Śmiech na linie Ivan Bajo – Sfotografuję go, podoba mi się! Kozicę mam, świstaki mam, ale woła tatrzańskiego nie mam.

dav

Śmiech na linie. Zebrane wspinaczkowe banialuki i bazgraniny Ivan Bajo (ur.1935) słowacki taternik, alpinista, instruktor, rysownik karykaturzysta i publicysta.

Wydanie, które zakupiłam jest już czwarte z kolei, co zdaje się nieco zaskakiwać samego autora Śmiechu na linie, pierwsze wydanie 1977 rok. W przedmowie uzupełnionej do IV wydania, Ivan Bajo pisze: czas – data są „okularami”, które podczas czytania tej książki trzeba założyć, aby móc znaleźć się we właściwej przestrzeni i czasie. Może wówczas te dawne górskie przygody staną się jeszcze bliższe…

Ivan Bajo o sobie: jestem niepoprawnym optymistą i postrzegam świat jedynie z humorystycznej strony. Domniemywam, że czasami my sami traktujemy wspinaczkę straszliwie poważnie. Dlaczego? Przecież jest przede wszystkim radością, zabawą, szczęściem, przyjaźnią. Jestem gawędziarzem, piszę tak, jak mowię – ci , którzy mnie znają, mogą to potwierdzić. Nie spekuluję nad formą, nie szukam pomysłów – piszę od razu na maszynie. Dlatego proszę – nie traktujcie tych zebranych nowelek jako utworów literackich, lecz jako pogawędkę na taternickim biwaku lub przytulnym, wieczornym Zbójnickim Schronisku, Schronisku pod Rysami, Terince, pełnych beztroskich, roześmianych, rozentuzjazmowanych taterników.

Kolejną część tej książki tworzą humorystyczne, taternickie grafiki, które też przyszły na świat pod Jastrzębimi Skałami. Pewnego razu, a było to chyba przed półwiekiem….

Śmiech na linie. Zebrane wspinaczkowe banialuki i bazgraniny Ivan Bajo – lekka, zabawna i pełna dobrego humoru pozycja wydawnicza. Chociaż nie wszystkie nowelki rozbawiły mnie w równym stopniu, to jako całość uważam, że jest to ponadczasowa i świetna książka. Jest się z czego pośmiać.

Wedle Ivana Bajo wspinacz tatrzański to specyficzny gatunek, wszystkożerny, jeśli to możliwe żerują regularnie – stale. Taternicy nie są wybredni. (…) Jego typowym środowiskiem są szczyty wysokich gór oraz ściany, filary, kominy, żleby i granie. Ów osobnik/ gatunek żyje na terenie Wysokich Tatr, jest to gatunek sympatycznych, przytulnych, wszystkożernych ssaków – wspinacz tatrzański. Obok niego koegzystuje specyficzny gatunek odstręczających, paskudnych dziwolągów – ceprów pospolitych małomiasteczkowych. Opierając się na obserwacjach własnych oraz na przekazach starych wilków górskich, powinienem powiedzieć o nich kilka słów. Charakterystyka wspinacza tatrzańskiego oraz cepra pospolitego nie tylko jest zabawna, nie straciła również na aktualności.

Czytając historię Emila, który przed dziesięciu laty został taternikiem, jedynym w rodzinie, w domu, w pracy, trudno powstrzymać się od śmiechu, poniżej fragment:

