Bartek Dobroch, Przemysław Wilczyński „Broad Peak Niebo i piekło” – „Wypadki dzieją się codziennie! „

cover-46Bartek Dobroch, Przemysław Wilczyński Broad Peak Niebo i piekło, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014.

Innymi słowy: tragedia na Broad Peaku będzie bodaj pierwszą w historii, która poruszy Polaków już nie tylko w jej podstawowym – spektakularnym, dotyczącym sukcesu i dramatu – wymiarze, ale też na płaszczyźnie zarezerwowanej do tej pory dla hermetycznych środowiskowych dyskusji. Ogólnopolska prasa będzie się ekscytować tak specjalistycznymi szczegółami, jak wyprawowa taktyka, godzina wyjścia do ataku szczytowego, rozstrojony (albo i nie?) radiotelefon Adama Bieleckiego, tudzież meandrami etycznych postaw ludzkich na wysokości 8000 m n.p.m.

Minęło sporo czasu od zakupu tej książki, zanim w końcu postanowiłam się za nią zabrać. Jestem zaskoczona i  to jak najbardziej pozytywnie. Broad Peak Niebo i piekło czyta się bardzo dobrze, podejście do tematu autorów sprawia, ze czytelnik dowie się sporo o historii himalaizmu w przystępny sposób, bez bombardowania szczegółami i datami, opis spektakularnych i tych zakończonych klęską akcji ratunkowych w wysokich górach, uczestnicy wyprawy, którzy jawią się jako ludzie z krwi i kości a nie heroiczni bohaterowie bez skazy czy czarne charaktery za wszelką cenę. W książce poruszono bardzo ważny temat, jaką rolę pełnią media w tym wydarzeniu.

Zamieszanie wokół tej wyprawy odbierałam i nadal tak jest jak jakiś cyrk, ilość „ekspertów” wypowiadających się w tej sprawie i to przekonanie, że ja wiem jakbym się tam zachował … na usta cisnęło się pytanie – dlaczego pijany kierowca, który zabije niewinnych ludzi nie wzbudza takiego zainteresowania? Słowo drukowane i mówione jako lincz na tych, którzy śmieli przeżyć, bądź zorganizować wyprawę zapewne w odbiorze wielu nie-uczestników tej wyprawy było idealnym narzędziem, by uatrakcyjnić sobie życie. Rozumiem rodziny, ból po stracie bliskich i ich bezsilność, resztę już mniej. Jedni polowali na czarownice, inni z godnością podeszli do straty.

Zdania przyznam nie zmieniłam co do swojego podejścia do tego tematu, jak po artykułach prasowych zgadzałam się z jedną opinią, nadal jest ona aktualna. Dla mnie sprawa jest prosta. Dobrowolny wyjazd dorosłych facetów, którzy wiedzą z jakim ryzykiem wiążą się tego typu wyprawy, każdy mógł zawrócić. Nieco zirytowała mnie kwestia ubezpieczenia wyprawy, z literatury wiem, że tego typu ubezpieczenia są niezwykle kosztowne, jeśli ktoś chce, zawsze może wykupić prywatnie najwyższą opcję, wystarczy tylko samemu ocenić ryzyko swojej wyprawy i zabezpieczyć rodzinę, albo nie – kwestia prywatnych decyzji ludzi wolnej woli.

fragment:

„W innym miejscu Pawlikowski dodaje:

– Na Broad Peaku wspinacze przez dwa miesiące przebywali razem, oblegając górę i mając okazję do aklimatyzacji i poznania się, włożyli wiele pracy w przygotowanie drogi. W drodze do szczytu tworzyli zespół, asekurowali się wytrwale, zmierzali razem wciąż wyżej. Jednak chwilę przed szczytem i potem wracając ze szczytu, najsilniejszy uczestnik (Adam Bielecki) pędzi, pozostawiając wszystko i wszystkich za sobą. Uważam, że świadczy to o jego skrajnym egoizmie, braku oznak jakiejkolwiek empatii i dyskwalifikuje go jako partnera wspinaczkowego – ocenia Pawlikowski.

