawiał pusty kubek na ziemi i oświadczał: „Dobre!”, podczas gdy inni dopiero cierpliwie czekali, aż ich kubki nieco ostygną. Nigdy nie nadużywał napojów wyskokowych – każdego popołudnia nalewał sobie tylko szklaneczkę okowity albo innego alkoholu, rzucał okiem na zegarek i czekał, aż wybije dokładnie siedemnasta, a następnie ją wypijał.

Ostatni wiking był także uparty i nieustępliwy. Miał zdecydowane poglądy na wiele spraw, nie brakowało mu ani przyjaciół, ani wrogów. Niemal nie dało się go zmusić do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chciał – nawet do wygłoszenia przemowy, jeśli nie był w odpowiednim nastroju – a jednak przepadł, gdy pognał na ratunek człowiekowi, którego nienawidził. Zawsze niespokojny i w ruchu, do samego końca pragnął dowieść, że nadal ma to, czego potrzeba, by przewodzić innym, że jego dni chwały to nieodległa przeszłość. Wzbraniał się przed rolą starszego męża stanu, nie chciał, by skupiało się na nim niezdrowe zainteresowanie, gdy będzie niknął w oczach w swojej odizolowanej posiadłości. W przeciwieństwie do swego mentora i rodaka Fridtjofa Nansena, znamienitego norweskiego patrioty, który zdobył sławę dzięki pierwszej odnotowanej przeprawie przez Grenlandię, Amundsen nie był naukowcem ani akademikiem – nie pragnął cieszyć się wygodą szacunku, ale za to nieustannie szukał uznania swych śmiałych wyczynów. Był zawodowcem, przez całe życie oddanym własnemu rzemiosłu. Nie mógł tak po prostu rozpocząć innej kariery.

Ludzie Amundsena go kochali; budził on oddanie, o którym inni mogli tylko pomarzyć. Za lojalność odpłacał lojalnością, nawet jeśli oznaczało to, że poważnie ucierpi jego reputacja, jak stało się w przypadku skompromitowanego amerykańskiego odkrywcy doktora Fredericka Cooka. Opowiadając o tym, w jaki sposób przewodzi ludziom, stwierdził krytycznie, co rzadko mu się zdarzało, że „Nansen jest zbyt królewski. Nie będzie przestawał z motłochem”. Niektórzy członkowie ekspedycji Amundsena mówili nawet, że oddaliby za niego życie. „Gdyby brakowało nam jedzenia i powiedziałby, że ktoś musi się poświęcić dla innych, z chęcią po cichu ruszyłbym ku zaspie śnieżnej, żeby umrzeć”, utrzymywał Oscar Wisting, który był z Amundsenem na biegunie południowym, w Przejściu Północno-Wschodnim i na biegunie północnym.

Amundsen oczekiwał, że jego ludzie będą podobni do niego – poza siłą fizyczną i nierzucającymi się w oczy kompetencjami mieli także cechować się „odwagą i nieustraszonością, brakiem samochwalstwa czy skłonności do wielkich słów, i gotowością, by wśród żartów i przekomarzanek iść prosto w zamieć śnieżną”. Był wiecznym optymistą, który często liczył na łut szczęścia i zawsze wychodził na swoje, a jedna z jego ulubionych maksym brzmiała: „Gdy jest najciemniej, zawsze z przodu majaczy światło”. Potrafił jednak w zupełnie przyziemny sposób dzielić bolączki z podwładnymi, nawet gdy pozostawał ich nieugiętym dowódcą – jakimś sposobem był zarazem szefem i druhem. „Człowiek jest tam szczęśliwy w dwóch przypadkach – mówił o biegunie północnym – kiedy ma w brzuchu gorący płyn i gdy leży w śpiworze”. Pewnego razu na statku miotanym przez sztorm jego towarzysz stwierdził, że nie lubi morza. Amundsen, blady od choroby morskiej, odparł: „Ja też nie. Po prostu musimy je znosić”.


Często opowiadano o śmierci Scotta i męstwie, z jakim Anglik stawił jej czoło. To interesujące studium sposobu, w jaki nadzór nad informacjami tworzy historię – jak sfabrykowano historię „wyścigu” na biegun południowy ze Scottem w roli bohatera, a Amundsena – czarnego charakteru, człowieka, który może i – formalnie rzecz biorąc – wygrał, ale nie zasłużył na zwycięstwo. Wiele napisano o rywalizacji obu polarników; autorzy zajmowali stanowisko w sprawie tego, czy Scott był bardziej zainteresowany nauką niż jego przeciwnik, czy został wprowadzony w błąd, czy Amundsen zachował się nieuczciwie, jaka była przyczyna śmierci Anglika i tak dalej. Pora jednak rozdzielić te dwa życiorysy. Tak zwany wyścig jest literackim i historycznym konceptem, wymyślonym z początku przez Roalda i Leona, by wzbudzić zainteresowanie, i utrwalanym przez autorów książek już niemal od stulecia. Historie Scotta i Amundsena niemal zawsze opowiada się równolegle, kładąc nacisk na ich pojedynek, walkę, ambicje i tragedię. Ale prawda jest taka, że obaj panowie nigdy się nie spotkali i nie wiedzieli o swoich działaniach, ani na Antarktydzie, ani wcześniej. „Wyścig” – który pojawił się na łamach gazet dopiero, gdy obie ekspedycje były odcięte od świata, w drodze na Antarktydę – miał na celu jedynie podniesienie sprzedaży gazet i książek, a także wypełnienie sal wykładowych, lecz w końcu zaczął żyć własnym życiem, nad którym żaden z dwóch „uczestników” nie miał kontroli.

