Bernadette McDonald „Ucieczka na szczyt” – „Może jest tak, jak mówił Krzysztof: „Można zmienić swoje hobby, ale nie pasję. Z czasem wypełnia ona wszystkie aspekty życia”.”

cover-28Bernadette McDonald Ucieczka na szczyt, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2012.

Byli geniuszami. Wiedzieli, jak żyć z niepewnością. Manipulowali systemem tak dobrze, że byli w stanie realizować swoje marzenia. Podróżowali, widzieli świat i żyli życiem intensywnym i pełnym przygód. Mieli wytrwałość pionierów i wartości patriotów. Ich dynastia się rozpadła, ale przez dwadzieścia złotych lat byli najlepsi na świecie.

Bernadette McDonald Ucieczka na szczyt to historia w pigułce polskiego himalaizmu, choć autorką jest Kanadyjka, to klimat polityczny w jakim rozwijał się polski himalaizm jest oddany niezwykle wiernie, a wiedza na temat sytuacji politycznej w Polsce imponująca. Bernadette McDonald zaznaczyła w podziękowaniach iż: Muszę jednak wyraźnie podkreślić, że nie jest to kompletna historia polskiego himalaizmu. Skupiłam się w niej na kilku osobach i ich osiągnięciach, zamiast napychać książki detalami tej bogatej, skomplikowanej i imponującej historii. Wiele istotnych wspinaczek i wielu ważnych polskich alpinistów nie jest tu opisanych.

Bernadette McDonald pisząc o uczestnikach wypraw nie czyni z nich bohaterów bez skazy, pisze o nich przede wszystkim jak o ludziach z pasją, odważnych indywidualistach walczących by zdobyć najwyższe szczyty świata, rozdartych pomiędzy bliskimi a wspinaczką, którym wad nie brakowało. Każdy z himalaistów miał swój przepis na sukces: Jurek często mówił, że wspinaczka to sport, więc musisz udowodnić, że jesteś najlepszy, Wojtkowi współzawodnictwo, przynajmniej w górach, było zupełnie obce i wstrętne. Udowadnianie przewagi było dla niego równoznaczne z utratą człowieczeństwa, bo we wspinaczce wydawało się nieuchronnie prowadzić do cierpienia. (…) Wspinaczka pomagała mu uwolnić się od przerostu ambicji. Po raz pierwszy czuł się zdrowy i silny wysoko w górach – poczuł smak życia, które na niego czekało: życia na wysokości.

Była też druga strona polskiej wytrzymałości, tej „sztuki cierpienia”, jak ją określił Wojtek. By przeżyć w niesamowitym zimnie z małą ilością pożywienia, wody i w stanie ledwo opanowywanego przerażenia, potrzeba dzikiej zawziętości. W alpinizmie jest ona wręcz postrzegana jako pożądana cecha.

Mówi się o niej z podziwem – człowiek zawzięty to „twardziel”. Wewnętrzna siła jest godna podziwu, ale jak wygląda z zewnątrz? Często przypomina znieczulicę i egoizm. Łatwiej jest skoncentrować się na swojej własnej, osobistej walce z wyczerpaniem i trwogą, niż przejmować się problemami mniej krzepkiego partnera. Ten rodzaj wewnętrznej głuchoty, zaniku widzenia i stwardnienia serca jest rozpowszechnionym skutkiem ubocznym walki o przetrwanie w górach.

Krzysztof Wielicki, prawdziwy wojownik, przyznawał, że poziom egocentryzmu wśród alpinistów jest wysoki, i był świadom reperkusji tego stanu.

Wyposażeni w konserwy domowej roboty i sprzęt znacznie odbiegający od tego, co było dostępne na rynku Polacy dokonali wiele:

Najtrudniejszym zadaniem było zdobycie obcej waluty. Dlatego do udziału w ekspedycjach zapraszano zagranicznych wspinaczy. Wnosili oni dolary, franki czy funty. Aby jak najwięcej kosztów opłacić w złotych, ekipy podróżowały drogą lądową, zabierając ze sobą cały potrzebny sprzęt oraz tyle jedzenia i paliwa, ile się dało. To dlatego Afganistan, do którego można było dostać się lądem, był wówczas jednym z najpopularniejszych celów wypraw. Przynajmniej do czasu radzieckiej inwazji, która w 1979 roku pogrążyła ten kraj w chaosie.

