Ja­ro­slav Ru­diš Grandhotel. Powieść nad chmurami.

Ja­ro­slav Ru­diš Grandhotel. Powieść nad chmurami, z języka czeskiego prze­ło­ży­ła: Ka­ta­rzy­na Du­dzic, Wro­cław 2013.

Świat Chmuromira:

I Unoszę się
Uda­ło mi się. Mó­wię to, żeby od po­cząt­ku wszyst­ko było ja­sne. Że­by­ście nie mu­sie­li się o mnie bać.
Ja się nie boję.
Uno­szę się, na wy­cią­gnię­cie ręki mam chmu­ry. Nie­bo. Sny. Nie­skoń­czo­ność. No i w koń­cu też sa­me­go sie­bie.
W głę­bi pode mną po­wo­li roz­pły­wa się na­sze mia­sto. Mia­sto, któ­re ko­cham i któ­re­go nie­na­wi­dzę. Mia­sto oto­czo­ne gó­ra­mi, prze­szło­ścią, cza­sem też stra­chem, dla­te­go że prze­szłość nie jest ni­czym in­nym, tyl­ko stra­chem. Ja go po­ko­na­łem. Od­cią­łem się od stra­chu i prze­szło­ści. Opusz­czam mia­sto, z któ­rym się zro­słem i któ­re­go ni­g­dy nie uda­ło mi się opu­ścić.
Aż do te­raz.
Uda­ło mi się.
Ob­ser­wu­ję wy­so­kość, kie­ru­nek lotu i wiatr.
Uda­ło się, choć nikt w to nie wie­rzył.
Nikt mi nie wie­rzył. Na­wet sam so­bie nie wie­rzy­łem.
Uno­szę się i ośle­pia mnie słoń­ce, wy­le­wa­ją­ce się po­nad ho­ry­zont.
Żad­na noc nie jest po­zba­wio­na snów, a nie­bo ni­g­dy nie jest bez­chmur­ne. Są tam, na­wet je­śli się ich nie wi­dzi i nie czu­je.
Uda­ło mi się.
Mam dzi­siaj uro­dzi­ny i zro­bi­łem so­bie pre­zent. Pre­zent, na któ­ry cze­ka­łem całe ży­cie.
Lecę.
Uno­szę się.
Wkrót­ce zaj­rzę za ho­ry­zont.
Jest szó­sta trzy­dzie­ści rano. Za­chmu­rze­nie małe. Nie­licz­ne chmu­ry wy­so­kie­go pię­tra. Cir­ru­sy. Wiatr za­chod­ni. Sześć stop­ni Cel­sju­sza.
Uda­ło mi się.
Uno­szę się.
Utrzy­mu­ję kie­ru­nek.
W uszach za­czy­na mi grać naj­pięk­niej­sza mu­zy­ka, któ­rej nikt inny nie sły­szy, dla­te­go że czło­wiek musi być sam, kie­dy chce zre­ali­zo­wać swój sen, żeby nikt mu go nie ukradł. Żeby mógł się nim na­cie­szyć. Albo przy­naj­mniej po­wi­nien być sam.
Tą mu­zy­ką jest ci­sza.
Ho­ry­zont nie jest gład­ki. Jest pe­łen wy­pu­kło­ści, dla­te­go że ta­kie też są chmu­ry. I na­sze sny. I na­sze ży­cia.
II Rzeźnik
Na­zy­wam się Fle­isch­man. Wcze­śniej też na­zy­wa­łem się Fle­isch­man. A w przy­szło­ści rów­nież będę się na­zy­wał tyl­ko Fle­isch­man, niech so­bie lu­dzie mó­wią, co chcą, niech so­bie mają imion i ty­tu­łów, ile chcą, i niech ja­kaś przy­szłość na­dej­dzie albo i nie na­dej­dzie.
Uro­dzi­łem się 21 wrze­śnia 1973 roku. Tego dnia imie­ni­ny ob­cho­dzi Ma­to­uš. Mó­wię to dla­te­go, że­by­ście nie mu­sie­li za­glą­dać do ka­len­da­rza, bo wiem, że lu­dzie lu­bią szu­kać tam imion, dow­ci­pów, ho­ro­sko­pów i dla­te­go te­raz w ka­len­da­rzach dru­ku­ją cy­ta­ty zna­nych lu­dzi, fo­to­gra­fie dom­ków w Kar­ko­no­szach albo prze­pi­sy ku­li­nar­ne. Se­rio, Jégr po no­cach cza­sa­mi się w nich za­czy­tu­je, gła­dząc się po brzu­chu. Jégr tak, ja nie. Ale do Jégra jesz­cze doj­dę.
