Mar­tín Ca­par­rós Księżyc – Są rze­czy, o któ­rych nie mo­żesz słu­chać bez­kar­nie.

Mar­tín Ca­par­rós Księżyc od nowiu do nowiu. Dziennik hiperpodróży. Wydawnictwo Literackie. Ty­tuł ory­gi­na­łu: Una luna. Diario de hiperviaje.

Świetnie napisana książka, z dystansem do siebie i z ciętym humorem kiedy trzeba, nieraz szczera aż do bólu. Spodziewałam się reportażu o imigrantach, jak widać opis książki może wprowadzić czytelnika w błąd. Zamiast tego przeczytałam unikatowy dziennik z drogi dosłownie i w przenośni, która choć ma swój kres, nie zna granic, a los imigrantów stanowi w niej poniekąd tło, niezwykle istotne tło, bez którego nie byłoby całej tej hiperpodróży.

Mar­tín Ca­par­rós w niezwykle ciekawy sposób podszedł do tematu imigracji, porusza go w niepospolitym wymiarze. Autor nie bombarduje czytelnika danymi statystycznymi, nie mnoży bohaterów naznaczonych tragedią, wystarczy los Natalii, czy Richarda i świadomość, że mógłby być on losem każdego z nas. Rosyjska ruletka,  jak wytłumaczyć, że pod tym samym niebem rodzimy się z tak skrajnie odmiennymi perspektywami.

Po­dró­żu­ję na koszt ONZ. W cią­gu naj­bliż­szych dwu­dzie­stu ośmiu dni – mie­sią­ca księ­ży­co­we­go – mam od­wie­dzić osiem czy dzie­sięć kra­jów i na­pi­sać o lu­dziach, któ­rzy po­dró­żu­ją na­praw­dę: ze­brać opo­wie­ści mi­gran­tów.

Te­raz czło­wiek sam się nie prze­miesz­cza; jest prze­miesz­cza­ny. Kie­dyś prze­no­sze­nie się z jed­ne­go miej­sca na dru­gie wy­ma­ga­ło pew­ne­go wy­sił­ku: trze­ba było iść, wę­dro­wać, je­chać kon­no, wio­sło­wać, ste­ro­wać. W na­szych cza­sach po­dró­żu­ją­cy ma za­jąć miej­sce – w fo­te­lu, na ław­ce, ła­wecz­ce – i cze­kać, aż zo­sta­nie prze­wie­zio­ny. Tym­cza­sem lecę.

(…) Po­dró­żo­wa­nie cią­gle jest jed­nak ge­stem de­spe­ra­cji: otrzeć się, na chwi­lę albo na kil­ka dni, o wszyst­kie te ży­cio­ry­sy, któ­re nie będą moim udzia­łem. Nie ma nic bru­tal­niej­sze­go, nic bar­dziej okrut­ne­go niż uświa­do­mić so­bie, że mo­głem być ty­lo­ma in­ny­mi oso­ba­mi. (…)

I da­lej swo­je: kie­dyś po­dró­że sta­no­wi­ły przed­się­wzię­cie ob­my­śla­ne przez czło­wie­ka przez dłuż­szy czas i prze­no­szą­ce go w ra­dy­kal­nie od­mien­ne miej­sce, w któ­rym pa­no­wa­ły inne zwy­cza­je, skąd trud­no było skon­tak­to­wać się z do­mem, gdzie wcho­dzi­ło się w re­la­cje z lud­no­ścią lo­kal­ną. Te­raz bar­dzo trud­no jest wyjść poza hi­per­po­dróż: prze­miesz­cza­my się po świe­cie, jak­by to było klik­nię­cie mysz­ką – klik, i za­ła­twio­ne. Szyb­ko zmie­nia­my miej­sce po­by­tu, by do­trzeć do in­ne­go, na ogół bar­dzo po­dob­ne­go, w któ­rym spę­dzi­my od czte­rech do pięt­na­stu dni, wy­sy­ła­jąc przy­go­to­wa­ne pocz­tów­ki albo ką­piąc się w tych sa­mych wo­dach, albo od­wie­dza­jąc krew­nych czy ko­goś bli­skie­go ser­cu, albo ro­biąc za­ku­py, albo – to przede wszyst­kim – pra­cu­jąc, ro­biąc in­te­re­sy, w jed­na­ko­wych za­wsze sa­mo­lo­tach, prze­no­szą­cych nas do ho­te­li, któ­re mają być za­wsze ta­kie same i w któ­rych spo­ty­ka­my po­dob­nych lu­dzi, usi­łu­ją­cych za­ła­twić do­kład­nie to samo albo pra­wie to samo.

