Anatomia Góry. Osiem tysięcy metrów ponad marzeniami Rafał Fronia – I choć niejeden raz zaklinamy się, że to już koniec, że wystarczy, to nie jest to prawdą, bo nasza pasja jest silniejsza. Jest paliwem, bez którego ustanie silnik naszego życia – szczęście.

Anatomia Góry. Osiem tysięcy metrów ponad marzeniami. Rafał Fronia, Kraków 2018, wydawnictwo Sine Qua Non.

Usiadłem przy piecyku pod Mount Everestem w wieku 46 lat i dwóch miesięcy. Zanim jednak Rafał Fronia ze skarpet zrobi pochodnie i dotrze do Everest Base Camp w wieku 46 lat i dwóch miesięcy, by zmierzyć się z Lhotse w 2017 roku, rzucimy okiem na Karkonosze, Alpy oraz wulkany Ekwadoru. Jak zaznacza autor, Tatry pominę celowo. Bo Tatry to rozdział na osobną książkę, nie umiem ich opisać jako jednej części. Spotkamy się z nimi, jeśli tylko będę dostatecznie odważny, aby o nich napisać.

Książka świetnie wydana, zarówno w wersji elektronicznej jak i papierowej. Elektroniczny full wypas, bo wraz ze zdjęciami, co nie zawsze jest normą. Niektóre fotografie są niesamowite, górskie krajobrazy bywają nieziemskie, z chęcią zakupiłabym jako plakat takie lodowe organy czy zdjęcia z lodowca Goldwyn Austen. Himalaje swym ogromem przytłaczają, surowość i potęga górskich szczytów wprawia człowieka w zadumę. Są monstrualne, trudno jest wyobrazić sobie, że tam, w górze, urwał się serak wielkości 10 Pałaców Kultury.

http://www.himalaisci.pl/wyprawy/wyprawy-zakonczone/wyprawy-fot-rafal-fronia

Patrząc na niektóre ze zdjęć, trudno zachować powagę, zwłaszcza widząc żółtego „przybysza z Matplanety”, który zdaniem autora fotografii chyba nie jest zbyt zadowolony. Jakoś mnie to nie dziwi. Trzeba mieć odwagę, żeby paradować w takim wdzianku.

Anatomia Góry to tak naprawdę anatomia człowieka. Moja. Obnażyłem się, ale nie chodzi o ciało, tylko umysł. Otworzyłem głowę i poukładałem na sklepowych wystawach kartek tej książki to, co mam w środku. Zaraz tam obnażyłem, zapewne mniej niż na szczycie Lobuche. Wracając do książki, czyta się dobrze, fotografie odlotowe, autor cierpiąc na nadmiar wolnego czasu, trochę zagłębia się w poszukiwaniu straconego czasu i problemy filozofii egzystencjalnej, zwłaszcza czekając na Lhotse D-day. Rafał Fronia w swojej książce opisuje atrakcje, jakie są nieodzownym elementem życia himalaisty. Najważniejszym jest poczucie upływającego czasu, czekanie na okno pogodowe. Czas. Tu odmierzamy go śniadaniem, lunchem, kolacją, a potem snem. Ilością śniegu, który oblepił namiot, siłą wiatru. I prognozą pogody. To jest nasz zegar. Ile czasu do wyjścia, do obozu pierwszego, drugiego, trzeciego. Czas. Weryfikator naszej cierpliwości. Każdy znosi inaczej ten wielorybi areszt. Narasta zdenerwowanie, irytacja. Czekanie staje się wyzwaniem. A łopot płetw wieloryba – sekundnikiem. Zaczynamy idiocieć, nieprawdopodobne pomysły znajdują ujście w niedotlenionych głowach: a może by tak zamontować tu w kopułce jedną wielką butlę do sikania? Albo zacząć destylować zamrożone słodkie ziemniaki? Kolejnym niezwykle istotnym elementem życia himalaisty jest znowu czekanie, tym razem na aklimatyzację – aklimatyzacja to cud. Nagle można robić to, o czym niedawno nawet się nie marzyło. Człowiek staje się supermenem. Następnie, jak pisze Rafał Fronia, w życiu prawdziwego himalaisty ważne jest: jajko może być powodem kłótni, powodem depresji, szaleństwa, a nawet opuszczenia wyprawy. Tolerancja na jajko jest tak ważna, jak umiejętność wiązania się „ósemką” do liny. Kurde, jest nawet ważniejsza. W dalszej części książki przeczytamy więcej o tym nieodłącznym elemencie życia himalaisty. Lubisz kurze jajka? Jeśli nie, jeśli twoje śniadanie nie obejmuje jajek, nie jedź w Himalaje, nie jedź w Karakorum. Tam królem śniadania jest kurze jajo. Smażone, ociekające tłuszczem, wybełtane, czasem spalone, rzadziej gotowane, a bywa, że wymieszane z cebulą, pomidorem i papryką, udające omlet. Ale jajko jest „Kubicą” górskiego toru, rozpoczynającego dzień. Jest start-upem dnia, bez jajka kucharz nie umie go rozpocząć. W Górach wszystko zaczyna się od jajka. Jeśli jesteś uczulony na jajko, nie możesz zostać himalaistą. Ja polubiłem jajka.
Ale pamiętam historię z Dhaulagiri. Przez 33 dni na śniadanie było jajo. Nie było ani jednego dnia wyjątku. I pamiętam, jak Krzyś Wielicki na zakończenie wyprawy zaczął marzyć, że jak wróci do domu, pójdzie do najlepszej knajpy w Dąbrowie Górniczej i zamówi jajka sadzone. Potem poprosi kelnera, aby ten otworzył okno. I wtedy on wypierdoli to razem z talerzem na ulicę.