Ge­ne­ral­nie lu­bię ka­len­da­rze, je­śli o to py­ta­cie. Lu­bię licz­by, dla­te­go że licz­by nie kła­mią. Licz­by, wy­kre­sy i chmu­ry.
Ni­g­dy nie ob­cho­dzi­łem swo­ich uro­dzin. To zna­czy, od kie­dy je­stem sam. Ani imie­nin. Fle­isch­man nie wy­stę­pu­je w ka­len­da­rzu. A ja na­zy­wam się Fle­isch­man.
Das Fle­isch po nie­miec­ku zna­czy mię­so. Ludz­kie i zwie­rzę­ce. Albomiąższ w owo­cu. Der Mann zna­czy męż­czy­zna. Albo mał­żo­nek. Mąż.Wa­sal. Len­nik. Więc może le­piej męż­czy­zna, je­śli już mogę so­bie wy­brać. Kie­dy się to po­łą­czy, może wyjść Mię­si­sty Męż­czy­zna. Mię­ś­czy­zna. Je­śli włą­czy­cie wy­obraź­nię, to też Męż­czy­zna z Mię­sa (z krwi i ko­ści). Męż­czy­zna ko­cha­ją­cy mię­so. Mię­sarz. Rzeź­nik. Więc chy­ba po pro­stu rzeź­nik. Mó­wię to, po­nie­waż na­zwi­ska nie są przy­pad­ko­we. Nie kła­mią. Dużo o nas mó­wią. Przy­naj­mniej tak twier­dzi moja pani dok­tor.
Kie­dy nad na­szym mia­stem zgro­ma­dzi­ły się czar­ne chmu­ry, w hi­sto­rii na­szej ro­dzi­ny zgu­bi­ło się jed­no „n” ze sło­wa Mann. Po­wiem wprost, że to „n” było naj­mniej istot­ną rze­czą, któ­ra mo­gła się w na­szej ro­dzi­nie zgu­bić.
Być może spy­ta­cie, jak na­zy­wam się da­lej. A wła­ści­wie, jak na­zy­wam się wcze­śniej. Lu­dzie za­zwy­czaj mają imię i na­zwi­sko, ale ja mam tyl­ko na­zwi­sko. To wcze­śniej za­po­mnia­łem. Mu­sia­łem za­po­mnieć.
Na­zy­wam się Fle­isch­man. Mam sto sie­dem­dzie­siąt dzie­więć cen­ty­me­trów wzro­stu. Ważę sie­dem­dzie­siąt trzy kilo. Mó­wię o tym, bo może in­te­re­su­ją was licz­by, tak jak in­te­re­su­ją mnie.
Na­zy­wam się Fle­isch­man. Je­stem rzeź­ni­kiem, któ­ry nie je mię­sa, bo nie lubi krwi. Rzeź­ni­kiem, któ­ry na ta­le­rzu kroi so­bie chmu­ry i po­go­dę, dla­te­go że na świe­cie nie ma ni­cze­go waż­niej­sze­go. Kroi też sa­me­go sie­bie. Ale do tego jesz­cze doj­dę. Do wszyst­kie­go jesz­cze doj­dę.
Wszyst­ko musi być po ko­lei. Tak jak bu­du­je się mo­del sa­mo­lo­tu. Albo szu­ka li­te­rek w zu­pie i two­rzy z nich sło­wa, któ­re po­tem się zja­da. Chmu­ra na nie­bie prze­cież też nie bie­rze się zni­kąd. Naj­pierw po­trze­bu­je ja­kichś dro­bi­nek. Ku­rzu. Do­pie­ro na nich osia­da wil­goć. Z wil­go­ci po­wsta­ją małe kro­pel­ki, po­tem więk­sze i na ko­niec po­wsta­je chmu­ra.
Za­tem naj­pierw na­sy­pię wam na ta­lerz tro­chę dro­bi­nek ku­rzu. Tro­chę ży­cio­we­go po­pio­łu Fle­isch­ma­na. Ale jak się nad tym za­sta­na­wiam, to za­miast po ko­lei wolę prze­ska­ki­wać z te­ma­tu na te­mat.