Dzisiaj znacznie trudniej po cechach zewnętrznych czy brzmieniu nazwiska jest określić kraj/region/kontynent z jakiego dana osoba pochodzi. Narodowość miała ogromne znaczenie w przypadku „wyścigu” po bieguny, podobnie jak przy zdobywaniu najwyższych szczytów górskich – na szczęście biegun południowy nie był własnością Brytyjczyków i Amundsen nie musiał ubiegać się o pozwolenia na wyprawę, zachodzi duże prawdopodobieństwo, że jak w przypadku himalajskich szczytów takowego by nie dostał.

Zdawałoby się, że w dzisiejszych czasach narodowość nie ma już tak ogromnego znaczenia, a jednak. Jakiś czas temu słuchając o nobliście w dziedzinie literatury, dziennikarz oznajmił: Brytyjczyk, tu pada chińskie nazwisko. Dalej krótka charakterystyka laureata nagrody: piszący o kraju i kulturze swoich rodziców, urodzony w Chinach, tworzący początkowo w swoim hmm ojczystym języku, stał się oczywiście zaadoptowany przez Wielką Brytanię, odniósł sukces, musiał być Brytyjczykiem. Nie jest przecież dzieckiem z jamajskimi korzeniami, urodzonym w Wielkiej Brytanii, taki osobnik zwany jest Jamajczykiem, nawet jeśli jego noga nigdy na Jamajce nie stanęła. Schizofrenia chciałoby się pomyśleć. A jednak nie, czysta kalkulacja.

Zwłaszcza ostatnia głośna afera z Windrush generation w Wielkiej Brytanii sprawia, że trudno mi myśleć pozytywnie o polityce imigracyjnej tego kraju. Freddie Mercury oczywiście jest Brytyjczykiem, urodzonym na Zanzibarze, a jednak nikt nie ma wątpliwości jakiej jest narodowości, choć Farrokh przybył tam w wieku osiemnastu lat.

Narodowość to karta, która dla Roalda Amundsena miała spore znaczenie, swoje podboje zapisywał wszak na konto niepodległej Norwegii, biegun południowy zdobył Norweg, a nie szacowny Brytyjczyk, how dare you Roald?

Fragment z epilogu:

Amundsen góruje w panteonie wielkich odkrywców, a jego śmierć wyznaczyła koniec epoki. Nie można dziś dokonać tego, co jemu się udało, podobnie jak nie da się osiągnąć tego, co osiągnął Magellan. Finansowane przez korporacje, zależne od technologii, unikające ryzyka współczesne ekspedycje wydają się sterylne w porównaniu z przedsięwzięciami heroicznej epoki, gdy pionierzy tacy jak Amundsen odkrywali nieznane zakątki świata z pomocą niesprawdzonych narzędzi. Sięgając po najbardziej upragnione łupy na obu krańcach ziemi, norweski polarnik zapoczątkował zmierzch wypraw badawczych zakrojonych na wielką skalę. Zarazem jednak opracował model biznesowy, który przyszli badacze mieli wykorzystywać do finansowania kolejnych ekspedycji.

Osiągnięcia Amundsena zaowocowały narodzinami takiego rodzaju badacza, który dostarcza publice rozrywki, kogoś, kto nie jest skrępowany ograniczeniami podróżników z dawnych czasów, którzy działali pod rozkazami rządów bądź kompanii handlowych realizujących własne cele geopolityczne. Jego dokonania są tym bardziej godne uwagi, że były dziełem osoby cywilnej, finansowanej głównie ze środków prywatnych, mimo że Norweg funkcjonował w epoce, w której podboje geograficzne były dla państw elementem szeroko nagłaśnianej zastępczej wojny o prestiż polityczny i godność narodową. W pewnym sensie był więc kimś na kształt prywatnego, samowystarczalnego sportowca, który rywalizuje we współczesnych igrzyskach olimpijskich.

Amundsen pomieścił w swych pięćdziesięciu sześciu latach życia tyle podróży, niebezpieczeństw, tragedii, ekscytacji, patosu i triumfów, że nawet dziś nie wydaje się to możliwe. Prowadził tak udane zawodowo życie, jak tylko można sobie wyobrazić, dokonując fantastycznych wyczynów, które w tamtych czasach trafiały na pierwsze strony gazet i które nigdy nie zostaną zapomniane. Spełnił wszystkie swoje marzenia z młodości, a potem – o ile nam wiadomo – zginął tak, jak tego pragnął: w tajemniczych, dramatycznych okolicznościach, znów będąc w centrum uwagi. Zasłużył na miano, jakie nadała mu prasa popularna – tytuł „ostatniego z wikingów”.

Reklamy