Jean Hatzfeld Więzy krwi – W Afryce czas wygładza historie za pomocą cudownych słów. Im są starsze, tym bardziej lśnią.

Jean Hatzfeld Więzy krwi, tytuł oryginału francuskiego: Un papa de sang, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/wiezy-krwi

Ludobójstwo w Rwandzie od lat jest temat książek Jeana Hatzfelda, francuskiego reportera i korespondenta wojennego. Tym razem autor udziela głosu młodym Tutsi i Hutu, którzy dorastając powoli odkrywali kim są/byli ich ojcowie, wielu z nich boi się zadawać pytania bliskim, to zbyt bolesne, krępujące a przede wszystkim bardzo trudne.

 Beztroskie czasy dla młodych ludzi minęły, już nigdy nie będą ze sobą rozmawiali bez skrępowania i kłamstw. Dziś, gdy tylko wspomni się o ludobójstwie, każdy się wycofuje. Nie pozwalamy sobie na docinki jak w komediach. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek będziemy mogli się porozumieć. Nie wierzę, by rodzice moich przyjaciół Hutu opowiadali o swojej przeszłości tak jak moi. Ojcowie ukrywają przed dziećmi swe przewiny, ich mamy tak dobierają słowa, by nie powiedzieć prawdy o okrucieństwie swych mężów. Nie chcą, by patrzono na nich jak na nikczemnych złoczyńców. Nawet kiedy zeznają przed sądem, nie mówią niczego wprost. Nie wszystkie ich dzieci są takie same. Niektóre dzieci Hutu prowokują rodziców. Inne przywykają do kłamstw, o nic ich nie pytają albo same zaczynają żonglować słowami, żeby ochronić rodzinę.

Temat ludobójstwa w Rwandzie jest bardzo trudny i delikatny, Jean Hatzfeld powracając tam stara się ukazać, jak skomplikowanym procesem jest leczenie społeczeństwa po „sezonie maczet”.

Marie-Chantal, matka Fabioli i Fabrice’a: Nikt w Nyamacie nie uskarża się na swój los tak bardzo jak Marie-Chantal. To trwa od bardzo dawna. Tak naprawdę od chwili, gdy skończyło się ludobójstwo. Poślubiła nauczyciela z zamożnej rodziny, był to postawny, silny, dobroduszny mężczyzna, który robił błyskotliwą karierę w partii Habyarimany, by w końcu zostać lokalnym przywódcą partyjnej młodzieżówki. Zasmakowała w dostatnim życiu notabli z Gatare. Napawała się pełnymi obaw spojrzeniami, które ludzie rzucali w stronę żony szefa interahamwe Josepha-Désiré Bitero. Widziano, jak w czasie masakr paraduje po głównej ulicy czy po przedszkolu, gdzie pracowała. Potem doszło do katastrofy. Z dnia na dzień wraz z innymi musiała pieszo uciekać do Konga. A po powrocie z wygnania potraktowano ją jak żonę złoczyńcy, która nie zawahała się skorzystać z sytuacji. Musiała się przeprowadzić do chaty z ubitej ziemi i z motyką w ręku próbuje wyżywić dzieci.

Nikt tak długo jak ona nie przesiaduje w kościele, błagając księdza o litość. Wytrwale odwiedza placówki organizacji humanitarnych, skarży się na biedę w ambulatoriach, korzysta ze wsparcia ośrodków pomocy społecznej dystryktu. Jej niechlujny strój ma świadczyć o jej ubóstwie. Jakby nie wiedziała, na czym polega godność ludzi biednych, gdy idą schludnie ubrani na targ lub na jakąś uroczystość. Obnosi się ze swym nieszczęściem, nie zważając na kobiety, które ją otaczają, także na te, których mężowie zostali ścięci na bagnach.

