Maurice Herzog Annapurna – Po zwy­cię­stwie za­czy­na się dro­ga krzy­żo­wa.

Maurice Herzog Annapurna, tytuł oryginału Annapurna. Premier 8000, przełożył Rafał Unrug, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

Każ­dy z lu­dzi gór ma swój cha­rak­ter. Czyż ist­nie­je bar­dziej upar­ta rasa?

Louis Lachenal oraz Maurice Herzog dokonali pierwszego wejścia na ośmiotysięcznik, zdobyli Annapurnę mającą 8091 metrów. 

Zwy­cię­stwo fran­cu­skiej wy­pra­wy hi­ma­laj­skiej w 1950 roku stop An­na­pur­na zdo­by­ta 3 czerw­ca 1950He­rzog

Ze wstępu:
To moja pierw­sza książ­ka. Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, ile z tym się wią­że pra­cy. Zda­rza­ły się chwi­le, kie­dy za­da­nie mnie zwy­czaj­nie prze­ra­sta­ło, ale pod­ją­łem się go, po­nie­waż chcia­łem – w imie­niu tych wszyst­kich, któ­rzy po­szli ze mną – dać świa­dec­two i opo­wie­dzieć o strasz­li­wej przy­go­dzie i o tym, jak zdo­ła­li­śmy ją prze­trwać tyl­ko dzię­ki se­rii nie­praw­do­po­dob­nych cu­dów. Wciąż tak na to pa­trzę. An­na­pur­na przed­sta­wia dzia­ła­nia lu­dzi w bez­li­to­snym uści­sku na­tu­ry i mówi o ich cier­pie­niach, na­dzie­jach i ra­do­ściach.
Uzna­łem, że moim obo­wiąz­kiem jest szcze­rze zre­la­cjo­no­wać, co się wy­da­rzy­ło, i spró­bo­wać – na tyle, na ile po­tra­fię – uka­zać ludz­ki aspekt wy­pra­wy oraz od­dać tam­tą nad­zwy­czaj­ną emo­cjo­nal­ną at­mos­fe­rę.
W związ­ku z tym, że leżę w szpi­ta­lu i cze­ka mnie jesz­cze dłu­gie le­cze­nie, każ­de sło­wo tej książ­ki zo­sta­ło prze­ze mnie po­dyk­to­wa­ne.
Pod­sta­wę nar­ra­cji sta­no­wią oczy­wi­ście moje wspo­mnie­nia. Je­śli przy­to­czo­ne fak­ty są ob­szer­ne i do­kład­ne, za­ dzię­czam to dzien­ni­ko­wi wy­pra­wy, któ­ry skru­pu­lat­nie pro­wa­dził Mar­cel Ichac – ten klu­czo­wy do­ku­ment pi­sa­ny był czę­sto na bie­żą­co, w chwi­li, gdy coś się dzia­ło. Ko­rzy­sta­łem, jak tyl­ko mo­głem, z pry­wat­ne­go dzien­ni­ka Lo­uisa La­che­na­la, a po­zo­sta­łe szcze­gó­ły uzu­peł­nia­li wszy­scy moi przy­ja­cie­le z wy­pra­wy. An­na­pur­na jest za­tem dzie­łem ca­łe­go ze­spo­łu.dzię­czam to dzien­ni­ko­wi wy­pra­wy, któ­ry skru­pu­lat­nie pro­wa­dził Mar­cel Ichac – ten klu­czo­wy do­ku­ment pi­sa­ny był czę­sto na bie­żą­co, w chwi­li, gdy coś się dzia­ło. Ko­rzy­sta­łem, jak tyl­ko mo­głem, z pry­wat­ne­go dzien­ni­ka Lo­uisa La­che­na­la, a po­zo­sta­łe szcze­gó­ły uzu­peł­nia­li wszy­scy moi przy­ja­cie­le z wy­pra­wy. An­na­pur­na jest za­tem dzie­łem ca­łe­go ze­spo­łu.