Księżyc od nowiu do nowiu. Dziennik hiperpodróży, to książka bardziej osobista, niż poprzednia jaką czytałam Mar­tín Ca­par­rósaGłód.

Historie bohaterów, z jakimi autor przeprowadzał wywiady przeplatane są osobistymi wspomnieniami. Powracając do Amsterdamu czy Paryża, miast w których kiedyś mieszkał Mar­tín Ca­par­rós, stwierdza że coraz trudniej mu się wy­rwać z to­rów wy­ty­czo­nych przez czas i zwy­czaj. Tak jak­bym w tych mia­stach mógł je­dy­nie po­wta­rzać, prze­ra­biać – prze­ży­wać od nowa? Me­lan­cho­lia w czy­stej postaci. Rzeczywistość bywa brutalna, wielokrotnie trudno jest nam sobie wyobrazić, że okrutna przeszłość bohaterów reportaży nie jest bezimienna, to Natalia z Kiszyniowa, sprzedana przez własnego męża, czy Richard z Monrovii, który gdy zo­ba­czył już w te­le­wi­zji, że dzie­je się coś dziw­ne­go: w wia­do­mo­ściach mó­wio­no o re­be­lian­tach, któ­rzy za­bi­ja­ją lu­dzi, zja­da­ją ich mię­so, wy­pi­ja­ją krew. Powie: – Nie ro­zu­mia­łem, my­śla­łem, że cho­dzi o ja­kieś zwie­rzę­ta… Jak mówi Mar­tín Ca­par­rós: Są rze­czy, o któ­rych nie mo­żesz słu­chać bez­kar­nie. Czasami niektóre z nich są tak przytłaczające, że nawet człowiek wrażliwy na krzywdę innych dojdzie do ściany, nie chcę jej wię­cej słu­chać. Na­praw­dę nie mogę już jej słu­chać.


 Kiszyniów. Jest to nie­wąt­pli­wie prze­wrot­na for­ma po­dró­żo­wa­nia: dziś je­stem w Moł­da­wii, przy pięt­na­stu stop­niach po­ni­żej zera, ju­tro w Li­be­rii przy trzy­dzie­stu pię­ciu po­wy­żej, w czwar­tek praw­do­po­dob­nie w Am­ster­da­mie. Prze­wrot­na: nie taka, jaką zwy­kli­śmy uwa­żać za nor­mal­ną. W po­dró­żach za­cho­wa­na była – na ogół – pew­na rów­no­wa­ga mię­dzy miej­scem a cza­sem: prze­miesz­cza­nie się w prze­strze­ni – zo­sta­wia­nie za sobą kul­tur, kra­jo­bra­zów, wra­żeń – wią­za­ło się z trwa­niem, któ­re z ko­niecz­no­ści czy­ni­ło po­dró­żo­wa­nie stop­nio­wym, ka­za­ło mu się roz­wi­jać w spo­sób mniej lub bar­dziej po­wol­ny. W cią­gu ostat­nich de­kad po­dró­żo­wa­nie tak bar­dzo zy­ska­ło na szyb­ko­ści, po­wszech­no­ści, że tam­ta idea po­dró­ży – od­le­głość sko­re­lo­wa­na z cza­sem – prze­sta­ła funk­cjo­no­wać. Trze­ba wy­my­ślić nową for­mę. Czymś ta­kim musi być hi­per­po­dróż: kli­ka­nie lin­ków w sie­ci – pod­sko­ki bez­czel­nej mał­py.


