Mariusz Szczygieł „Projekt: PRAWDA” – Stanisław Stanuch – „Każdy ma swoje mistyfikacje. To oczywiste. „

cover-44Mariusz Szczygieł „Projekt: PRAWDA”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2016, zawiera powieść Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”.

Czy „akceptacja nietrwałości” to „pogodzenie się ze zmiennością  w s z y s t k i e g o „?

Szata graficzna książki „Projekt: PRAWDA” zwróciła moją uwagę i w tak zwyczajny sposób stałam się jej posiadaczką, dodam że zadowoloną. Powieść jaką Mariusz Szczygieł umieścił pomiędzy swoimi miniaturami, autorstwa Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”, zapewne nigdy nie wpadłaby w moje ręce, gdyby nie ów ciekawy pomysł.

Jako starter Mariusz Szczygieł serwuje nam osiem osobistych felietonów wagi różnej, o zabarwieniu refleksyjnym:

„Pisać.

A pisać tylko po to, by coś uwiecznić, jakąś miłość, jakieś uniesienie? Jakąś stratę?

Albo gorzej – uwiecznić liść na drzewie, a nie trzęsienie ziemi? Albo swoje własne trzęsienie ziemi, którego nikt inny nie poczuł tak jak my?

Być może – zastanawiał się Bruno, człowiek, którego z kolei wymyślił Ernesto Sábato – pisanie jest potrzebne takim ludziom jak on, Bruno, niezdolnym do aktów bohaterstwa? Przecież taki Che Guevara, czy inny silny gość, wcale nie musiał pisać.

Bruno pomyślał przez chwilę, że jest to być może ucieczka bezsilnych.”

Następnie przyjdzie nam zmierzyć się z nieco przykurzonym i zapomnianym „Portretem z pamięci” Stanisława Stanucha – debiutu, według wiedzy autora „Projektu” porównywanego do Camusa. Dla mnie książka ta ma wiele wspólnego ze znacznie późniejszym debiutem norweskiego pisarza, autora „Kolosa” z 1963 roku. Finn Alnæs w swym obszernym dziele stworzył bohatera, którego portret w miarę czytania ulegał zasadniczym przemianom, nie inaczej było z bohaterem Stanisława Stanucha, ale o tym później. 

Na deser Mariusz Szczygieł zaserwował nam felietony ze słowem PRAWDA w tle. Kiedyś byłam stałą czytelniczką Dużego Formatu i zakup pierwszego czytnika elektronicznego sprawił, iż papier poza tym do origami stał się obcym tworem w moim domu, czynność czytania GW, która dostępna była jedynie w formie papierowej, przestała być moim cotygodniowym zajęciem. Felietony publikowane na łamach gazet coraz częściej wydawane są w formie książkowej, co mnie niezwykle cieszy, gdyż mogę je czytać w dowolnej kolejności, jak te publikowane przez Mariusza Szczygła na łamach Gazety Wyborczej. Szczególnie spodobały mi się „Prawda kogoś, kto żyje” i „Prawda po dwudziestu trzech słowach”.

Prawda nie jedno ma imię , nikt nie ma na nią monopolu. Jak pisze Mariusz Szczygieł „W amoku polowania na cudzą prawdę doszło do wielu przekroczeń. Nie są to tylko prawdy, z których ktoś zwierzył się reporterowi. Pojawiają się prawdy wyczute, prawdy wyczytane, prawdy wykradzione. Prawdy wydobyte czasem na siłę. A także prawdy, które w efekcie okazują się prawdkami. Odkryłem też prawdy, które znienacka rodzą się we mnie, kiedy ktoś mnie sprowokuje.”

Fragment „Prawda kogoś, kto żyje”:

„Najpierw ustaliłem, że urny projektuje inna J.J., Joanna Jurga, absolwentka wzornictwa na warszawskiej ASP.

– Przepraszam bardzo – pyta. – Czy pan żyje?

– No właśnie zamówiłem dla pani americano, sobie cappuccino, więc to chyba jakiś dowód, że żyję.

– Pytam, czy ma pan pewność. Kiedyś wracałam ze szpitala i na moście Gdańskim zobaczyłam napis sprejem: ZANIM UMRZESZ, UPEWNIJ SIĘ, ŻE ŻYJESZ.

– Ja, proszę pani, fotografuję widoki z okien pokoi, w których śpię. Wczoraj nocowałem w Raciborzu i zrobiłem kolejne zdjęcie z okna. Czuję, że w tym jest sens.

– A ja, żeby czuć sens, nic nie fotografuję.