Organizacja ekspedycji była procesem niezwykle złożonym. W sklepach trudno było cokolwiek kupić.

Namiotów, śpiworów, spodni i kurtek czy puchowych ubrań lub butów zwyczajnie nie było. Wszystko gromadzono od zera. W jednym miejscu wspinacze mogli kupić materiały, w innym zamki błyskawiczne, wszywane następnie przez matkę lub ciotkę. Szewc w Zakopanem robił im buty, a czekany kuł miejscowy kowal.

– Niewiele brakowało, a musielibyśmy sami skubać kaczki i gęsi, żeby zdobyć puch do kurtek – wspominała Wanda.

Jakby tego było mało, wspinacze na wszystko potrzebowali pozwoleń: jednego na zakup puszkowanego jedzenia, drugiego na czekoladę, a kolejnego, by móc cokolwiek wywieźć z kraju. Organizacja każdej wyprawy wysokogórskiej jest uciążliwa, ale w Polsce wymagała wówczas podwójnego wysiłku.”

W 1994 roku Bernadette McDonald pomagała w organizacji festiwalu filmowego w Katowicach: „W klubie dało się też jednak wyczuć smutek. We wspomnieniach wciąż powracano do tych wspinaczy, którzy zginęli w ukochanych górach. Jednym z nich był Jerzy Kukuczka, drugim Wanda. Wyraziłam swój podziw do nich i powiedziałam, że miałam szczęście ich poznać, choć była to krótka znajomość. Usłyszałam wówczas wiele smutnych historii, głównie na temat Wandy.

– Oczarowała cię – powiedział do mnie jeden ze wspinaczy. – Miała też jednak inną twarz. Była twarda, wyrachowana, nieustępliwa, uparta jak osioł.

Zaprotestowałam.‌ To jasne, że musiała być nieustępliwa, by przeżyć.

– Tak, to‌ prawda – przytaknął mi inny wspinacz, gładząc swoje imponujące wąsy. – Ale była zbyt twarda, czasem przesadzała, nieustannie chciała się ścigać. Trudny zawodnik.

– Kochaliśmy‍ ją, ale ona wydawała się tego nie zauważać.

Myślała, że jest sama.

– Odpychała‍ nas, ale my ją wielbiliśmy.

– Czy‍ Kukuczka też był taki trudny? – spytałam.

– Nie,‌ nie. On nie miał czasu na walkę. Był zbyt zajęty wspinaniem. Choć był taki moment, gdy wdał się w wyścig, no wiesz, ten z Reinholdem Messnerem. Każdy z nich chciał być tym pierwszym, który zdobędzie Koronę Himalajów. Na szczęście Kukuczka, gdy tego dokonał, wrócił do prawdziwej wspinaczki na wielkich ścianach.

– I to‌ go zabiło – odparłam.

– To‍ prawda. Ale on był prawdziwym wspinaczem, najlepszym w Polsce.

Opowiadali‌ mi o tamtych dziwnych, szalonych latach komunizmu, gdy partyjne władze wspierały wspinaczy, szczególnie tych najlepszych.

Opowiadali‌ z dumą o swej przedsiębiorczości, którą wykształcili, by zaspokoić himalajski nałóg.

Wspinaczka‌ wiązała się wówczas z ryzykiem nie tylko w górach, ale też podczas prac, takich jak wysokościowe mycie czy malowanie budynków albo wdrapywanie się na śliskie, źle zabezpieczone kominy fabryczne, tak typowe dla panoramy Katowic. Praca ta była niebezpieczna nie tylko ze względu na ryzyko upadku, ale też z powodu wdychania trujących wyziewów.

W opowieściach‍ przemycali aluzje o tym, jak lukratywny był wówczas przemyt. Ale czasy się zmieniły i teraz czuli się jak kamień, który odskoczył z sunącej na Polskę lawiny wolnego rynku.

Ciekawy artykuł o autorce https://goryksiazek.pl/2012/12/bernadette-mcdonald-freedom-climbers

Reklamy