Jeśli po przeczytaniu tej książki ktoś nadal uważa, że zdobywanie ośmiotysięczników  w obecnych czasach to szaleństwo, to nie wiem jakich słów trzeba by użyć, by opisać czym było porywanie się na Annapurnę z wiedzą typu za siedmioma górami, za siedmioma lasami była hmm…. Annapurna?

Pro­szę Mar­ce­la Icha­ca, aby wy­jął in­dyj­ską mapę. Roz­mo­wy ury­wa­ją się, jak na za­klę­cie.
Ichac ostrze­ga nas, roz­kła­da­jąc mapę:
– Nie ufaj­my jej zbyt­nio. Ry­so­wa­li ją z bar­dzo da­le­ka spe­cja­li­ści, któ­rzy ni­g­dy nie byli tu na miej­scu. Ob­li­czy­li, na­wet nie­zwy­kle do­kład­nie, wy­so­kość i po­ło­że­nie naj­waż­niej­szych szczy­tów, a po­tem, opie­ra­jąc się na nie­spraw­dzo­nych wia­do­mo­ściach, po­łą­czy­li te punk­ty kre­ska­mi, tro­chę na łut szczę­ścia. Po­mię­dzy kre­ska­mi w za­sa­dzie znaj­du­ją się do­li­ny, ale to wszyst­ko jest bar­dzo nie­pew­ne.
Dłu­go oglą­da­my in­dyj­ską mapę. Po chwi­li mil­cze­nia za­bie­ram głos:
– Nasz cel jest pro­sty: zdo­być Dhau­la­gi­ri lub An­na­pur­nę naj­ła­twiej­szą dro­gą. Aby zna­leźć tę dro­gę, po­dzie­li­my się na małe grup­ki i obej­dzie­my do­oko­ła na­sze szczy­ty.
Za­cznij­my od Dhau­li, po­nie­waż znaj­du­je się on bli­sko i wi­dzi­my jed­ną z jego ścian, wschod­nią, oraz dwie gra­nie: po­łu­dnio­wo-wschod­nią i pół­noc­no-wschod­nią. Bi­scan­te, czy chcesz prze­szu­kać to zbo­cze?
– Bar­dzo chęt­nie – od­po­wia­da La­che­nal. – Ale po co je prze­szu­ki­wać, sko­ro wi­dać stąd, że są tam moż­li­wo­ści?
– Skąd o tym wiesz? – pyta Ichac. – Zda­je ci się, że jesz­cze je­steś w Al­pach.
Ichac, je­dy­ny z nas, ma do­świad­cze­nie hi­ma­laj­skie. Był już ope­ra­to­rem fil­mo­wym wy­pra­wy de Ségo­gne’a w 1936 roku.
– Tu wszyst­ko jest znacz­nie więk­sze – mówi. – Nie ma­cie jesz­cze ska­li w oczach. Lo­do­wiec wschod­ni, któ­ry wy­da­je ci się tak nie­da­le­ko, w rze­czy­wi­sto­ści znaj­du­je się po­nad dzie­sięć ki­lo­me­trów stąd. Trze­ba go obej­rzeć z bli­ska. (…)
– Ścież­ka, prze­łęcz na wy­so­ko­ści sze­ściu ty­się­cy me­trów, An­na­pur­na bli­ziut­ko, to obie­cu­ją­ce – mru­czy roz­ma­rzo­ny Schatz. Po czym pro­po­nu­je: – Chęt­nie bym po­szedł w stro­nę rze­ki.
– Zgo­da.
– Czy nie masz nic prze­ciw­ko temu, abym po­szedł z Schat­zem? – pyta Oudot.
– Tro­chę to nie­do­brze, żeby le­karz wy­pra­wy opusz­czał bazę, ale ty prze­cież też po­trze­bu­jesz tre­nin­gu i akli­ma­ty­za­cji. (…)
Moi to­wa­rzy­sze wy­cho­dzą z na­mio­tu, oka­zu­jąc wiel­ką pew­ność sie­bie: ju­tro bę­dzie­my bar­dzo bli­scy usta­le­nia, cze­go chce­my. Je­den tyl­ko Ichac uśmie­cha się, nie wy­ja­śnia­jąc, co ma na my­śli.

W następnym rozdziale dowiemy się, co wyrażał ów uśmiech.

