Marek Raganowicz Zapisany w kręgach – „– Wiesz, „Regan”, ale ja nie chcę żadnego nowego życia, ja chcę żyć swoim własnym…”

Marek Raganowicz Zapisany w kręgach, wydawca Góry Books 2017, Kraków.

Potrzebowałem celu, potrzebowałem drogi i potrzebowałem sukcesu.

Zapisany w kręgach jest oryginalną lekturą. Szczerą, nieraz do bólu. Książka inna od wszystkich jakie dotąd przeczytałam o wspinaniu. Czasami trzeba czytać między wierszami, język jakiego używa Marek Raganowicz pełen jest poetyckich porównań, ale tylko do połowy lektury, później proza życia zdaje się wymuszać język dnia powszedniego. Trudno opisać górnolotnymi słowami życie sprowadzone do dbania o byt własny i rodziny, kiedy nie ma miejsca ani czasu na załadowanie akumulatorów, kiedy człowiek bardziej musi, niż może.

Ciekawa kompozycja, gdzieś przeczytałam, że nie do końca przemyślana, odbieram ją zupełnie inaczej. Doskonale oddaje ona groteskowość i ironię życia.

Wszystko zaczyna się od młodzieńczych marzeń, studenckich czasów pełnych kumpli, okazji do wspinania i stosunkowo małych obowiązków, czas wyborów. Później zaczyna się życie: praca, dom, związki i obowiązki. Życie przecieka nam między palcami. Na początku myślałem, że skoro jestem na samym dnie, niedługo wszystko zacznie zmieniać się na lepsze, ale upragniony moment odbicia nie nadchodził, a ja ciągle spadałem, czekając na szarpnięcie liny, do której przecież nie byłem przywiązany. Każdego dnia, schowany za kurtyną normalności, pogrążałem się w pułapce smutku.Nie osiągnąłem niczego, o czym marzyłem, nie spełniłem się w pracy, aż doszło do tego, że nawet nie potrafiłem zarobić na utrzymanie rodziny. W poprzednich latach za każdym razem, kiedy wpadałem w dół, mówiłem sobie, że to tylko przejściowe trudności, może bardziej dotkliwe i gorsze do wytrzymania, ale nie takie, które powstrzymają mnie od parcia do przodu. Niestety, ciągłe powtarzanie fałszywej mantry nie prowadzi do wyzwolenia, lecz wpędza w niebezpieczną pułapkę kłamstwa skrytego pod pozorami prawdy. Oszukiwanie samego siebie nie jest trudne, ale w efekcie nie do zniesienia, a przecież ostatecznej konfrontacji z prawdą nie da się uniknąć. Zbyt długo pogrążałem się w pewności, że najważniejsze to zdobyć się na poświęcenie i wysiłek, bo one prowadzą na szczyt. Uwierzyłem, że wystarczy pracować do utraty sił, żeby mieć szczęśliwą rodzinę i dostatnie życie. Teraz okazywało się, że świat drwi z poświęceń, a ja stoję w obliczu utraty wszystkiego, co chciałem pielęgnować, i zwyczajnie go sobą zaśmiecam.

Nie osiągnąłem niczego, o czym marzyłem, nie spełniłem się w pracy, aż doszło do tego, że nawet nie potrafiłem zarobić na utrzymanie rodziny. W poprzednich latach za każdym razem, kiedy wpadałem w dół, mówiłem sobie, że to tylko przejściowe trudności, może bardziej dotkliwe i gorsze do wytrzymania, ale nie takie, które powstrzymają mnie od parcia do przodu. Niestety, ciągłe powtarzanie fałszywej mantry nie prowadzi do wyzwolenia, lecz wpędza w niebezpieczną pułapkę kłamstwa skrytego pod pozorami prawdy. Oszukiwanie samego siebie nie jest trudne, ale w efekcie nie do zniesienia, a przecież ostatecznej konfrontacji z prawdą nie da się uniknąć. Zbyt długo pogrążałem się w pewności, że najważniejsze to zdobyć się na poświęcenie i wysiłek, bo one prowadzą na szczyt. Uwierzyłem, że wystarczy pracować do utraty sił, żeby mieć szczęśliwą rodzinę i dostatnie życie. Teraz okazywało się, że świat drwi z poświęceń, a ja stoję w obliczu utraty wszystkiego, co chciałem pielęgnować, i zwyczajnie go sobą zaśmiecam.

Nieraz potrafimy zredukować swój świat do przytłaczającej codzienności, gdzie nie ma miejsca dla własnego niczym nieskrępowanego ja, a kolejne lata zlewają się w jedno, wielkie nic. Mijały miesiące, które niczym się od siebie nie różniły, aż zaczęło narastać we mnie uczucie zagonienia, a co gorsze – powierzchowności, której nigdy nie znosiłem.

