Świństwo (Truizmy)  Marie Darrieussecq -„Przez okno wi­dzia­łam, jak lu­dzie wcho­dzą i wy­cho­dzą. Sta­ran­nie uni­ka­łam ja­kich­kol­wiek spo­tkań, wszy­scy mie­li ta­kie miny, jak­by wie­dzie­li, do­kąd zmie­rza­ją i co będą ro­bić po­tem. Ja nie ro­bi­łam nic, pa­trzy­łam w te­le­wi­zor, ką­pa­łam się pod prysz­ni­cem.”

Marie Darrieussecq Świństwo (Truizmy), przełożyła Barbara Walicka, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018.

Opis wydawnictwa https://www.karakter.pl/ksiazki/swinstwo-truizmy

Intrygująca to za mało powiedziane, książka z konkretnym ładunkiem i przesłaniem, ale ono dla każdego może być inne. Niewiele ponad sto stron, czyta się bardzo szybko, gdyż lektura jest wciągająca. Język jakim posługuje się Marie Darrieussecq jest dosadny, miejscami brutalny, odzwierciedla przemiany zachodzące w głównej bohaterce oraz otaczającym ją społeczeństwie.

Metamorfoza jest jednym z istotnych tematów, jakie Marie Darrieussecq porusza w swojej powieści. Przemiana głównej bohaterki odbywa się dwupłaszczyznowo, pierwsze sygnały wysyła ciało, niejako buntując się przeciwko przedmiotowości z jaką jest traktowane nie tylko przez otoczenie, ale i przez samą kobietę. Metamorfoza z wolna zachodzi również w umyśle, jednak brak jej trwałości, jakby ociężały umysł, nieprzywykły do samostanowienia z trudem kontrolował prawdziwą naturę. Bohaterka początkowo jest jakby ubezwłasnowolniona, bez świadomości swego zniewolenia. By zaistnieć, jako jednostka musi przejść długą i wyboistą drogę, pełną upokorzeń i wyrzeczeń. Stawanie się sobą jest długotrwałym procesem, tylko kim właściwie jest owa istota? Może jest czymś, czego nie da się jednoznacznie zdefiniować, czymś pomiędzy, w trakcie przemian.


Zwi­nę­łam się we wła­snym za­pa­chu, żeby być jesz­cze bar­dziej sobą.

Przez okno wi­dzia­łam, jak lu­dzie wcho­dzą i wy­cho­dzą. Sta­ran­nie uni­ka­łam ja­kich­kol­wiek spo­tkań, wszy­scy mie­li ta­kie miny, jak­by wie­dzie­li, do­kąd zmie­rza­ją i co będą ro­bić po­tem. Ja nie ro­bi­łam nic, pa­trzy­łam w te­le­wi­zor, ką­pa­łam się pod prysz­ni­cem.


Rano mia­łam mieć pró­bę do spo­tu re­kla­mo­we­go, wy­stę­po­wa­łam za­miast ak­tor­ki, któ­ra wła­śnie do­pu­ści­ła się zdra­dy sta­nu. Nie­ste­ty, znów zła­pa­ły mnie strasz­ne skur­cze w krzy­żu – po­my­śla­łam, że bar­dzo źle się skła­da, iż dzie­je się to wła­śnie te­raz, kie­dy zna­la­złam pra­cę. Przy­pusz­cza­łam, że może to no­wo­twór, że roz­wi­ja­ją się we mnie cho­re ko­mór­ki, po­nie­waż nie ży­łam w zgo­dzie z wła­snym cia­łem.


Te­raz wiem, że przy naj­mniej­szej bu­rzy trze­ba się moc­no sku­pić, żeby za­cho­wać spo­kój, nie pod­dać się lę­ko­wi na­pły­wa­ją­ce­mu do brzu­cha i po­wstrzy­mać prze­ra­że­nie, ja­kie za­gnieź­dzi­ło się w brzu­chach zwie­rząt od cza­su pierw­szej na­wał­ni­cy, któ­ra na­wie­dzi­ła świat. Ze śmier­cią jest po­dob­nie. Śmierć uno­si się wo­kół mnie, a ja mu­szę za­cho­wać spo­kój.

Reklamy