Wie­czo­rem wra­ca­my z Icha­kiem do obo­zu, zmę­cze­ni i mar­kot­ni.
Ter­ray woła do nas:
– No więc, co z tą ścia­ną pół­noc­ną?
– Jaką ścia­ną pół­noc­ną?
– Dhau­la­gi­ri! Wi­dzie­li­ście ją?
– Trze­ba kil­ku dni mar­szu, żeby ją zo­ba­czyć z da­le­ka – przy­zna­ję. – Ichac miał ra­cję. To wszyst­ko jest znacz­nie więk­sze, niż so­bie wy­obra­ża­li­śmy.
– Poza tym mapa jest błęd­na – do­rzu­ca Ichac. – Ta słyn­na za­krę­ca­ją­ca do­li­na, któ­ra mia­ła otwie­rać się na pół­noc­ną ścia­nę, w rze­czy­wi­sto­ści koń­czy się na fi­la­rze od­dzie­la­ją­cym nas od ścia­ny i kry­ją­cym ją. Trze­ba by wejść na ten fi­lar i może wte­dy mo­gli­by­śmy do­strzec pół­noc­ne zbo­cze Dhau­li.
Ter­ray chce wła­śnie wy­ra­zić swo­je roz­cza­ro­wa­nie z po­wo­du tak skrom­ne­go wy­ni­ku, gdy Oudot i Schatz wcho­dzą do na­mio­tu. I oni wy­da­ją się zmę­cze­ni tym pierw­szym re­ko­ne­san­sem.
– No i co z An­na­pur­ną? – py­tam Schat­za.
– No i co ze ścia­ną pół­noc­ną? – re­pli­ku­je.
Śmie­je­my się wszy­scy jak sza­le­ni ku za­do­wo­le­niu Icha­ca. Schatz opo­wia­da da­lej:
Nie do­szli­śmy na­wet nad Mi­ri­sti. Wszyst­ko jest znacz­nie więk­sze, niż my­śle­li­śmy. Prze­łom, o któ­rym mó­wi­łeś, ist­nie­je na pew­no, ale po­trze­ba kil­ku dni, aby do nie­go dojść i od­szu­kać przej­ście w stro­nę An­na­pur­ny, je­śli ono na­praw­dę się tam znaj­du­je.

Nie ma jak zdobywanie informacji z pierwszej ręki:Chciał­bym do­wie­dzieć się cze­goś o to­po­gra­fii oko­li­cy, aby spraw­dzić lub spro­sto­wać wia­do­mo­ści, ja­kie po­da­je nam in­dyj­ska mapa. Ale ani suba, ani nikt z miesz­kań­ców Tu­ku­che nie może nam po­móc w tej spra­wie. Miesz­kań­cy do­li­ny nie wę­dru­ją poza jej gra­ni­ce i czę­sto się zda­rza, że nie wi­dzie­li ani razu są­sied­niej wio­ski, od­le­głej za­le­d­wie o kil­ka ki­lo­me­trów. Z dru­giej stro­ny tu­byl­cy ni­g­dy nie prze­kra­cza­ją gra­ni­cy wiecz­nych śnie­gów i nie na­ru­sza­ją sto­ków gór, gdyż dla tych lu­dzi, pro­stych i za­ra­zem skom­pli­ko­wa­nych, tak­że i góry są świę­te. Na szczy­tach miesz­ka­ją bó­stwa. „An­na­pur­na” w ję­zy­ku ne­pal­skim zna­czy bo­gi­ni uro­dza­ju. Nie moż­na na­cho­dzić bó­stwa w jego sie­dzi­bie. Nie­za­do­wo­lo­ny bóg ze­mścił­by się, prze­śla­du­jąc in­tru­zów naj­róż­niej­szy­mi nie­szczę­ścia­mi. Miesz­kań­cy do­lin nie bez lęku spo­glą­da­ją na nasz wy­marsz w góry.

Pomimo słabej znajomości topografii terenu członkowie wyprawy zdawali sobie sprawę z potrzeby aklimatyzacji i choroby górskiej, mieli również wiadomość ryzyka, jakie wiązało się ze wspinaniem w wysokich górach.