Richard Allen, młody chłopak z Monrovii, który nie zmienił swojego marzenia pomimo tragedii jaka dotknęła jego rodzinę:

– A jak spra­wy wy­glą­da­ły przed tym dniem?

– Nie wiem, wszyst­ko było… nor­mal­nie. Tak, nor­mal­nie. Mie­li­śmy to, co chcie­li­śmy, wodę, świa­tło, żyw­ność; nie głów­ko­wa­łem cały czas, jak zdo­być coś do je­dze­nia. Wte­dy wszyst­ko było w po­rząd­ku. A ja ma­rzy­łem – jak to dziec­ko – że zo­sta­nę pre­zy­den­tem Li­be­rii.

Kiedy czytam o tym, jak bezsensownie okrutny potrafi być nasz gatunek, często myślę o zwierzętach i zastanawiam się czy istnieje inny gatunek niż nasz, który zabija równie bezsensownie, dla zabawy.

Al­le­no­wie ura­to­wa­li się, po­nie­waż je­den z re­be­lian­tów roz­po­znał pa­sto­ra i po­zwo­lił im odejść. Póź­niej prze­kro­czy­li gra­ni­cę i szli wie­le dni przez pusz­czę, aż do­szli do han­ga­ru, w któ­rym schro­ni­ły się set­ki ucie­ki­nie­rów li­be­ryj­skich. Spę­dzi­li tam kil­ka ty­go­dni, ale nie było wie­le le­piej: dzie­ci umie­ra­ły z gło­du, cho­rób, gi­nę­ły od uką­szeń węży albo roz­szar­pa­ne przez dzi­kie zwie­rzę­ta. Aż do­tar­ła do nich mi­sja ONZ i prze­nie­sio­no ich w bez­piecz­niej­sze miej­sce; mo­gli też, ko­rzy­sta­jąc z po­mo­cy mi­sji, zbu­do­wać dom. Cza­sem bra­ko­wa­ło je­dze­nia, ale przy­naj­mniej mie­li gdzie miesz­kać. Pew­nej nocy gra­ni­cę prze­kro­czy­li re­be­lian­ci. Chwy­ta­li męż­czyzn i py­ta­li, czy wolą rę­ka­wy dłu­gie, czy krót­kie. Temu, kto mó­wił „dłu­gie”, uci­na­li rękę w nad­garst­ku, kto „krót­kie” – na wy­so­ko­ści ra­mie­nia. Nie­któ­rym da­wa­li wy­bór: spodnie krót­kie albo dłu­gie, albo py­ta­li, czy czło­wiek chce ko­mór­kę: uci­na­li trzy środ­ko­we pal­ce, tak że zo­sta­wał kciuk i mały pa­lec, ukła­dem imi­tu­ją­ce te­le­fon ko­mór­ko­wy. By­wa­ją chwi­le, kie­dy no­wo­cze­sność i be­stial­stwo mie­sza­ją się ze sobą bez­li­to­śnie – ra­zem ze spe­cy­ficz­nym po­czu­ciem hu­mo­ru. Tego, kto nie chciał wy­bie­rać, za­bi­ja­no bez żad­nych ce­re­gie­li.


Nie­raz – nie­je­den raz, wie­le razy – bywa tak, że po­znać ja­kąś rzecz to zro­zu­mieć, że się nic nie ro­zu­mie. Albo może zro­zu­mieć o wie­le mniej.


