Rum Doodle, William E. Bowman – „Na wszystkie usta ciśnie się pytanie: »Czy ona puści?«, a nasze dusze skrycie podpowiadają: »Tak, puści!«.”

Rum Doodle. Zdobycie najwyższego szczytu świata, Wydawnictwo Sklepu Podróżnika, Warszawa 2017, tytuł oryginału: The Ascent of Rum Doodle, wydanie oryginału: I, 1956.

Egzemplarz który posiadam zawiera przedmowę, jej autorem jest Bill Bryson. Sporo lat zajęło mu odkrycie, kim właściwie był autor tej zabawnej książki, jak pisze: w 1997 roku, po tym jak opowiadałem o książce na antenie radiowej w Londynie, otrzymałem pogodną i uprzejmą notatkę, napisaną elegancką dłonią Evy Bowman, wdowy po autorze, i rozpoczęliśmy korespondencję. Wreszcie spotkałem się z nią i z jej synem Gheem, i zacząłem poznawać długą i kapryśną historię jednej z moich ulubionych książek oraz dowiedziałem się co nieco o ciut tajemniczym mężczyźnie, który ją napisał.

Bill Bryson opisał w dość humorystyczny sposób jak Rum Doodle trafiła w jego ręce: podczas jednej z takich okazji, gdy mocowałem się z chudą, upartą kobietą z innego pokoju nad anegdotyczną historią kodów japońskiej marynarki wojennej czy czegoś takiego, moje oko padło na cienką książkę z atramentowym szkicem na okładce, przedstawiającym górskiego podróżnika leżącego w śniegu. Książka nazywała się „The Ascent od Rum Doodle”

Węsząc wielkie odkrycie, puściłem kok kobiety i chwyciłem książkę. Później tego wieczoru, w stołówce, gdy jadłem raciczki z Lancashire czy inne tajemnicze danie Starej Anglii, otworzyłem książkę i po chwili wiedziałem, że znalazłem coś wyjątkowego.

Chyba żaden rodzaj humoru nie jest trudniejszy w utrzymaniu przez całą długość dzieła literackiego niż parodia, i nie znam żadnej innej książki, w której udałoby się to równie zabawnie. „Rum Doodle”, pierwszy raz wydana w 1956 roku, to historia grupy czarująco niekompetentnych ludzi, którzy wyruszają, żeby zdobyć najwyższy szczyt świata – słynny, choć rzadko widziany Rum Doodle (o wysokości 12 345 i ćwierć metra) w śnieżnych himalajskich ostępach nad potężną Dręczącą Przełęczą.

Uwielbiam tę książkę. Wszystko w niej jest niemal perfekcyjne – imiona postaci, ich dziwactwa, ich fochy i kłótnie, ich łatwa do przewidzenia bezradność w obliczu każdego wyzwania. Jest Binder, uprzejmy, opanowany, niezbyt przenikliwy lider imprezy; Jungle, przewodnik, który nie może znaleźć drogi do żądanego punktu docelowego i zawsze przesyła przeprosiny z odległych i niestosownych miejsc; Wish, naukowiec, podczas podróży morskiej testuje swój sprzęt i odkrywa, że statek znajduje się 153 metry nad poziomem morza; Constant, ekspert językowy, który nieustannie popełniając błędy gramatyczne i składniowe, stale doprowadza do wściekłości trzydzieści tysięcy jogistańskich tragarzy; oraz przerażający kucharz Pong, którego przybycie do każdego obozu mobilizuje wspinaczy do zdobywania coraz większych wysokości.

William E. Bowman w rozbrajający sposób opisał zmagania lidera wyprawy, Bindera, aby próba zdobycia Rum Doodle zakończyła się sukcesem, a członkowie zespołu dzięki intymnym zwierzeniom oraz opiece lekarza wyprawy, który ordynuje szampana, byli w pełni zrelaksowani. Binder mocno musi kombinować, aby antypongowska strategia przyniosła oczekiwane efekty. Czy tak było? Zacznijmy od najważniejszego – celu wyprawy.

Celem wyprawy jest dotarcie dwóch wspinaczy na szczyt Rum Doodle. Wymaga to założenia obozu na wysokości jedenastu tysięcy ośmiuset metrów i zaopatrzenie go w dwutygodniowe zapasy dla dwóch osób, tak, by w razie niesprzyjającej pogody można było wygodnie oczekiwać na jej poprawę. Wyposażenie tego obozu trzeba przetransportować z końcowej stacji kolejowej w Chaikhosi, odległej o osiemset kilometrów. Będzie do tego potrzeba pięciu tragarzy. Do niesienia żywności dla nich – dwóch tragarzy. Kolejny będzie potrzebny do transportu jedzenia dla tej dwójki. Jego żywność poniesie chłopiec do pomocy, który swoje jedzenie przetransportuje samodzielnie. Pierwszy zespół wspierający będzie stacjonował na wysokości jedenastu tysięcy pięciuset metrów, również zaopatrzony na dwa tygodnie, co wymaga kolejnych ośmiu tragarzy i chłopca do pomocy. W sumie do przetransportowania namiotów, ekwipunku, jedzenia, radioaparatury, sprzętu naukowego i fotograficznego oraz rzeczy osobistych będzie potrzeba trzech tysięcy tragarzy i trzystu siedemdziesięciu pięciu chłopców.

