Ludvík Vaculík Siekiera – Z tego, co dotychczas powiedziałem, wynika, że dobrze byłoby wygrzebać się z sentymentalnego kosza, by zrobić coś całkiem praktycznego, i powiem to wprost, iść do sklepu po wkładki do butów.

Ludvík Vaculík Siekiera, Wydawnictwo Stara Szkoła 2015, tytuł oryginału: Sekyra, pierwsze wydanie 1966 w Czechach, przełożył Mirosław Śmigielski.

Dzięki świetnemu przekładowi czytelnik może zagłębić się w nietuzinkowe, a może typowo czeskie, poczucie humoru autora i bogactwo opisów otaczającego nas świata. Dobre wyczucie tekstu, kompozycji i kontekstu.

Dawno nie czytałam tak świetnie napisanej książki. Przepiękny język, bogate słownictwo, barwne opisy, nieszablonowe porównania oraz  poczucie humoru autora, które nieraz doprowadzało mnie do łez i bólu brzucha sprawiły, że książkę czytałam z ogromną przyjemnością, uczta dla konesera. Mój ideał.

Przy bilansie gospodarki budowlanej w zakładzie przeprowadziłem również bilans swego osobistego gospodarowania, a ponieważ wybijałem klin klinem, wyszło mi dopiero teraz, ile właściwie mam długów i że dużo i różnych. Po tym odkryciu załamałem się nerwowo i uległem panice. Stało się to w Wigilię i dlatego wyruszyłem w góry na bożonarodzeniową wyprawę szukać nieszczęśliwego wypadku. Skończyło się to źle, ponieważ połamałem sobie żebra i uszkodziłem głowę, a każdy przyzna, że to nie jest rozwiązanie definitywne.

Siekiera to niesamowita powieść. Ludvík Vaculík wciągnie nas w wir swoich wspomnień, opowieści różnej treści, nieraz w anegdotycznej formie. W świecie uchwyconym przez autora warstwy czasowe przenikają się nieustannie, czas nie ma znaczenia, jedynie wspomnienia mają wartość. Jesteśmy w drodze, jej kresem będzie odwiedzenie brata kierowcy. A w międzyczasie autor zabierze nas na refleksyjny spacer pokoleń:

Kroczyli razem dalej i mieli ze sobą przed ślubem dzbanuszek na maliny, zniknęli mi pod drzewami. Trochę mnie zaskakuje, że z taką łatwością mogę ich obserwować, acz jeszcze nie ma nawet powodu do mego istnienia. Wyjaśnienie jest jednak łatwe: później istniałem! Wszystko jest taką samą przeszłością: czasy, kiedy oni szli tędy z dzbanuszkiem, czasy, kiedy szedłem tędy z ojcem, a jemu przypomniał się jej dziwny strach, i czasy, kiedy szedł tędy mój ojciec z moją żoną. A ponieważ wszystkie te czasy w takim samym, równym stopniu znajdują się w przeszłości, podział między nimi stracił sens. Ułożyły się we mnie razem, i gdyby ułożyły się chociaż według warstw czasowych, ale one bez wątpienia złączyły się i weszły w reakcję, więc o wiele prościej i zaskakująco logiczniej będzie stwierdzić od razu, że byłem tu zawsze. I zawsze, choć nie będzie mnie tu widać, będę tu, ja sąsiad kamieni, rozmawiający ze swymi częściami. A to jest powód do ulgi i początek radości ze smutku świata, prawda?

Kroczyliśmy dalej wszyscy czworo i wszyscy pięcioro, sześcioro i siedmioro, ponieważ z moją decyzją wiąże się to, że następnym razem pójdę tędy ze swoim synem pierwszym, drugim, kolejnym, by też to mieli, kroczyliśmy dalej i znikaliśmy pod drzewami, aż tu nagle.

Aż tu nagle las odstąpił na bok, zachwiał się i spadł w dolinę. Z lewej na prawo, od zachodu na wschód, otworzyła się przed nami pusta przestrzeń, rozległa i daleka jak najdźwięczniejsze echo, kołysała się pod ciężarem światła ze wszechświata i potrząsała krowim dzwonkiem niezmiernie hałaśliwie. Po odchylonym zboczu szli rzędem żeńcy i żęli trawę pod śniegiem, a może tam w głębokiej rosie jeszcze nie było nikogo, albo wozy w oddali obłożone szeroko sianem błądziły bezgłośnie.
– Tu jest ładnie – szepnęło radośnie dziewczę i nie wiedziało, że będzie moją mamą.

