Ota Pavel Puchar od Pana Boga

Ota Pavel i siedemnaście opowiadań zebranych w tomie Puchar od Pana Boga, Wydawnictwo Stara Szkoła, przełożył Mirosław Śmigielski.

Ota Pavel to osobliwy pisarz, autor niezapomnianej książki Śmierć pięknych saren.

… znów spotkałem Jarka Piekarza.

Zmężniał, czarne włosy zamiast mu wypaść – zgęstniały, a w oczach wciąż miał iskry jak Lucyfer.
Podbiegł do mnie:
– Jak się pan ma? Co pan porabia?
A ja odpowiedziałem w tym stylu, w jakim obligatoryjnie odpowiada większość ludzi na świecie: że nic ciekawego. A on na to:
– W takim razie musimy to zmienić. Niech pan przyjedzie do nas na reportaż.
Odparłem, że teraz absolutnie mi to nie pasuje, ponieważ woda zacieka mi do mieszkania, muszę iść do pana doktora Mertlika, żeby wyleczył mi zęby, piszę scenariusz, jadę na Rybownię zastąpić na dwa miesiące przewoźnika Zykę i będę tam również zbierać materiały do książki, a ponadto muszę co rano chodzić z psem na spacer, bo żona i dzieci szykują się w tym czasie do szkoły i do pracy.
Piekarz posmutniał, potem zamyślił się i dodał:
– Wie pan co? Jeśli przyjedzie pan do nas na reportaż, dam panu pięciolitrowy słój marynowanych prawdziwków.
W tej chwili poczułem pierwsze zawahanie, bo do prawdziwków mam słabość. Właściwie ich nie cierpię, ponieważ jestem wędkarzem, a kiedy przyniosę do domu suma wielkiego jak byk albo szczupaka wielkiego jak krowa (co przez jakiś dziwny zbieg okoliczności dotychczas mi się nie zdarzyło), w domu nikt tego nawet nie zauważy. Moje ryby uznawane są zawsze za najmniejsze ślizy, jak kiedyś nazwał je pięknie poczmistrz ze wsi Skryja – pan Józef Dębski. Natomiast moja żona, a tym bardziej moja teściowa, są zapalonymi grzybiarkami. Kiedy przynoszą w torbie do kilka uschniętych kurek, niewiele brakuje, by zrobiły z nich wystawę grzybiarską. Zawahałem się więc i  zacząłem tę propozycję poważnie rozważać, bo gdybym przyniósł jakieś porządne grzyby, moja rodzina w końcu by mnie doceniła. Była to po prostu doskonała okazja – tak jak w piłce nożnej, gdy piłkarz staje sam na sam z bramkarzem, obrońcy zostali gdzieś daleko, a on może strzelić gola i rozstrzygnąć losy meczu. Nie mogłem zmarnować takiej szansy, więc zapytałem Piekarza:
– Mówi pan poważnie?
– Jak najpoważniej.
Wypaliłem:
– To proszę mi to dać na piśmie.
Piekarz skombinował kawałek papieru i pięknie wykaligrafował, jakby był pisarzem z jakiegoś wytwornego zamku:

Zobowiązuję się podarować O. Pavlowi pięciolitrowy słój prawdziwków w zalewie słodko-kwaśnej, jeśli napisze reportaż o Dukli Zbiroh.

Jarosław Piekarz

Podaliśmy sobie ręce i klamka zapadła. Potem poszedłem do domu i miałem naprawdę dobry humor. I powtarzałem sobie: No nieźle! Pisałem już reportaż, żeby w zamian pan pilot Kumposzt zabrał mnie na akrobacje szybowcowe, wydałem zbiór reportaży za to, że Dukla zabrała mnie do Ameryki. Tak naprawdę wszystkie reportaże pisałem albo dlatego, że dostawałem za nie pieniądze, albo dlatego, że miałem na to ochotę. Ale jeszcze nigdy nie pisałem reportażu za marynowane prawdziwki.

Reklamy