Moja pani dok­tor mówi, że ludz­kie ży­cie jest jak mo­zai­ka. Że nie pa­mię­ta­my go w ca­ło­ści. Że za sobą za­wsze wi­dzi­my tyl­ko mo­men­ty. Prze­bły­ski. Bły­ski.

 

– A co to jest? – na­uczy­ciel­ka wbi­ła pa­lec w ob­ra­zek. Spod gą­sie­ni­cy jed­ne­go z czoł­gów wy­sta­wa­ła ludz­ka gło­wa. – Ja­kiś nie­miec­ki żoł­nierz?
– Nie, to mój dzia­dek. Prze­je­cha­ny.
– Prze­je­chał go ra­dziec­ki czołg?
– Tak.
Na­uczy­ciel­ka wzię­ła moją kart­kę i znik­nę­ła za drzwia­mi. W kla­sie wy­bu­chło po­wsta­nie. Krzyk, kuk­sań­ce, wi­wa­ty. Nor­mal­nie jak w maju 1945 roku w Pra­dze. Mó­wię w Pra­dze, bo Niem­cy w Li­ber­cu ra­czej nie wi­wa­to­wa­li, kie­dy do mia­sta wje­cha­ły ro­syj­skie czoł­gi, żeby im po­wie­dzieć to, o czym sami już i tak od daw­na wie­dzie­li: ka­niec fil­ma, szlus, ende.Po­tem czoł­gi wje­cha­ły też do na­szej kla­sy. Wła­ści­wie je­den czołg. Na­sza dy­rek­tor­ka. Z obrzy­dze­niem nio­sła mój ob­ra­zek w dwóch pal­cach.
– Za to to­wa­rzy­sze umie­ra­li na fron­cie? Za to prze­le­wa­li krew od Bu­zu­łu­ku do Pra­gi? Że­byś so­bie żar­ty z nich stro­ił? – krzy­cza­ła dy­rek­tor­ka.
– Dzien­ni­czek ucznia – po­wie­dzia­ła na­uczyciel­ka.
– Au – po­wie­dzia­łem ja, po­nie­waż w tym mo­men­cie ktoś z tyłu ukłuł mnie cyr­klem. To był Gott.
– Co by na to po­wie­dział to­wa­rzysz Šver­ma? Ty plu­jesz na bo­ha­te­rów! – wy­sa­pa­ła dy­rektor­ka.
– Ty plu­jesz na tych, któ­rzy plu­li krwią, że­byś mógł być tym, kim je­steś. A ty kim je­steś?
Kim je­stem, w koń­cu mi nie po­wie­dzia­ła.
– To do­bry chło­piec. Tyl­ko tro­chę za­mknię­ty w so­bie. Ale bę­dzie panu prze­po­wia­dał po­go­dę. Jest lep­szy niż po­go­dyn­ka. To zna­czy, do­kład­niej­szy – po­wie­dzia­ła baba i za­py­ta­ła:
– Nie przy­wieź­li wam po­ma­rań­czy?
– Przy­wieź­li, nie przy­wieź­li… Za­le­ży, kto pyta. Mo­ment!