Kreatywność narracji nieraz zaskakiwała mnie, zmuszając do uważniejszego czytania i refleksji. Postrzeganie świata przez autora wyrażone w przepiękny sposób, zmagania z przeszłością własną i kraju bezcenne.

Przestrzeń rozpostarła się na niespodziewane powierzchnie, podnosiły się i zginały, a swymi gestami bezgłośnie opowiadały pradawne mocne dzieje w korze. Jak ustalono, od północnej strony spokojnie wnosił się tu jodłowy las. Tu, na wysokim skrzyżowaniu wiatrów, byli, byliśmy i będę na swoim miejscu.
– To miejsce zapamiętaj, chłopcze – powiedział, a ja go nie rozumiałem, choć dziś to miejsce do mnie wręcz przemawia.
Usiedliśmy pod mocne drzewo.
– Usiądź – rzekłem trzydzieści pięć lat później.
– Dokładnie tu siedziałam także z waszym tatą – powiedziała i nachyliła się.
Nagle spostrzegłem, że jestem sam, ściągnąłem pleciak, oparłem się o drzewo i wyciągnąłem nogi. Mimo że człowiek wielokroć mówi sobie, że jest przygotowany, ostatecznie przygotowany nie jest. To, co rozważaliśmy ze Sławkiem jako możliwość groteskową czy wręcz szaloną, okazało się być realnym punktem obrad. Nie wiem, dlaczego w to wątpiłem. Przecież możliwe jest wszystko. Ten pomysł nie powinien nam w ogóle przyjść do głowy, ponieważ co jednemu człowiekowi przyjdzie do głowy, drugi wprowadzi bez reszty w czyn. Kiedyś najpierw musiało komuś przyjść do głowy, że z ludzkiej skóry można by robić portmonetki, zanim ktoś inny to zrobił. Jeśli teraz przychodzi mi do głowy, że mógłbym rozkroić słońce na dwie połówki, jedną odłożyć na lewo, a drugą na prawo, przesądziłem właśnie, że ktoś to kiedyś zrobi. Wszystko jest kwestią środków technicznych i odpowiedniej organizacji.

Przemiany ustrojowe, zachodzące w drodze do brata kierowcy opisane są przez Ludvíka Vaculíka w szczególny sposób. Dosadny, bezpośredni język wypowiedzi podszyty charakterystycznym poczuciem humoru autora, plus zabawa słowem w wyrażaniu swych refleksji na temat tych przemian, jedyne w swoim rodzaju.

Świat widziany z kilku warstw czasowych pełen jest nakładających się na siebie obrazów, a wszystko zależy od punktu siedzenia. Mój punkt siedzenia jest teraz śnieżnobiały. Trzeba by Siekierę przeczytać, aby zrozumieć co autor miał na myśli.

Zmagania z przeszłością kraju oraz własnej rodziny powoli, acz dobitnie wyłaniają się z książki w miarę czytania. Ludvík Vaculík po mistrzowsku przemycił czytelnikowi świat swojego dzieciństwa i fascynacji komunizmem oraz gorycz i rozczarowanie władzami, które ostatecznie doprowadziły zarówno bohatera książki, jak i samego autora do skrytykowania polityki Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Czasami nie miałem przygotowanej formy komunikacji, powie główny bohater, tracę pewność, że pragnę się z nimi porozumieć. Nie da się porozumieć z syntetycznymi ludźmi. Pisząc manifest w 1968 roku, zatytułowany Dwa tysiące słów Ludvík Vaculík trwale zapisał się w historii swojego kraju, walczył o wolność słowa przez wiele kolejnych lat.

Ponieważ wydało mi się, że taki jest rzut tego pomysłu, narysowałem krzyż, znaczy układ współrzędnych: nikt nie jest sam, horyzontalnie obok niego i jednocześnie z nim żyje kolektyw żywych. Wybrał sobie go? A przecież wszyscy chcą, żeby go słuchał. Ten horyzontalny kolektyw jest pionowo przecięty wertykalnym kolektywem, o którym się nie mówi, aż naprawdę można było odnieść wrażenie, że go nie ma. Ale jakiż jest realny! I jak nam dyktuje, jak jest wobec nas twardy i nigdy i nigdzie nie ma przed nim ucieczki i nie można go nie usłuchać. Lecz jaką wielką wolność nam przy tym daje, gdy zaszczuje nas aż do użycia broni, do samobójstwa, do wszystkiego, a my mimo to wykrzykniemy: to moja decyzja!