– Nawet za granicą?

– Kiedyś przebyłam Azję od Tadżykistanu do Malezji, niedawno wróciłam z Górnego Karabachu i doszłam do wniosku, że muszę jeździć bez aparatu. Nie robię też zdjęć telefonem. Niektórzy są zaskoczeni: jak można nie przywieźć zdjęć z takich miejsc? Ale jadąc z aparatem, stawiam się w roli obserwatora. Kogoś z boku. A to nie jest życie. Nauczyłam się w tych podróżach być, a nie chować za obiektywem. Wracam do hasła: UPEWNIJ SIĘ, ŻE ŻYJESZ, zapamiętujmy!

– Mamy być uważni?

– Tak. Bo kiedyś twarde dyski nam padną i będzie dramat. Liczy się to, co zapisane w nas. Kosho Murakami, mistrz zen, ale i fizyk teoretyczny, powiedział mi: bądź! I mówi: bądźcie! Bądźcie w tej kawie, w tym cukrze, bądźcie. Bo za chwilę może was nie być. I nic piękniejszego od nietrwałości nie ma. Trzeba ją zaakceptować, żeby lepiej być. Sama mam problem, żeby patrzeć na kobiety po operacjach odmładzających…

– Alergia na nietrwałość jest powszechna, cóż zrobić?

– W buddyzmie panuje ogromna akceptacja nietrwałości. A u nas ludzie dążą do pomników, do utrwalania się, co w rezultacie nie ma przecież, przyzna pan, żadnego znaczenia.

– A jak nietrwałe są pani urny?

– Bardzo nietrwałe. Czysta celuloza na stelażu bawełnianym, klej naturalny, czyli skrobia. Malowane na czarno lub biało. Chciałam, żeby zatrzaski były bambusowe, ale potem doszłam do wniosku, że powinny być nasze, lokalne, więc są dębowe. Mary też są dębowe; mam na myśli stojak. A w środku papier jedwabny. Produkcję zaczynamy ze wspólniczką w połowie grudnia. Można tę urnę zakopać w ziemi, rozłoży się w ciągu sześciu miesięcy, w zależności od wilgotności gruntu. Można w zgodzie z polskimi przepisami wodować, czyli wrzucić do morza. Rozpuści się.

– Wygląda jak morska muszla.

– Ona jest i muszlą, i łonem, i całunem… Nie uderza w żadną religię. Jest uniwersalna. Chodziło mi o to, żeby nie projektować jakiegoś białego kanciastego pudełka. Bo takie rzeczy są odczłowieczone, zimne, są obiektami.

– Ktoś napisał, że ten projekt łagodzi świat ponurych drewnianych skrzynek zakopywanych dwa metry pod ziemią.

– Bo chciałam, żeby była to urna antropomorficzna: takie ziarenko, które można przytulić.”

Czy „akceptacja nietrwałości” to „pogodzenie się ze zmiennością  w s z y s t k i e g o „?

” Stanisław Stanuch „Portret z pamięci”

„– Najważniejszym nawykiem – ciągnąłem po chwili – jaki trzeba zdobyć w ciągu życia, jest pogodzenie się ze zmiennością  w s z y s t k i e g o . W życiu tylko zmienność się liczy, ma sens. Nic nie jest nam dane na dłużej, wciąż się dźwigamy i upadamy, wciąż się witamy i żegnamy, i jeżeli tego wszystkiego nie można przy sobie zatrzymać, należy zdobyć przynajmniej umiejętność niebuntowania się przeciw nietrwałości, zmienności.

„Portret z pamięci”, to właściwie trzy ciekawe portrety, napisane w pierwszej osobie, nowe wersje złożonego „ja”, gdyż jak pisze S. Stanuch „Każdy ma swoje mistyfikacje. To oczywiste. „. Autor częstuje nas wieloskładnikowym daniem – portretem, którego poszczególne komponenty poprzez losowe przytaczanie wspomnień (nieraz tych samych, widzianych z innej perspektywy) sprawiają, iż wyłania się obraz innego człowieka, którego portret sami musimy namalować w swej pamięci: „Z czym bowiem porównać moją pamięć? Jest ona wyłącznie moja. Nie kupiłem jej od nikogo, nie dostałem w prezencie. Sama się napełniła. Nie pozwolę jej więc zaglądać w zęby. Obojętne, czy jest „słuszna”, czy nie, czy jej natężenie spowodowały moje ułomności, czy wady tego świata. Istnieje. A więc nie podlega dyskusji.”.

Reklamy