Jon Krakauer Eiger wyśniony – My naprawdę będziemy musieli wyjść na tę ścianę.

Jon Krakauer Eiger wyśniony, przekład Janusz Ochab, Mayfly, Warszawa 2010, tytuł oryginału: Eiger dreams: ventures among man and mountains. Na okładce zdjęcie „Ciało Toniego Kurza, lipiec 1936” – trochę to upiornie.

Burza wokół wyprawy na Everest 1996, jaką rozpętał Jon Krakauer sprawiła, iż odbieram tego osobnika dość negatywnie. Ale zanim stał się TYM Krakauerem, napisał bardzo ciekawą książkę, a jest nią niewątpliwie Eiger wyśniony.

Wciągająca, zabawna i dokładnie taka, jak napisał w przedmowie Krzysztof Wielicki: „Eiger wyśniony” to nie opowieść o historii zdobywania Eigeru, to luźno powiązane ciekawe historie z życia ludzi, dla których pasją były i są góry oraz wspinanie.

Autor „odwiedza” więc kultowe dla alpinisty miejsca na świecie, np. Chamonix, Denali Park czy K2 w Karakorum, przywołując ciekawe postaci, często kontrowersyjne. Wspomina wydarzenia, które mogą być nieznane polskiemu czytelnikowi, przez to poszerzają naszą wiedzę o środowisku ludzi gór.

Historie opisane w Eiger wyśniony nie były mi w większości znane, z tym większym zainteresowaniem zagłębiłam się w tej książce, teksty były publikowane na łamach magazynów w latach 1982 – 1989. Jest się też z czego pośmiać, Jan Krakauer nie tylko porusza ciekawe tematy, ale i pisze o nich wyśmienicie. Jak dla mnie najciekawsza książka tego autora, pomimo iż jest to zbiór artykułów.

Pisząc o wejściu na północną ścianę Eigeru Jon Krakauer słusznie zauważa, że trzeba pokonać nie tylko ponad tysiąc osiemset metrów pionowej popękanej wapiennej skały i czarnego lodu, ale i onieśmielający mit. Najtrudniejsze elementy każdego wejścia to praca umysłu, psychologiczna gimnastyka, która pozwala zapanować nad strachem, a ponura legenda otaczająca Eiger jest dość przerażająca, by pozbawić pewności siebie nawet najodważniejszych. Epickie historie, które rozgrywały się na Nordwand, znalazły stałe miejsce w zbiorowej podświadomości rodzaju ludzkiego dzięki makabrycznym opisom zamieszczonym w ponad dwóch tysiącach artykułów i książek. Obwoluty książek z tytułami takimi jak „Eiger: ściana śmierci”, przypominają nam, że Nordwand „pokonała setki alpinistów i zabiła czterdziestu czterech… Ciała tych, którzy spadli – czasami znajdowano je wiele lat później – były wysuszone i rozczłonkowane. Zwłoki jednego z włoskich alpinistów wisiały na linie – niedostępne, lecz widoczne z dołu – przez trzy lata, okryte lodową skorupą w zimie i kołysane wiatrem w lecie”.

Jon Krakauer również zmierzył się z tym olśniewającym mitem: pomiary wykazały, że tego wieczoru wiatr w Scheidegg wiał z prędkością stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Oprócz tego, że spustoszył nasz obóz, przewrócił również wielki teleskop na balkonie sklepu z upominkami i zrzucił wielką jak ciężarówka gondolę wyciągu narciarskiego na tory przed Bahnhof. O północy jednak wichura przycichła. Temperatura gwałtownie spadła, a rankiem lód roztopiony przez foehn pokryła trzydziestocentymetrowa warstwa świeżego śniegu. Kiedy zadzwoniliśmy do stacji meteorologicznej w Genewie, przeżyliśmy prawdziwy szok: okazało się, że wkrótce ma się zacząć kilkudniowy okres dobrej pogody. „Słodki Jezu – pomyślałem. – My naprawdę będziemy musieli wyjść na tę ścianę”.