Czasami himalaista musi się też skupić, więc jak pisze autor tej książki: skupiamy się na oddychaniu, piciu, jedzeniu i perystaltyce jelit. Reszta jest nieważna. No ale ile można trawić, siedząc albo leżąc. Co ja, krowa jestem? Ja jestem nomada, człek wędrowny. Koczownik. Poszliśmy więc. Z Piotrem. Z Jareckiego wyszło, że bardziej jest krową i nie zamierza wstawać, zatem olaliśmy go i podreptaliśmy sami.

Rafał Fronia dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami na temat komercyjnych wycieczek i całej otoczki z tym związanej, komercyjny cyrk. Liczba ludzi docierających do bazy pod Everestem jest przerażająca, miejsce to przez wielu określane jako wieża Babel zostało fajnie opisane przez autora. Baza. Nie, nie baza. Miasto. Kolorowe, żółte, czerwone, niebieskie, błyszczące w słońcu kopułki namiotów. Po horyzont. Jakby ktoś wysypał na ziemi Drogę Mleczną, ale zamiast gwiazd spoczęły tam różnokolorowe lentilki. Rozsypały się wszędzie. Od zboczy Pumori po podnóże Dachu Świata i dalej, w głąb moreny, aż za punkt, gdzie mogę sięgnąć wzrokiem.
Ludzie się zatrzymują, patrzą, niektórzy nie wierzą w to, co widzą. Że widzą miasto setek namiotów, mes, kopuł, kuchni i magazynów, toalet, pryszniców. Że widzą kilometry modlitewnych flag, furkoczących na wietrze, że widzą sznur ludzi idących tam i stamtąd wracających, że widzą karawany objuczonych towarem jaków idących pod górę i wracających w dół truchtem, że widzą szczyty Nuptse, Lhotse, Everestu, Khumbutse i Pumori.

Przy okazji Rafał Fronia porusza problem, jaki w 2/2018 numerze czasopisma Góry zauważa Krzysztof Wielicki (artykuł zatytułowany Krzysztof Wielicki 3x zimą na K2, Piotr Drożdż), a mianowicie jak postęp technologiczny wpłynął na „morale zespołu” podczas zimowej wyprawy na K2. Rafał Fronia, powiedziałabym niemal ze wstydem przyznaje: Gdy oczekuję listu, nieodpisanie tego samego dnia traktuję jak zapomnienie, wręcz odrzucenie i lekceważenie tego, co tutaj takie ważne – poczucia bliskości i pewności, że wszystko jest dobrze. Izolacja wyzwala bezradność, jest się skazanym na trwanie i niemożność działania. A tam, w domach, czas płynie tak samo, ale inaczej. Codzienne obowiązki, ich różnorodność, powodują, iż zaczyna brakować empatii dla nas, dla schowanych tutaj, w najodleglejszej przegródce świata. Tym samym czujemy się opuszczeni i pozbawieni wsparcia. I wtedy zaczyna się eskalacja. Normalność przestaje istnieć, wynajduje się lub wymyśla zagrożenia czy irracjonalne sytuacje, czasami absurdalne i otwiera się dla nich drzwi w głowie. A one tam pęcznieją, stają się czymś oczywistym i powoli całkowicie przejmują nad nami kontrolę, czyniąc nas niezdolnymi do czegokolwiek innego. Możemy tylko myśleć. A przecież tak naprawdę nie stało się nic. Nie dostałem tylko maila z odpowiedzią. Tak, to tylko/aż list/mail, jednak oczekiwanie na niego może rodzić frustracje, łączność powinna być ograniczona do niezbędnego minimum, jak powiedział Krzysztof Wielicki we wspomnianym artykule.

W książce znajdziemy również dziennik z zimowej wyprawy na K2 oraz Kalendarium polskiej wyprawy narodowej na K2, 2017/2018. Rafał Fronia w Anatomii góry odniósł się również do postawy Denisa Urubko oraz akcji, w której nie udało się uratować Tomka Mackiewicza.


Czekam. Mam wrażenie, że Góry to czekanie: na kogoś, na coś, po coś, a czekanie to cierpliwość, sztuka. Zanim jednak prześpi się w namiocie rozbitym na jakimś smoku, który śpi, ale śpiąc, dalej jest żywy, warczy, prycha i w każdej chwili może się zerwać i strząsnąć żółte insekty ze swojej skóry.


A ty? Masz swoją Górę na świecie, dla której porzucasz wszystko na powierzchni, by zaznać szczęścia w czeluściach?

Reklamy