Jégr wcią­gnął się i pod­krę­cił ra­dio. Sta­dion krzy­czał „go­oooool”.
No i Jégr też za­czął krzy­czeć:
– Go­oool! Mó­wi­łem! Tak­tak­tak! Wszyst­kich wro­gów po­ko­na tyl­ko z Li­ber­ca Slo­van! To ile tych po­ma­rań­czy, pro­szę pa­nią?
– Trzy kilo? Ale to nie są ku­bań­skie?
– Dla pani z Hisz­pa­nii, pro­szę pa­nią. Same się obie­ra­ją.
Jégr znik­nął na chwi­lę, baba po­gła­ska­ła mnie po gło­wie i po­wie­dzia­ła:
– Nie martw się. On zna się na dzie­ciach. Tre­no­wał mło­dzi­ków.
Jégr wró­cił i po­dał ba­bie tor­bę z poma-
rań­cza­mi.
Baba za­pła­ci­ła i po­da­ła Jégro­wi tor­bę z mo­imi rze­cza­mi. I było po wszyst­kim. Tor­ba za tor­bę. By­łem prze­han­dlo­wa­ny. Za po­ma­rań­cze. In­te­res ży­cia.
Nie po­tra­fię opu­ścić tego mia­sta.

 

Pani dok­tor mówi, że każ­dy czło­wiek ma ja­kieś ma­rze­nie. Nie cho­dzi jej o to ma­rze­nie sen­ne, któ­re na­cho­dzi czło­wie­ka w nocy i on wkła­da rękę pod koł­drę i wy­cią­ga ją, kie­dy jest cała mo­kra. Cho­dzi jej o praw­dzi­we ma­rze­nie. Coś, do cze­go dąży się za wszel­ką cenę. Coś, za co moż­na na­wet umrzeć.

Ja chciał­bym wy­do­stać się z tego mia­sta i zo­ba­czyć wszyst­kie chmu­ry świa­ta. I może kie­dyś tu wró­cić. Ale żeby wró­cić, mu­siał­bym naj­pierw odejść.

 

Nie lu­bię mgły. Lu­bię chmu­ry, bo chmu­ry są w ru­chu. Cu­mu­lu­sy. Stra­tu­sy. Cir­ru­sy. Lu­bię rze­czy w ru­chu. Może dla­te­go, że sam nie po­tra­fię się ru­szyć.

 

Ko­cham zimę. Od­dech przy­ma­rza do ust, chmu­ry za­kry­wa­ją ho­tel i nie spa­da­ją na uli­ce. Lu­dzie z nich zni­ka­ją i uli­ca­mi wła­da ci­sza, pa­da­ją­cy w nie­skoń­czo­ność śnieg i ja. Po­do­ba mi się, jak śnieg wszyst­ko przy­kry­wa, jak wszyst­ko ma je­den ko­lor – bia­ły.

Ko­cham zimę. W ho­te­lu za­zwy­czaj je­ste­śmy sami. W ko­lej­ce też. W tram­wa­ju. Na uli­cach. Gdy­bym mógł, wy­łą­czył­bym na chwi­lę wszyst­kich lu­dzi, żeby przez mo­ment być w mie­ście kom­plet­nie sam. I na­słu­chi­wać, czy mia­sto ma ja­kieś ser­ce, coś, cze­go nor­mal­nie nie sły­chać, bo za­głu­sza­ją to tram­wa­je, sa­mo­cho­dy i lu­dzie. Na uli­cy naj­chęt­niej je­stem sam. Pani dok­tor mówi, że wła­śnie o tym nie po­wi­nie­nem my­śleć, że po­wi­nie­nem spró­bo­wać po­ko­nać sa­mot­ność. Że na przy­kład mógł­bym zna­leźć so­bie ja­kichś przy­ja­ciół.