Pisząc o Johnie Gillu, amerykańskim matematyku, legendzie boulderingu, który miał oryginale podejście do wspinaczki: „Kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, jak wielka jest siła dominującej perspektywy – kontynuuje – jak wielki wpływ społeczność wspinaczkowa może wywierać na twoje doświadczenie alpinistyczne, uświadomiłem sobie, że chcę eksperymentować ze wspinaniem, że nie interesuje mnie dopasowywanie się do jakiejś kategorii, stąpanie po czyichś śladach i przestrzeganie całego zestawu reguł, nawet jeśli są to reguły niepisane. Doszedłem do wniosku, że najłatwiej uniknę pułapki tej dominującej perspektywy, jeśli będę wspinał się samotnie. Przekonałem się, że bardzo trudno jest eksperymentować ze wspinaniem w towarzystwie innych ludzi, nawet jeśli widuję ich tylko w obozie. Wkrótce odkryłem, że kiedy wspinam się samotnie, doświadczam cudownych wewnętrznych przeżyć”.

Na YouTube John Gill ma swój kanał, na którym można znaleźć ćwiczenia, jakie wykonuje w wieku osiemdziesięciu lat. Poniżej link do wywiadu, język angielski.

http://threerockbooks.com/index.php/interview-with-john-gill/


Uwięzieni w namiocie, to przezabawny artykuł, Jon Krakauer pisze bez owijania w bawełnę, jak uroczo jest dzielić miniaturowy namiot ze współtowarzyszem: w przeciętnym namiocie górskim jest mniej więcej tyle przestrzeni, ile w budce telefonicznej, a podłoga ma powierzchnię dużego łóżka. Kiedy jesteśmy zmuszeni do przebywania w takiej bliskości, szybko puszczają nam nerwy, a drobne rozdrażnienie urasta do rozmiarów poważnego zdenerwowania. Wyłamywanie palców, dłubanie w nosie, chrapanie i naruszanie przestrzeni towarzysza przemokniętym śpiworem może zasiać ziarno przemocy. David Roberts, jeden z najlepszych wspinaczy Alaski w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, wspomina pewną burzową wyprawę na Mount Deborah, którą odbył ze swoim najlepszym przyjacielem: 

„Nasze rozmowy szybko zamierały albo prowadziły do kłótni. Pogoda frustrowała mnie do tego stopnia, że musiałem się na coś złościć; Don był najbliższym obiektem mojej irytacji, a do tego jedynym zdolnym do odpowiedzi… Wkrótce zacząłem reagować na wszelkie czynności i zachowania Dona – irytował mnie sposób, w jaki czyścił nóż, trzymał książkę czy nawet oddychał. Pojawiła się pokusa racjonalizacji tych reakcji: mówiłem sobie, że wścieka mnie sposób, w jaki je płatki, bo to wyraz jego metodyczności, która jest z kolei świadectwem umysłowej ociężałości, a właśnie ze względu na tę ociężałość nie podoba mu się moja niecierpliwość… Poddawałem się coraz większej agresji i obłędowi zarazem. Starałem się więc odsuwać od siebie podobne myśli: zamiast tego rozmyślałem o przyjemnościach łatwiejszego, cieplejszego życia. Jednocześnie jednak wzbierała we mnie głucha wściekłość, wywołana odgłosem żucia Dona, który jadł właśnie baton”.

Jeśli rozważacie samotne wyprawy, może warto rozważyć czteronogiego przyjaciela, choć jak zauważa Jon Krakauer umiejętności konwersacyjne psa pozostają co prawda sporo do życzenia, a mokry pies śmierdzi nawet gorzej niż mokry wspinacz, ale dobry pies będzie nas zawsze słuchał z życzliwością i współczuciem, a poza tym, co rozumie się chyba samo przez się, pies pozwala nam bezpiecznie dać upust największej nawet frustracji.