– Ale mnie w komitecie mówili, że teraz już nikt nie będzie ci bronił znaleźć pracy.
– Jeśli to mówili ci, co mi przedtem bronili, to zmieniła się mowa, ale rzyć na stołku jest ta sama. Od takigo urzędu nie biorę.
– Masz rację – powiedziałem z poczuciem radości.
– Proponowali mnie robote w browarze, i odmówiłem.
– Dlaczego?
– W browarze wulgarnie mówią.
– Czy ty się, Karolu, z tego wszystkiego nie rozpijesz?
– Nie rozpiję. Do mojego życia trzeba zdrowia. Aj mam jakiś cel: zobaczyć, jak dożłopią się do rynsztoka oni. Już niedługo.


Niebanalny i niecodzienny sposób opisania zmian, jakie zaszły w ludziach i ich otoczeniu pod wpływem nieustannie galopującego czasu, który płynie niezależnie od naszych potrzeb i nie zważa na reżimy, sprawiły że Siekiera Ludvíka Vaculíka wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Na drodze między nowymi domami pilnie pracuje walec parowy, który jest ładny. Od bloku do bloku chodzi listonosz, wciskając do skrzynek gazety. Mimo to w jednej z pozostałych stodół rusza się szary cień.

– Dzień dobry – witam się z panią Ovesną. Nie odpowiedziała. Słoma szeleści jej z rąk do uszu pod wyblakłą chustą.

Idę po łuku ulicy i mijam wszystko: domy kolegów ze szkoły i nie ze szkoły, kościół i wagę gminną oraz zamkniętą kuźnię, zlikwidowaną gruszkę z odwołanymi osami. Zły Franek, który dzięki przewadze siły zawlókł mnie między stodoły i męczył tam łaskotkami, kiedyś podczas manewrów został pod czołgiem; z tymi manewrami towarzysze trochę przesadzili. Boguś skoczył w Ostrawie z nowego krzywego okna, ponieważ przegrał w karty tyle, że nie miał szans, by wygrać to z powrotem. Władek jest w Indiach, chyba sześciu pastuchów poszło na przygranicze, gdzie pod Wickiem zajął się materac od papierosa, on się udusił. Idę ulicą pełną ludzi i wozów, ulicą, na której nie ma żadnych kolegów, jakby na dworze była straszna plucha. Na nowym asfalcie jest nowy ruch, a z niego wynika mniej krowich placków. Nasza ulica zaczyna być podobna do tej, o której zawsze marzyliśmy. Jednolite płoty, podobne fasady, parczek obramowany betonowymi krawężnikami i żelaznymi rurkami. Wkradł się nierażący w oczy błąd: ludzie zbyt wolno budują osady, o jakich marzą, więc spod rąk wychodzą im takie, o jakich marzyli. Ponadto swoim tępym trzymaniem się planów przeszkadzają młodszym, którzy swoje miasta wyobrażają sobie inaczej, lecz kiedy oni wreszcie zaczną mieć wpływ na ich wygląd, znów zaczną budować coś, o czym marzyli kiedyś. Najwyraźniej jest tu o jedną generację za dużo i powinna ona zniknąć albo świat będzie brzydki. Generacja silna jak byk przed schyłkiem męskiego wieku, gwałtowny i w dodatku odrażająco zazdrosny, ponieważ w młodości na nic porządnie mu nie pozwolono.

Każdy się buduje, rozciąga swój nowy płot, a ja idę tędy, nie wierząc, że jest to coś, do czego mógłbym się przyłączyć. Chłopi, którzy mnie przeganiali, dostali trzeci zgryz, a ja ich nie poznaję. Ludzie, którzy nie lubili mojego ojca, też mnie nie poznają. Czasem ktoś się odwróci, podniesie wzrok znad pompy, przypominam mu o czymś.


Czy jesteście świadomi, drodzy przyjaciele, że całe wasze życie jest wciąż zawężającą się definicją tego, kim już nigdy nie zostaniecie?

To jest właśnie cały ten czeski wynalazek: sterroryzować się tak demokratycznie, że nawet nie ma na kogo dokonać zamachu.

Idę po łuku ulicy i mijam wszystko: domy kolegów ze szkoły i nie ze szkoły, kościół i wagę gminną oraz zamkniętą kuźnię, zlikwidowaną gruszkę z odwołanymi osami.

Reklamy