Dzię­ki za radę. Jak­bym ni­g­dy tego nie pró­bo­wał. Ale jak chce się być czy­imś przy­ja­cie­lem, to taka jed­no­stron­na chęć nie wy­star­czy. Nie mam więc przy­ja­ciół. Wy by­ście po­tra­fi­li przy­jaź­nić się z Jégrem albo Pat­ką? Ale nie je­stem sam. Mam chmu­ry. I jak tak te­raz o tym my­ślę, to chy­ba też mia­łem Fran­za. I może pa­nią dok­tor, cho­ciaż cza­sa­mi nie zno­si­łem tych jej py­tań.

 

– No i co… by­łem Je­štědem – po­wie­dział Jégr spo­koj­nie. – Były gor­sze kryp­to­ni­my. Byli też gor­si es­be­cy. Ja tyl­ko ob­ser­wo­wa­łem. Pa­trzy­łem, czy nikt nie robi bur­de­lu. Ro­bi­łem to, co po­wi­nien ro­bić każ­dy po­rząd­ny czło­wiek. Je­den na przy­kład na­zy­wał się Li­czy­rze­pa. A inny Żwi­rek albo Rum­bu­rak. Taki kryp­to­nim prze­cież może so­bie wy­brać tyl­ko kom­plet­ny idio­ta. A co wię­cej, my­ślisz, że zo­stał­bym tre­ne­rem mło­dzi­ków albo kie­row­ni­kiem sa­mo­ob­słu­gi, gdy­bym nie był Je­štědem…?
– A to sam pan so­bie wy­brał?
– Ten sklep?
– Nie, kryp­to­nim.
My­śla­łem, że zno­wu mi przy­ło­ży, ale Jégr na mnie po­pa­trzył, a ja od­nio­słem wra­że­nie, że ma wil­got­ne oczy. Kiw­nął gło­wą i od­dał się temu, co moja pani dok­tor na­zy­wa uża­la­niem się nad sobą, a Franz gu­la­szo­wym mę­dze­niem. Jégr plótł pią­te przez dzie­sią­te, na­rze­kał na wszyst­kich i na wszyst­ko, mó­wił, że ni­g­dy nie miał lek­ko, i że był nie tyl­ko Je­štědem, ale też miał kryp­to­ni­my Wa­rzyw­niak oraz An­te­na, dla­te­go że naj­pierw pra­co­wał w wa­rzyw­nia­ku, a pod­czas służ­by woj­sko­wej pil­no­wał za­głu­szar­ki, któ­ra za­głu­sza­ła Wol­ną Eu­ro­pę. I Głos Ame­ry­ki i Tu mówi Lon­dyn, wszyst­kie te sta­cje, któ­rych słu­chał mój tato, za­nim po­szedł na ze­bra­nie i mó­wił, że nie mogę o tym ni­ko­mu po­wie­dzieć. Zwłasz­cza w szko­le.

Jégr opo­wia­dał, że zna lu­dzi, któ­rzy mie­li gor­sze kryp­to­ni­my niż An­te­na, ta­kie jak Ve­lo­rex, Lot­nia albo Trau­ten­berg, że bym się zdzi­wił, jacy sław­ni lu­dzie no­si­li te kryp­to­ni­my, że dziś jest ich peł­no w te­le­wi­zji i te­atrach. Jégr mó­wił, że każ­dy wy­bie­rał so­bie sam kryp­to­nim, że nad tym za­zwy­czaj dłu­go my­ślał, po­nie­waż to nie jest ot taka zwy­czaj­na rzecz – kryp­to­nim to coś wię­cej niż nor­mal­ne imię, kryp­to­nim to coś jak sym­bol albo met­ka na tyl­nej kie­sze­ni spodni. Jemu po­do­ba­ło się w Je­štědzie to, że tak błysz­czy w ciem­no­ści, wisi nad wszyst­kim i nie po­dej­rze­wał, że ta góra i ten ho­tel sta­ną się jego lo­sem. I moim też.