Może jednak jest coś po środku, co pozwoli nam na życie pomiędzy. Zawsze uważałem się za osobę szukającą przygód. Może nie za wszelką cenę, ale marzyło mi się doświadczanie niezwykłości, nieprzewidywalne zmiany, spotykanie dziwnych ludzi i stawianie czoła rodzącym się niebezpieczeństwom. Miałem świadomość, że obcowanie z nieznanym oznacza zgodę na ryzyko, ból i łzy i byłem gotowy ponieść takie koszty.

Kompozycja tej książki wyraża kwintesencję życia wielu z nas. Nie zawsze jest ono tak poukładane jak encyklopedyczny wpis.

Życzę każdemu, aby mógł wyrwać się z bytu płaskiego, by jak Marek Raganowicz walczyć o to coś, dlaczego warto ruszyć się z miejsca. Przestać zapuszczać korzenie, tworząc ludzki las istnień. Zdolność do samodzielnego istnienia, nie tylko powielania jest szansą na szczęśliwe życie.

Marek Raganowicz o tym, czym jest dla niego wspinaczka: Zwróciłem uwagę na wyjątkową ciszę, która zapanowała na ścianie i tak mnie zaabsorbowała, że nie słyszałem nawet słów Janka opowiadającego o jakiejś wyprawie. Po wygaszeniu palnika, kiedy nic już nie zakłócało bezszelestnego spokoju przenikającego poranne powietrze, można było odczuć siłę prany, o której opowiadał mi doktor Mishra spotkany w pociągu do Haridwar. W tej chwili zrozumiałem, o czym mówił, opisując jej moc i niezwykłą energię, przenikającą głębiej, niż mogłem to sobie wyobrazić. Kiedy przymknąłem oczy, pod powiekami zobaczyłem promienie słońca, które wnikały we mnie i napełniały mnie swoją energią. Przeżyłem chwilę zapomnienia w ciszy: nie słyszałem płynącej wody, spadających kamieni czy przelatujących ptaków. Cisza wypełniała świat, była absolutem bez początku i końca, jedyną prawdą, jakby dźwięki nigdy nie istniały lub były tylko złudą. Patrzyłem na zespół w ścianie z perspektywy świadka wydarzeń, w których uczestniczę, jak na film z wyłączonym głosem. Zadarłem głowę. Wysoko widać było małe kropki przyczepione do lin i bujające się podczas podchodzenia.

Marek Raganowicz o poszukiwaniu własnej drogi:

Kiedy zaczynałem się wspinać, gazety pisały o pierwszym zimowym wejściu na Everest. Wielicki i Cichy stali się niemal bohaterami narodowymi, o których mówiło się każdego dnia. Nawet kupiłem sobie w kiosku plakat tej wyprawy, na którym było pozowane grupowe zdjęcie, ponad dwadzieścia osób w towarzystwie Szerpów. Wszyscy ubrani w identyczne kurtki puchowe, jak jakiś oddział żołnierzy do zadań specjalnych.

Zainteresowałem się wyprawą i marzyłem, że jestem jej uczestnikiem, chociaż trudno mi było wyobrazić sobie, że przechodzę kwalifikacje albo przebijam się przez środowiskowe układy, żeby dostać się do składu takiej ekspedycji. To było zupełnie abstrakcyjne, może nawet nie dlatego, że dopiero zaczynałem wspinanie, ale dlatego, że generalnie obce mi były wszelkie konkursy i oceny. Poza tym taka wyprawa była ogromnym przedsięwzięciem organizacyjnym, a załatwianie spraw i kluczenie w meandrach biurokracji kłóciło się z moim zamiłowaniem do swobody i beztroskiego życia. W każdym razie podziwiałem himalaizm, ale chciałem trzymać się od niego z daleka tak długo, jak to tylko możliwe.

Sporo o tym myślałem, poszukując własnej drogi wśród różnych rodzajów wspinania. Patrząc na spieczone słońcem twarze, odmrożone kończyny i wczytując się w opowieści o krańcowym wyczerpaniu podczas czegoś, co wyglądało na zwykły marsz po stromym śniegu, nie widziałem się na ośmiotysięcznikach, chociaż wieloosobowe wyprawy przeżywały swój wielki czas.

Z książkowych opisów wynikało, że wyprawy to samodzielne przedsiębiorstwa powołane w celu zdobycia góry. Miały swoje budżety, apodyktycznych kierowników i całe siatki powiązań organizacyjnych opartych na znajomościach, układach i poczuciu wdzięczności. To wszystko było dla mnie odpychające, chociaż jednocześnie Himalaje jako wysokie góry pociągały zarówno swoją potęgą i niedostępnością, jak i egzotyką i przygodą, które zawsze były dla mnie częścią wspinania.