Atrakcje, jakich dostarczyła wyprawa na Annapurnę opisane przez Maurice Herzoga nie ograniczały się jedynie do fantazji mapy, nie ma jak oszałamiające piękno himalajskich krajobrazów: od cza­su do cza­su rzut oka w górę dla do­da­nia so­bie od­wa­gi. Spoj­rze­nia w dół na­to­miast nie są god­ne po­le­ce­nia, gdyż wi­dok tej nie­zwy­kle głę­bo­kiej prze­pa­ści mógł­by obu­dzić zwąt­pie­nia w naj­więk­szym opty­mi­ście.

Jak się wlazło na Annapurnę, to pasowałoby z niej zejść a jak napisał Maurice Herzogpo zwy­cię­stwie za­czy­na się dro­ga krzy­żo­wa. I tak było w tym przypadku, droga powrotna była iście krzyżowa. – Scho­dzi­my z An­na­pur­ny… By­li­śmy przed­wczo­raj na szczy­cie – La­che­nalja!!! I po chwi­li: – Mam od­mro­żo­ne ręce i nogi!…Opisy leczenia odmrożeń przez doktora Oudota, przytoczone w książce przypomniały mi Stulecie chirurgów Jürgena Thorwalda:

– Za mała i za cien­ka! – woła Oudot.
Za­czy­na się nie­cier­pli­wić. Mę­czą mnie te kło­po­ty ze sprzę­tem. Czy w kli­ni­ce uda­ło­by się za pierw­szym ra­zem?
Wresz­cie, po wie­lu go­dzi­nach, przy trzy­dzie­stej pią­tej pró­bie za­strzyk uda­je się. Po­mi­mo strasz­li­we­go bólu po­zo­sta­ję bez ru­chu; strzy­kaw­ka opróż­nia się. Oudot wy­mie­nia ją pre­cy­zyj­nym ru­chem na dru­gą, pod­czas gdy igła nie opusz­cza tęt­ni­cy.
Już przy dru­giej strzy­kaw­ce czu­ję cie­pło. Oudot jest ura­do­wa­ny!… Lecz go­rą­co sta­je się nie­zno­śne, znacz­nie sil­niej­sze niż w no­gach. Krzy­czę, przy­ci­skam się roz­pacz­li­wie do Ter­raya, nie po­ru­sza­jąc, mam na­dzie­ję, ani na cen­ty­metr wy­cią­gnię­te­go ra­mie­nia. Czu­ję wy­su­wa­nie igły, watę…
– Ko­niec z pra­wą ręką! Te­raz lewa!
Oudot nie wy­czu­wa tęt­ni­cy, nie ro­zu­mie, co się dzie­je. Tłu­ma­czę mu, że w mło­do­ści by­łem po­waż­nie ran­ny w to ra­mię. Wszyst­ko wy­ja­śnia się: oto dla­cze­go ci­śnie­nie krwi było ze­ro­we i tęt­no nie­wy­czu­wal­ne. Tęt­ni­ca prze­bie­ga ina­czej, nie da się zro­bić za­strzy­ku w zgię­ciu łok­cia; trze­ba wbić igłę w ple­cy, co bę­dzie bar­dzo trud­ne. My­ślę, co to było z pra­wą ręką! Na­gle za pią­tym lub szó­stym ra­zem Oudot woła:
– Je­stem!
Zu­peł­ny bez­ruch: strzy­kaw­ka na­stę­pu­je po strzy­kaw­ce…
– Trze­ba zro­bić blo­ka­dę!
Nie wiem, co to jest. Oudot tłu­ma­czy mi, że cho­dzi o wstrzyk­nię­cie no­wo­ka­iny do wę­zła lim­fa­tycz­ne­go. Uży­wa się do tego dłu­giej igły, któ­rą wbi­ja się w szy­ję aż do oko­li­cy opłuc­nej… Słab­nę na tę wia­do­mość! To nie­moż­li­we. Przez całe go­dzi­ny zno­szę te cier­pie­nia; ni­g­dy nie będę miał siły wy­trzy­mać wię­cej. Lecz Oudot nie tra­ci cza­su, już igła jest go­to­wa; maca mi szy­ję.
– Ro­zu­miesz, to bar­dzo de­li­kat­ny ruch: trze­ba wbić igłę w pew­nym kie­run­ku, a po­tem, gdy się czu­je, że do­ty­ka ja­kiejś prze­szko­dy, skrę­ca się w lewo i au­to­ma­tycz­nie jest się na miej­scu.
– Uprzedź mnie, gdy bę­dziesz kłuł!
Ci­sza. Sły­szę, że po­ru­sza­ją ja­kieś przed­mio­ty.
– Wbi­jam – oznaj­mia Oudot.
Na­tych­miast na­prę­żam się, je­stem zde­cy­do­wa­ny nie po­ru­szać się ani o cal. Igła wcho­dzi, musi być nie­zwy­kle dłu­ga; do­się­ga bar­dzo czu­łe­go miej­sca: ból wy­dzie­ra mi krzy­ki. Ter­ray trzy­ma mnie. Oudot wy­ko­nu­je w tej chwi­li swój ma­newr, by wbić igłę w wę­zeł; czu­ję, że po­ru­sza się bar­dzo głę­bo­ko. Jest! Za pierw­szym ra­zem! Płyn musi się wle­wać, lecz nie czu­ję tego.
– Dłu­go to bę­dzie trwa­ło? – py­tam sa­my­mi war­ga­mi.
– Pra­wie ko­niec – od­po­wia­da mi, wstrzy­mu­jąc od­dech. – Trze­ba wstrzyk­nąć tyl­ko dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów sze­ścien­nych.
Czu­ję, że strasz­na igła zo­sta­je wy­cią­gnię­ta. Ko­niec. Mam te­raz spo­kój. Oudot jest bar­dzo za­do­wo­lo­ny: pra­wie cały dzień pra­cy, lecz uda­ło mu się zro­bić wszyst­ko, co chciał. Ni­g­dy w ży­ciu tak się nie na­cier­pia­łem. Je­że­li jed­nak nie stra­cę rąk i stóp, to dzię­ki Oudo­to­wi i jego wy­trwa­ło­ści. Oudot przy po­mo­cy Icha­ca zbie­ra in­stru­men­ty, aby prze­nieść je do na­mio­tu La­che­na­la.