 

Wzru­szo­ny Jégr w koń­cu się pod­niósł i za­czął jak we śnie tań­czyć po re­cep­cji z la­tar­ką na czo­le. Po re­cep­cji, któ­rą stop­nio­wo zmie­nia w mu­zeum blo­ku wschod­nie­go, w mau­zo­leum wła­sne­go ży­cia, któ­re­go sed­nem był blok wschod­ni, dla­te­go że Jégr ni­g­dzie in­dziej nie był i być nie chce.

Jégr tań­czył po­wo­li, jak­by był w wiel­kiej sali ba­lo­wej gdzieś w sto­li­cy i trzy­mał za bio­dra naj­pięk­niej­szą pra­ską pa­niu­się z cu­dow­nym tył­kiem. Ale w ręce miał tyl­ko mio­teł­kę do ku­rzu i z mi­ło­ścią od­ku­rzał fi­gur­ki, za­baw­ki i ob­raz­ki – od­ku­rzał swo­je ży­cie, któ­re­go nikt nie może do­ty­kać, żeby przy­pad­kiem się nie roz­bi­ło. I któ­re trze­ba po­le­ro­wać, żeby błysz­cza­ło, tak jak Jégr co dru­gi dzień po­le­ru­je swo­je mu­zeum, swo­je ży­cie kro­pla­mi he­pi­laj­fu, kro­pla­mi szczę­śli­we­go ży­cia, któ­re ku­pił od Pat­ki.

Jégr tań­czył po re­cep­cji, oświe­cał la­tar­ką chwi­le ży­cia i po raz set­ny opo­wia­dał mi swo­ją hi­sto­rię, któ­ra prze­pla­ta się też z in­ny­mi hi­sto­ria­mi, tak jak na nie­bie prze­pla­ta­ją się chmu­ry i wiatr.

 

A Franz opo­wia­dał, że nie prze­stał go lu­bić, na­wet jako ko­mu­ni­sty – wy­sy­łał mu kawę, pły­ty i poń­czo­chy dla jego mał­żon­ki, dla­te­go że przy­jaźń nie jest na rok czy dwa, ale na za­wsze, na całe ży­cie.

A ja w tym cza­sie my­śla­łem, ile razy ja po­peł­nia­łem błę­dy w ży­ciu, sko­ro tak po­błą­dzi­łem w tym mie­ście.
– Za­brać Ru­die­go to nie była taka buł­ka z ma­słem. Na cmen­ta­rzu zo­ba­czy­ła mnie ja­kaś baba i we­zwa­ła po­li­cję. Mu­sia­łem ucie­kać przez płot – opo­wia­dał, a ja nie wie­dzia­łem, czy mnie buja, czy mówi se­rio. On to chy­ba wy­czuł, bo po­wie­dział: – Na­praw­dę. A po­tem znik­ną­łem im na uli­cy mię­dzy sa­mo­cho­da­mi.
I da­lej mó­wił o ży­ciu, po­ka­zy­wał fil­mo­we ob­raz­ki, któ­re sta­no­wi­ły mu­zeum jego ży­cia, tak samo jak na­sza re­cep­cja jest mu­zeum ży­cia Jégra. A ja mi­mo­wol­nie my­śla­łem o tym, czy też kie­dyś będę miał swo­je mu­zeum, któ­re bę­dzie mi przy­po­mi­nać wspa­nia­łe i smut­ne chwi­le mo­je­go ży­cia, i co w nim bę­dzie. I nie przy­szło mi do gło­wy nic in­ne­go niż to, że to bę­dzie mu­zeum chmur, któ­re prze­ta­cza­ją się nad na­szym mia­stem. Cu­mu­lo­nim­bus. Nim­bo­stra­tus. Cir­ro­stra­tus. Al­to­cu­mu­lus. Stra­to­cu­mu­lus. Że to bę­dzie mu­zeum chmur oraz zim­nych i cie­płych fron­tów. I mię­dzy tym wszyst­kim gdzieś będę ja. Chmu­ro­mir.

Reklamy