Ojciec szukał czegoś pod łóżkiem, może zagubione guzika, i podczas poszukiwań wyciągnął stamtąd linę oraz pęk haków i karabinków. Był to dla mnie wstrząsający widok, gdy klęczał ze wspinaczkowym szpejem w rękach i gapił się na mnie. – A co to takiego? – Lina i haki. – Widzę, ale co one tu robią? – Bo z tym się wspina. – Wspina. Z tym się wspina. KTO SIĘ Z TYM WSPINA? – No … ja… właściwie, oczywiście… no tak … ja z tym czasami… się wspinam. – Ty się z tym wspinasz! Posłuchaj, matka, on się z tym wspina! Nie rozumiem! – No więc, to się tak… obwiązuję klatkę piersiową i… – I się wspina! Ty, jak ci przyłożę, to… to… to… – Bo ja… bo my również, kiedy to jak ten, że tak, ale… – Słuchaj no! Nigdy nie byłeś aniołem. Zawsze musiałeś coś wymyślić. Zawsze miałeś głupoty w głowie. Psa sąsiada pomalowałeś czerwoną farbą, gołębie Jankovica upiłeś kukurydzą namoczoną w spirytusie, na weselu Gizki natarłeś papier toaletowy sproszkowaną, ostrą papryką. Chłopcze, zdajesz maturę, a rozumu ani za grosz! A teraz, teraz jeszcze chcesz drapać się po skałach. Czy ty jesteś normalny? Czy po to ciebie chowałem, żebyś zrobił sobie krzywdę? Przecież i ja broniłem, ale wszystko ma swoje granice. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko milczenie. Ostatecznie miał przecież rację. Ale pewnie zrozumiem to dopiero po latach, kiedy wyciągnę spod łóżka linę swojego syna. Możliwe. 
Ojciec wściekał się, nie jadł. Poszukiwał metod, za pomocą których mógłby wybić mi taternictwo z głowy. Przemawiał podejrzanie łagodnie: – Posłuchaj synku, przecież jesteś rozumnym młodzieńcem. Przynajmniej w miarę. Weź na przykład nasz dom. Dlaczego miałbyś włazić do domu po rynnie, skoro są schody? Rozumiemy się? No widzisz. Czy ja, na przykład, tak włażę? (Ta myśl rozśmieszyła mnie – ojciec waży 98 kg). A jestem tutaj! I jestem zadowolony. To zrozumiałe, ze każdy musi mieć jakiegoś konika – jeden chodzi na ryby, drugi na grzyby, inny hoduje kaktusy, rybki, salamandry, ktoś zbiera znaczki, etykiety zapałczane, opakowania z żyletek, ktoś gra w szachy, mariasza, piłkę nożną czy cokolwiek innego. A ty z takiego ogromu możliwości, wybrałeś właśnie tę naj… naj… – no pomóż mi – czy ja wiem, najdziwniejszą. Najniebezpieczniejszą. Najtrudniejszą. Przecież jesteś ofermą! Nawet lekarz ci zabroni. No i co ci właściwie z tego przyjdzie? Co z tego masz? Widoki? Po to są kolejki i ścieżki turystyczne. 

Opakowania z zapałek zbierałam jako dziecko, jednak zanim zdążyłam dojść do imponującej kolekcji niemal przestano je produkować. Pamiętam, jak babcia wysyłała mnie do kiosku po paczkę zapałek, ta radość kiedy ze zbiorczego szarego papieru kioskarz wyciągał nowiutkie opakowanie, nadzieja, że kolor siarki będzie niebieski i to uczucie rozczarowania, że jednak nie, bordowy. W książkach takich ja ta, obok zabawnych anegdot z życia wspinacza, znaleźć można fragmenty ze świata, którego już nie ma. Czytając Dzień żmij pomyślałam, że dzisiaj reakcja na owo zdarzenie byłaby zgoła odmienna, telefon w łapę i byłoby dopiero do śmiechu.

Jestem Tóno – mówi. – Czego tu szukacie z tym sznurkiem do wieszania bielizny?

Czytając Śmiech na linie. Zebrane wspinaczkowe banialuki i bazgraniny Ivana Bajo zwróciłam uwagę na zdanie, które często przewijało się w wypowiedziach Uelego Stecka, jak widać panowie mieli podobne podejście do wspinaczki: życie staje się najbardziej intensywne, wyraziste pamiętne.

Reklamy