Dalszy opis drogi krzyżowej w książce, poniżej link do filmu z wyprawy na YouTube, po francusku, jednak wart obejrzeniahttps://youtu.be/MYYlCO43Log

Annapurna Maurice Herzoga to ciekawa lektura dla zainteresowanych historią himalaizmu.

Dla każ­de­go z nas An­na­pur­na jest speł­nio­nym ide­ałem; w mło­do­ści nie gu­bi­li­śmy się w fan­ta­stycz­nych opi­sach ani w krwa­wych wal­kach, ja­ki­mi dzi­siej­sze woj­ny kar­mią dzie­cię­cą wy­obraź­nię. Góry były dla nas na­tu­ral­ną are­ną, gdzie igra­jąc na kra­wę­dzi ży­cia i śmier­ci, zna­leź­li­śmy wol­ność, któ­rej szu­ka­li­śmy na oślep, wol­ność po­trzeb­ną jak chleb.  Góry ofia­ro­wa­ły nam swo­je pięk­no, któ­re po­dzi­wia­my z dzie­cię­cą pro­sto­tą i sza­nu­je­my jak mni­si myśl o bó­stwie. An­na­pur­na, ku któ­rej po­szli­by­śmy wszy­scy bez gro­sza przy du­szy, jest dla nas skar­bem, któ­rym bę­dzie­my żyć… Z urze­czy­wist­nie­niem tego ma­rze­nia od­wra­ca się kar­ta… Za­czy­na się nowe ży­cie.

Są inne An­na­pur­ny w ży­ciu ludz­kim…

 Link do artykułu o Maurice Herzogu – sporo informacji biograficznych  https://wspinanie.pl/2012/12/zmarl-zdobywca-pierwszego-osmiotysiecznika-maurice-herzog/
Reklamy