Jean-Pierre Habimana, lat dziewiętnaście, syn Alphonse’a Hitiyaremye, byłego więźnia Hutu: Tata wrócił z więzienia z chorym żołądkiem. Czasami boli go brzuch i narzeka na biedę. Jednak nauczył się tam rozpoznawać Zło, tak że już nigdy nie będzie się mógł pomylić. Jego charakter się zmienił. Jest bardziej nieśmiały. Kiedy wrócił, zapytaliśmy go, czym przewinił podczas rzezi. Nie próbował unikać odpowiedzi, nie był zagniewany. Mama się ucieszyła. Rodzice postanowili mówić otwarcie o rzeziach. To nie do pomyślenia w wielu sąsiednich rodzinach.

Pierwsze pytanie brzmiało: dlaczego codziennie brał udział w ekspedycjach? Odpowiedział, że to był rozkaz dowódców, tak było na wszystkich wzgórzach. Mówił o przestrogach ze strony kolegów. Ten, kto odmówił, mógł zostać oskarżony o sprzyjanie inkotanyim, partyzantom Tutsi. Na tych, którzy oszukiwali, nakładano grzywny. Myślę, że jest w tym wiele prawdy. Wiem też, że tata nie mówi wszystkiego. Pomija niektóre rzeczy. Jakie? Nie opowiada o tym, jak oddziały maszerowały ze śpiewem na ustach. Pomija milczeniem zapał ludzi na bagnach. Na przykład ich okrucieństwo. Gdy zabijali całą zgromadzoną rodzinę, zaczynając od taty, potem ścinając mamę, tak by wszystkie dzieci dobrze to widziały. Odcinali nogi wysokim osobom, by je skrócić. Wyraźnie unika konkretnych odpowiedzi, kiedy mowa o krwi, że tak to podsumuję.

Podczas procesów gaçaça słuchałem świadectw ludzi. To robiło wielkie wrażenie, usłyszeć o masakrach w obecności surowych sędziów. Któregoś dnia poszedłem do Kibungo. Mój tata miał być przesłuchiwany. Usiadłem na trawie wśród tłumu, jakbym był jednym z widzów. Poczułem oburzenie, słysząc o bestialskich czynach. Padały słowa, w których było słychać zwierzęce okrucieństwo. Drżałem ze strachu. To było sprzeczne z tym, co wiedziałem o ojcu. W domu tata nam o tym opowiadał, ale podczas procesu opisywał swoje gesty, zbrodnie i ofiary i ogarnął mnie z tego powodu wielki smutek, a przede wszystkim lęk. Czego się bałem? Wyobraziłem sobie męczarnie ofiar ścinanych żelazem, drwiny zabójców. Bałem się także żyć z tatą, który przyłożył rękę do Zła. Mówię o tym wprost. Nawet jeśli ja sam zostałem ukarany biedą i tym, że musiałem zrezygnować ze szkoły, uważam, że zabójców potraktowano łaskawie. Dlaczego? Widziałem czaszki. Jak już mówiłem, poszedłem do Mauzoleum. Rzędy białych kości pokazują rozmiary krwawej jatki. Nie wiem, ilu Tutsi uderzył maczetą. Nie opuścił żadnej ekspedycji, mogło ich być wielu.

Dzisiaj jest już po wszystkim. Nie chcę już o tym słyszeć. Uzyskał przebaczenie, znów stał się miłym człowiekiem.

Nazywam się Immaculée Feza, mam szesnaście lat. (…)Dorastałam w spokojnej domowej atmosferze. Bawiłam się ze swoimi braćmi i siostrą, dzieci z sąsiedztwa bardzo nas lubiły. Podskakiwałam na jednej nodze, grając w klasy, rzucałam piłką, tańczyłam. Pojechaliśmy kiedyś do Mutary, żeby odwiedzić siostrę mamy, a kiedy indziej do N’taramy, do siostry mojego taty, odwiedzaliśmy też innych krewnych mieszkających w dystrykcie.