W tym momencie zadźwięczał telefon. Dzwonił Jungle, w  wyśmienitym humorze. Jak stwierdził, udało mu się ustalić, że bez wątpienia znajduje się na obrzeżach Londynu, w Cockfosters. Pogratulowaliśmy mu i odparliśmy, że oczekujemy jego rychłego przybycia.

Doceniliśmy, że Burley świetnie opanował każdy detal planu transportu. Jednak zdaniem Wisha limit wagi, który wyznaczono dla sprzętu naukowego, był skandalicznie mały. Zależało mu, by zabrać koparkę lodowcową i trzytonowy pneumatyczny młot geologiczny, a żaden z tych niezbędnych sprzętów nie został uwzględniony. Burley odniósł się do tego zastrzeżenia dość lakonicznie. Nadmienił, że rozkopywanie lodu na Rum Doodle zgoła różni się od rozkopywania lodu na Mont Blanc, a rozrzedzone powietrze zapewne uniemożliwi użycie sprzętu pneumatycznego. Wish był zrozpaczony. 


Podczas przeprawy przez lodowiec zespół miał szansę poznać jak krystalicznie czyste są serca współtowarzyszy, każdy chciał być bohaterem.

Przebywał w szczelinie już od dwóch godzin, ale nikt nie wiedział, czy posunął się naprzód, gdyż jego głos, zwielokrotniony przez echo, docierał na powierzchnię w postaci niezrozumiałych dźwięków. Być może Jungle był zupełnie unieruchomiony.

Właśnie w takich kryzysowych chwilach ujawnia się prawdziwy charakter człowieka. Maska dobrych manier i pozorów, pod którą ukrywamy się w cywilizowanym świecie, nie zda się tutaj na nic. Tylko prawdziwy bohater nie okaże rys na charakterze, słabości, które mogą doprowadzić do zguby cały zespół. Z radością odnotowałem, że w tej krytycznej sytuacji wszyscy członkowie grupy wypadli wspaniale. Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że podczas ostatnich etapów szturmu na szczyt, kiedy sytuacja była najgorsza z możliwych i od zguby uratowała nas jedynie siła charakterów, to właśnie wzajemne zaufanie zrodzone podczas tego incydentu z początku wyprawy pozwoliło nam wykrzesać odrobinę sił, by ostatecznie zwyciężyć.

Każdy z nas oczywiście stawił czoło tej sytuacji na swój sposób. Burley z opanowaniem godnym Napoleona wykorzystał okazję, by drzemką podreperować siły nadwątlone apatią lodowcową. Wish roztapiał nad prymusem kawałek lodu, aby ustalić jego temperaturę wrzenia. Shute odłączył obiektyw kamery, żeby dostosować go do obniżonego współczynnika załamania światła w rozrzedzonym powietrzu. Constant szlifował znajomość języka, tocząc krzykliwy spór z bangiem, a Prone zajął się leczeniem anginy, której symptomy u siebie podejrzewał.

Przyznaję, że później, kiedy zaczynała nas ogarniać panika, ówczesne zachowanie mych towarzyszy niejednokrotnie było dla mnie przykładem i inspiracją. Spokorniałem wobec ich spokoju, a zaufanie, jakie ewidentnie we mnie pokładali, podbudowało mnie na duchu. Na mnie przecież spoczywała odpowiedzialność, a oni wiedzieli, że ich nie zawiodę.

Czas jednak naglił. Trzeba było uratować Jungle’a zanim zapadnie zmrok, musieliśmy zatem coś zrobić, i to szybko. Oczywiście ktoś musiał do niego zejść. Ale kto? Dzięki porannemu incydentowi znałem odpowiedź – to Shute powinien mieć przywilej zaryzykowania życia dla przyjaciela.

To, że usilnie starał się oddać ten przywilej komuś innemu, wymownie świadczy o jego skromności. Nie mogłem jednak dopuścić, by nie ziścił pragnienia uratowania kompana, więc wkrótce opuściliśmy go na linie.

Czy cel został osiągnięty? Rum Doodle puściła? A może problemy osobiste członków zespołu, w tym biednego Prone, który ma niewyrozumiałą żonę i dzieci, które uważają, że wystarczy im jedna matka, rzuciły się cieniem na jedności zespołu w dążeniu do celu? A tym jak wiemy jest dotarcie dwóch wspinaczy na Rum Doodle.

Rum Doodle szybko się czyta, książka jest zabawna i lekka, autor w humorystyczny sposób podszedł do tematu.

Reklamy