Cza­sem spa­ce­ry są trud­ne. Ucie­kam przed wzro­kiem chłop­ca bez nóg, żeby tra­fić na sta­rą że­bracz­kę, któ­ra ener­gicz­nie dra­pie się pod pa­cha­mi; usu­wam się przed męż­czy­zną, któ­ry chce mi sprze­dać nie wia­do­mo co, żeby zna­leźć się na­prze­ciw mat­ki, któ­ra, po­pła­ku­jąc, po­ka­zu­je mi wą­tłe nie­mow­lę. Nie­omal wpa­dam na trzech brud­nych wy­rost­ków, ab­so­lut­nie bo­sych, bi­ją­cych się i awan­tu­ru­ją­cych. Na zie­mi małe dziec­ko, dwu-, trzy­let­nie, bawi się pier­sią, kom­plet­nie sfla­cza­łą, swo­jej śpią­cej mat­ki. Na tych uli­cach nie da się zro­bić uni­ku przed skraj­ną nę­dzą. Świat, moim zda­niem, może być po­dzie­lo­ny na kra­je, w któ­rych bo­ga­ci mogą żyć, nie oglą­da­jąc bie­da­ka, i ta­kie, naj­bar­dziej bru­tal­ne, w któ­rych przed tym nie uciek­ną. Tu­taj wszy­scy mnie o coś pro­szą, a ja idę so­bie – nie­na­wi­dzę sie­bie – w swo­jej ku­rew­skiej po­sta­wie czło­wie­ka Za­cho­du: wzrok skie­ro­wa­ny przed sie­bie, wy­so­ko, nie­osią­gal­ny, za­to­pio­ny w wy­du­ma­nym bez­kre­sie, wzrok skoń­czo­ne­go bia­łe­go skur­wy­sy­na.

I po­wta­rzam so­bie, że nie ma rady – co niby miał­bym zro­bić?


Bo­gac­two to brak od­chy­leń, każ­da rzecz jest taka, jak zo­sta­ła za­pla­no­wa­na.


To na­praw­dę robi wra­że­nie: oglą­dać, jak ule­ga prze­obra­że­niu coś, co wy­da­wa­ło się nie­zmien­ne. I uczę się przy tym – wciąż na nowo – że nic nie jest na­praw­dę nie­zmien­ne, że wszyst­ko usta­wicz­nie się zmie­nia.

Po­dró­żo­wa­nie to oczy­wi­ście przy­zna­nie się do bez­sil­no­ści: szu­kasz gdzie in­dziej tego, cze­go ci nie do­sta­je. Gdy­bym na­praw­dę są­dził, że ni­cze­go nie po­trze­bu­ję, zo­stał­bym w domu. Gdy­bym na­praw­dę są­dził, że ni­cze­go nie po­trze­bu­ję, był­bym głup­cem. Gdy­bym na­praw­dę są­dził, że ni­cze­go nie po­trze­bu­ję, był­bym szczę­śli­wy. Sta­ram się o to od dłuż­sze­go cza­su.

W każ­dym ra­zie sta­rość – po­wie­dzia­łem: sta­rość? – to świa­do­mość, od sa­me­go po­cząt­ku, że po­dróż za­wsze ma kres.

Jak pisze Martin Caparros: to nie jest re­por­taż; to tyl­ko dzien­nik hi­per­po­dró­ży, i tym właśnie jest Księżyc w nowiu. Podróżą wielopłaszczyznową. Jej odbiór to sprawa indywidualna. I tego się trzymajmy.


Przy­szłość, po­wie o wie­le póź­niej, jest luk­su­sem, na któ­ry tyl­ko spo­łe­czeń­stwa bo­ga­te mogą so­bie po­zwo­lić.


Za­wsze zdu­mie­wa mnie, jak ela­stycz­na jest mia­ra dźwi­ga­ne­go przez nas bólu, to zna­czy, jak ła­two cier­pie­nia, któ­re zda­wa­ły się nie do wy­trzy­ma­nia, ob­ra­ca­ją się w co­dzien­ność – jak uczy­my się żyć ży­ciem, któ­re po­win­no być nam obce.</em

Reklamy