Można i tak: Hale, bliski wychłodzenia, stwierdził w końcu, że uda mu się przespać w odrobinie ciepła tylko wtedy, jeśli zdejmie wszystkie mokre ubrania, wciśnie się do lekko oślizłego, lecz w miarę nieprzemakalnego plecaka (starając się przy tym ignorować fakt, że w jego wnętrzu walają się rozmoczone resztki miękkich ciastek z figami), okryje to płaszczem przeciwdeszczowym i dopiero wtedy wpełznie do mokrego śpiwora. „Noc w noc – wspomina – miałem ten sam deliryczny sen, w którym szedłem po lodowcu i natrafiałem na suchą ciepłą chatę. Gdy zaczynałem otwierać drzwi, zawsze się budziłem, mokry, drżący i oblepiony okruchami ciastek”. Choć tydzień, który spędził wówczas w namiocie, obfitował w różnego rodzaju nieszczęścia, Hale twierdzi z uporem, że „nuda nie stanowiła problemu”.


Weźmy, na przykład, przypadek Adriana Popovicha, znanego lepiej jako Adrian Rumun, który okazał się jednym z lepszych wspinaczy na Skale, co podsyciło jego ambicję: oświadczył, że wiosną 1986 wejdzie samotnie na McKinley i tym samym zostanie pierwszym Rumunem, który stanie na szczycie najwyższej góry Ameryki Północnej. Historię Adriana poznamy w rozdziale zatytułowanym Klub Denali. Jak pisze Jon Krakauer, Adrian nie przejął się też szczególnie, gdy po przybyciu na Alaskę, podczas rejestracji swego wejścia, spotkał się z pewnym dobrodusznym strażnikiem leśnym Ralphem Moore’em, który sugerował, że próba wejścia na McKinley bez namiotu, łopaty i maszynki do topienia śniegu to czyste samobójstwo. Jak myślicie, był pierwszym Rumunem na Denali?


W siódmym rozdziale zatytułowanym Chamonix, przeczytamy ciekawe historie związane z historią tego rejonu oraz zabawne anegdoty na temat Francuzów, naród dumny, kreatywny i skłonny do dramatyzowania, bez trudu wynajduje nowe formy alpejskiej stymulacji i Brytyjczyków. Jon Krakauer poruszył temat bezpieczeństwa w masywie Mont Blanc oraz tego, jak zatłoczone są jej szlaki, dzisiaj (14.07.2018) przeczytałam na BBC o restrykcjach, jakie  Francja nałożyła na śmiałków chcących zdobyć Mont Blanc.

https://www.bbc.co.uk/news/world-europe-44833398

Akcja ratunkowa 1966 rok: Wspinaczka była niezwykle trudna, ale po trzech dniach grupa Hemminga dotarła na półkę, na której czekali na nich Niemcy, obaj żywi i w zaskakująco dobrej formie. Choć brzmi to niewiarygodnie, pięć minut później na półce pojawił się również jeden z przewodników z północnej ściany, który dotarł tam trawersem z łatwiejszej trasy, i oświadczył, że wraz z innymi przewodnikami będzie ewakuował Niemców.

– Nie – odparł z mocą Hemming. – Byliśmy tu pierwsi. Niemcy są nasi.

Następnego dnia zespół Hemminga wraz z dwójką uratowanych alpinistów stanął u podnóża Dru, gdzie czekał już na nich tłum dziennikarzy z kamerami i mikrofonami w rękach. Kiedy wizerunek Hemminga i jego niezwykła opowieść pojawiły się we wszystkich gazetach i dziennikach telewizyjnych Europy, jasnowłosy Amerykanin stał się bożyszczem Europy. Szczególnie Francuzi dostali bzika na punkcie „le Beatnika”, szlachetnego dzikusa z Ameryki, który zauroczył ich nie tylko szaloną odwagą, ale i surową urodą oraz powściągliwością godną Gary’ego Coopera. Hemming został nagle herosem, z dnia na dzień zamienił się z biednego, nieprzystosowanego wspinacza w jasnowłosego boga, bohatera nieprzemijającego mitu.

Reklamy