Od samego początku mojego zainteresowania wspinaniem o górach wysokich czytałem wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Nie przejawiałem jednak niczego w rodzaju rozpalonego entuzjazmu czy egzaltacji, aż do dnia, kiedy poszedłem do dentysty. Jak zwykle w takich miejscach była poczekalnia dla pacjentów z paroma krzesłami i zestawem starych czasopism, którymi prawie nikt się nie interesował. Na wierzchu sterty pożółkłych magazynów leżał „Przekrój”, z którego ukradkiem wyrwałem artykuł o intrygującym tytule Złamać naturę przepaści. Z zaczytania wyrwał mnie zniecierpliwiony głos pielęgniarki wzywającej na fotel. Pozwalałem dłubać sobie w zębach i dzielnie znosiłem ból, ponieważ moje myśli skupione były na tym, co właśnie przeczytałem.

Marek Raganowicz pisząc szczerze o stracie partnera wspinaczkowego, porusza bardzo delikatne struny, wkracza na grząski grunt: jestestwa.

Robiło się już szaro, kiedy „Falco” z „Kubolem” zwieźli ciało Janka owinięte w brezentowe worki. Leżało bezwładnie w kleistych, rdzawych plamach na półeczce powyżej namiotu. Przez spętany liną materiał przebijały kształty głowy, ramion i nóg. Nie mogłem odwrócić od niego wzroku, wpatrywałem się, jakbym wierzył, że mogę cofnąć czas. Kiedy zrobiło się ciemno, każdy z nas odszedł do swojej nocy. Nie spałem. Myśli i obrazy spadały na mnie jak lawina – huk, strach, bezradność i pogodzenie. Jak zrozumieć śmierć od głazu? Jako przecięcie dwóch linii we wszechświecie: toru lotu kamienia i drogi ludzkiego życia?

Leżałem na plecach i przez dziury w namiocie wpatrywałem się w żółtą plamę księżyca otoczoną świecącymi gwiazdami. Mój wycinek nieba w kształcie dziury po kamieniu był jak mikrokosmos jednego z istnień we wszechświecie. „Ojcze nasz, bądź wola Twoja, zdrowaś Mario, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. Modląc się, o nic nie prosiłem i za nic nie dziękowałem. Jedynie pytałem Go – dlaczego? A on milczał i zdawał się być niepojętą logiką, jakimś ukrytym sensem i uporządkowanym ciągiem, którego nie byłem w stanie zrozumieć.

Dlaczego nie ja? Przecież miałem najmniejsze szanse, byłem najniżej, bez osłony, bez żadnej przewieszki nad sobą. Nawet nie mogłem ruszyć się z miejsca, a jednak nie ja zostałem wyznaczony. Gdybyśmy wcześniej skończyli śniadanie, gdybyśmy zaspali i znaleźli się w innym miejscu, gdybyśmy zamienili się kolejnością na poręczówkach… Może i tak nic by tego nie zmieniło? Czy przeżycie jest darem? I co mam teraz zrobić? Poprzysiąc, że nigdy nie wrócę na ściany?

Znowu zapadła cisza – niema, niewysłowiona, niezrozumiała. Na pewno nikt z nas nie spał, ale też żaden się nie ruszał. Leżeliśmy z zamkniętymi oczami i krzyczącymi myślami. Nie mieliśmy się gdzie schować ani jak stamtąd uciec, ciągle byliśmy w środku ściany i może to pogodzenie się z koniecznością było źródłem spokoju, jaki czułem. Może też zwykłe zmęczenie i rezygnacja, które przyszły po zniewalającym strachu, otępiły mnie wewnętrznie. Poza nami nikt nie wiedział, co się stało, byliśmy zupełnie sami – czterech ludzi pośrodku ściany, na końcu świata. Według bliskich ciągle wspinaliśmy się do szczytu w pogoni za czymś niezrozumiałym nawet dla nas samych, a tymczasem jedynym naszym marzeniem było dotrwać do rana.

Marek Raganowicz Zapisany w kręgach, to ciekawa książka nie tylko o wspinaniu. Duży plus za opisanie swojego intymnego życia, bez podawania szczegółów z życia najbliższych.

Poniżej link z artykułem o Marku Raganowiczu:

https://wspinanie.pl/2016/11/marek-raganowicz-na-plastic-surgery-disaster/

Czasami kiedy myślę, że człowiek już dalej, wyżej nie może już, to okazuje się, że można inaczej – bez liny i asekuracji. Dla mnie to hardcore, jak i gdzie wspina się Alex Honnold, nawet po półtorej roku studiowania ściany, wspinanie bez zabezpieczeń, to mega ekstremalna pasja, zdaniem Alexa mniej ryzykowna od wspinania się w Himalajach, zwłaszcza zimą. Film na YouTube The North Face: Alex Honnold – El Sendero Luminoso

https://www.youtube.com/watch?v=Phl82D57P58&index=2&list=LLnFxwDpuqbvCHBvTB7acuqg&t=116s

Reklamy