Pod koniec maja wywiadu RMF FM udziela jeszcze Jacek Berbeka.

– Przede wszystkim przyczyną nieszczęścia było załamane psychiczne, a załamanie psychiczne nastąpiło w wyniku tego, że chłopcy zostali sami – mówi między innymi.

Mniej więcej w tych dniach pojawia się też na stronie internetowej radia rozmowa z Ryszardem Gajewskim, Maciejem Pawlikowskim i Januszem Gołąbem. Ten ostatni mówi o błędach „nie do pomyślenia” – ma na myśli głównie zbyt późne wyjście do ataku szczytowego, zaś Gajewski i Pawlikowski zwracają uwagę na kryzys więzi międzyludzkich, jaki miał się ujawnić na drugim etapie wyprawy. Ryszard Gajewski mówi nawet o „moralnej katastrofie” i, choć nie padają nazwiska, można się domyślić, że chodzi o zachowanie Adama Bieleckiego.

Sam zainteresowany broni się w wywiadzie dla „Newsweeka” na początku czerwca. Mówi, że nie mógł pomóc kolegom, a konfrontowany z ostrą wypowiedzią Pawlikowskiego, odpowiada:

– Pan Pawlikowski jest z Zakopanego, skąd pochodził Maciek Berbeka. Właśnie z Zakopanego jest najwięcej ataków na mnie. Zaproponowałem: przyjadę, opowiem jak było, to może być otwarte spotkanie, prelekcja, stanę twarzą w twarz z tymi, którzy stawiają mi zarzuty. Odmówiono. To jest dla mnie bolesne.

Ta otwarta wymiana zdań doprowadza do sytuacji, jakiej nie pamięta historia polskiego himalaizmu: wewnątrzśrodowiskowy spór wylewa się na łamy ogólnopolskich gazet, stacje radiowe i telewizyjne, wywołując irytację samych himalaistów, którzy w sporze – z różnych powodów – nie chcą uczestniczyć. Głównie Krzysztofa Wielickiego, który zabiera głos po Bieleckim, udzielając wywiadu „Newsweekowi” i „Tygodnikowi Powszechnemu”.

– Pamiętajmy, że chłopcy pojechali z własnej woli i na własną odpowiedzialność. Szukanie winnych na siłę nie ma sensu. W ogóle od tragedii minęły dwa miesiące: ten szum mógłby się skończyć. Gdyby ograniczał się do gazet górskich, jak najbardziej. Ale obejmuje wszystkie media – mówił nam poirytowany Wielicki.

– To rozgłos, z którego na co dzień czerpiecie pełnymi garściami… – kontrowaliśmy.

– My, czyli kto?

– Środowisko górskie. Ten rozgłos w przypadku sukcesów jest zapewne miły. I pewnie potrzebny do takich przedsięwzięć jak Polski Himalaizm Zimowy. Daje sponsorów.

– Grozi nam właśnie wycofanie się głównego sponsora. Jeśli tak się stanie, to nie z powodu samego wypadku, ale dlatego, że tyle się o nim trąbi, że mnożą się jakieś podejrzenia.

– Pytania o przyczyny są nieuprawnione?

– Nie, że nieuprawnione, ale ile można! Wypadki dzieją się codziennie! Ktoś kogoś zabił, ktoś się zabił, prasa o tym pisze i to zostawia. A tutaj ciągłe rozgrzebywanie.

– Powtórzmy więc: ten medal ma dwie strony. Media donoszą o sukcesach, ale też ekscytują się wypadkami.

– Nigdy nie było takiego roztrząsania. Może kilka dni, tygodni po jakiejś wyprawie, ale tak długo – nigdy.

Irytację w wypowiedzi Wielickiego można by oczywiście podsumować tak, jak to samokrytycznie uczynią nieco później sami przedstawiciele środowiska: „Możecie nas podziwiać, ale nie krytykować”. Spróbujmy jednak to zniecierpliwienie zrozumieć, zwłaszcza że Krzysztof Wielicki ma rację co do faktów: żadna wcześniejsza wyprawa himalajska nie generowała tak intensywnego i tak rozłożonego w czasie zainteresowania mediów.”

Reklamy