Ale nigdy nie spędziłam wakacji u rodziców moich rodziców. Wszyscy zostali ścięci maczetą. Często płaczę, bo bardzo mi ich brakuje i nie mogą mnie wspierać. Wiem, że moje dzieciństwo na tym ucierpiało. Tak, bardzo mnie to smuci, że ich nie poznałam. Dzieci, które odwiedzają swych dziadków, wracają zachwycone. Słuchają legend i pieśni, których rodzice nie znają. Dowiadują się o niezwykłych osobach, które mogli spotkać tylko ci starsi ludzie.

W Afryce czas wygładza historie za pomocą cudownych słów. Im są starsze, tym bardziej lśnią. Gdy byłam dzieckiem, brakowało mi rwandyjskich baśni. To przykre. Rzezie zaszkodziły relacjom rodzinnym. Mądrość ucierpiała z powodu braku starszych pokoleń, zaniedbujemy rodzinne uroczystości. Nikt nas już nie poucza, jak mamy się zachować wobec innych ludzi, wobec osób starszych, i nie ma kto nas zganić za niedbały strój. W afrykańskich rodzinach zawsze jest dużo dzieci. Garną się do swych dziadków, wujów i ciotek, którzy je rozpieszczają. Dziadkowie mogą liczyć na młode nogi wnucząt przy wszystkich pracach w domu. Szczerze z nimi rozmawiają. Dzieci czasem boją się wypytywać rodziców. Z dziadkami łatwiej im się rozmawia o osobistych sprawach. To ich bawi. Potrafią żartować na temat zachowania rodziców. Mnie nikt nie opowiadał, jacy byli moi rodzice, kiedy byli dziećmi. Może dziadkowie w inny sposób przedstawiliby mi historię rzezi. W jaki? Nie wiem, może opowiedzieliby mi o czasach, gdy Tusi i Hutu trzymali się od siebie z daleka, o swojej młodości, właśnie tego mi brakuje.

Nadine Umutesi: Nie chcę trwać w melancholii, nie chcę o niej słyszeć. To, co się stało, głęboko mnie zawstydza. Nie chcę już widzieć drwiących spojrzeń. Czasami myślę tylko o mojej mamie, którą wciągnięto siłą na samo dno rozpaczy. Opowiedziała mi o bagnach, o swoim nieszczęsnym życiu w Kongu; odpowiedziała na moje pytania, nawet na te, które musiały sprawiać jej ból. Tak wielka dobroć i szczerość wyciska mi łzy z oczu. Chcę jej to pokazać, powiedzieć wszystkim, co czuję. Dlatego nie wiem, co wybrać: mówić czy przemilczeć całą tę sytuację.

Ange Uwase: Te dwa obozy, młodych Hutu i Tutsi, czują do siebie urazę, nie chcą poznać prawdy. Młodzi Hutu nie cierpią swoich kolegów Tutsi, bo podejrzewają, że się ich faworyzuje. Niewielu ośmiela się powiedzieć otwarcie: „Ja będę musiał zrezygnować ze szkoły, bo na naszej parceli brakuje rąk do pracy, a ty masz przywileje. FARG opłaca za ciebie czesne w amerykańskiej szkole, zdobędziesz dyplom, nie brudząc sobie rąk”. Ich koledzy Tutsi odpowiadają: „W domu masz wsparcie wielu silnych ramion, a sieroty muszą harować motyką, bo ich tatę ścięto maczetą pod papirusami. Kopią ziemię, żeby wyżywić swoich braci i siostry, w niedzielę po kościele nie mogą pójść do nikogo z rodziny, bo wszyscy zginęli od ostrzy maczet”. Gdy siedzą w szkolnych ławkach, tłumią w sobie gniew, ale nie podejrzenia. Za serdecznymi pozdrowieniami kryje się nieufność, wyziera z każdego kąta.

Dzieci Tutsi i Hutu dostały w spadku trudne dziedzictwo, a władze Rwandy wykorzystują ludobójstwo do własnych politycznych celów, ale to temat zupełnie innej książki.

Czytałem, że po każdym ludobójstwie historycy wyjaśniają, iż będzie ostatnie. Cytat pochodzi z: Jean Hatzfeld Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo Czarne. 

Reklamy