Adam Hochschild „Lustro o północy. Śladami wielkiego treku” – ” Śmierć Pieta Retiefa daje Afrykanerom coś, czego potrzebuje każda imperialna potęga. Jest tym niezbędnym w dziejach imperium wydarzeniem, które można przekształcić w mit uwalniający od winy – decydujący, pamiętny moment, dający zdobywcom poczucie, że są ofiarami.”

cover 14Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami wielkiego treku, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2016

Z RPA na ogół kojarzy nam się Nelson Mandela i apartheid, czas by przyjrzeć się RPA z szerszej perspektywy, a Lustro o północy. Śladami wielkiego treku nadaje się do tego idealnie. Po tym reportażu z pewnością zakupię kolejne książki autora: Duch króla Leopolda Świat Książki i Pogrzebać kajdany Wydawnictwo Czarne.

Wciągający i ciekawy reportaż. Podejście autora do historii sprawiło, że kolejny raz należałoby rozważyć, co my właściwie wiemy o historii, nauce samej w sobie. Zazwyczaj dostajemy gotowe papki, które serwowane nam są od najmłodszych lat i na ogół nie wymagają od nas myślenia. Często nie zastanawiamy się nad nazwą wojny, czy jakich słów używamy by opisać wydarzenia z przeszłości. Historia RPA to kolejny temat rzeka, który można ugryźć z dowolnej strony, dzięki tej książce mam wrażenie, że zarówno źródło jak i ujście rzeki wyraźniej rysują się na mapie Afryki.

Adam Hochschild poddaje w wątpliwość nasze wyobrażenie o mieszkańcach RPA, myślimy stereotypowo, oceniamy ludzi wrzucając ich do jednego worka z napisem cechy wspólne, ale czy to ma oparcie w faktach?

Od 1948 roku około trzech i pół miliona Południowoafrykańczyków zostało zmuszonych do przenosin wbrew swojej woli.

Ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent stanowili czarni.

Blisko pięć tysięcy z nich wysiedlono z Mogopy.

Mogopa była – jak na standardy czarnej Południowej Afryki czy w ogóle kontynentu – prosperującą miejscowością. Kilkaset tutejszych rodzin miało od ponad siedemdziesięciu lat tytuł prawny do tej ziemi. Wspólną własnością mieszkańców Mogopy było poza tym kilka tysięcy akrów pól i pastwisk, gdzie pasali swoje bydło, uprawiali kukurydzę, fasolę i inne warzywa. Zbierali dość plonów, żeby się wyżywić, a nawet sprzedawali nadwyżki, co rzadko się zdarza na przeludnionej południowoafrykańskiej wsi. Za uzyskane pieniądze, a także za zarobki mężczyzn pracujących w Johannesburgu lub na pobliskich farmach należących do białych, kupowali samochody, ciężarówki, a nawet traktory. Nie korzystali z rządowych dotacji, sami zebrali pieniądze i zbudowali szkołę podstawową, szkołę średnią oraz ośrodek zdrowia. Podczas drugiej wojny światowej mieszkańcy Mogopy zgromadzili sumę będącą równowartością tysiąca siedmiuset dolarów, którą przekazali rządowi na wysiłek wojenny. Wywiercili studnie, kupili pompy wodne i zbudowali rezerwuar. Wspierali sklepy należące do czarnych, w tym Swartkop General Dealers Store, sprzedający wszystko – od miotełek z piór po buty i dzwonki do rowerów. A chyba najbardziej byli dumni z tego, że własną ciężką pracą zbudowali sobie solidne kamienne domy – widok niezwykły w wiejskich okolicach zamieszkanych przez czarnych.

Przez prawie cały XX wiek Mogopa żyła w spokoju. Była samo­wystarczalną wyspą w gospodarce opartej na wyzysku. A potem gwałtownie zwiększyło się tempo „przenosin”, biurokraci wywozili ciężarówkami miliony Afrykanów daleko od rodzinnych stron i osiedlali w wiejskich slumsach bantustanów. Mogopa, otoczona kilometrami ziem uprawnych należących do białych, została uznana za „czarną plamę”. Miała zniknąć z mapy. Z początkiem lat osiemdziesiątych mieszkańcy Mogopy wysyłali delegacje do Pretorii i wnosili sprawy do sądu, prosząc, żeby im pozwolono pozostać tam, gdzie są.

Na próżno. Jak większość obszarów wiejskich w Transwalu, okolica stała się bastionem skrajnej prawicy – nieopodal Mogopy mieli swoje farmy Eugène Terre’Blanche i jego brat. Rząd, w obawie przed utratą głosów białych, nie robił nic, co mogłoby wyglądać na chęć przypodobania się czarnym. Przyjechali urzędnicy, namalowali numery na kamiennych domach w Mogopie. W czerwcu 1983 roku, kiedy większość jej mieszkańców nadal odmawiała przenosin, zjawiły się spychacze, które zrównały z ziemią trzy kościoły. Z pomp wodnych wyjęto silniki. Zburzono kilka domów. Zniszczono ośrodek zdrowia. Spychacze rozwaliły kamienne budynki szkół, które mieszkańcy wsi wybudowali za własne pieniądze.

Spychacze należały do Departamentu Współpracy i Rozwoju.

Powtarzalność tego świata czasami mnie zaskakuje, pisanie historii na nowo – jak w przypadku Izraela, mocno irytuje, nie wiem czy kiedykolwiek zrozumiem jak to się stało, że ktoś może sobie rościć prawa do ziemi na której żyją ludzie od pokoleń, bo tysiąc lat temu niby coś tam gdzieś tam. Burowie podczas wielkiego treku w RPA również uważali, że objęli w posiadanie ziemie niczyje, bo jak nie ma ogrodzeń, aktów własności, to można grabić do woli, bo jakieś plemię nie wynalazło koła – to barbarzyńcy, nasza kultura jest lepsza – z pewnością, bo grabimy w białych rękawiczkach.

Pisarz z RPA J.M.Coetzee napisał ciekawą książkę w temacie, zatytułowaną Barbarzyńca.

Przodkowie niektórych Amerykanów wywodzą się więc spośród Zulusów, którzy zajęli Natal przed przybyciem voortrekkerów. Liczebność tego ludu szacowano na od ćwierci do pół miliona. Kim byli ci ludzie, z którymi trekkerzy mieli stoczyć serię bitew, w tym tę najbardziej doniosłą, nad Krwawą Rzeką?

Żeby podjąć się odpowiedzi na to pytanie, musimy znów spojrzeć przez niemal nieprzezroczyste szkło. Nawet nazwa, jaką nadajemy temu okresowi, odzwierciedla pamięć białych, a nie czarnych: mówimy o Wielkim Treku, nie zaś o Wielkiej Inwazji. Prawie wszystkie pierwsze bezpośrednie opisy społeczeństwa Zulusów z początku XIX wieku są autorstwa białych. Voortrekkerzy prowadzili dzienniki, misjonarze zdawali relacje o duszach, które próbują zbawić, brytyjscy oficerowie i urzędnicy kolonialni składali raporty swoim przełożonym, ktoś stworzył dzieło pod tytułem A Narrative of the Irruption of the Kaffir Hordes [Opowieść o najeździe hord Kafrów], a dwaj brytyjscy kupcy, Henry Fynn i Nathaniel Isaacs, którzy próbowali zbić majątek w Natalu, napisali książki o swoich przygodach wśród Zulusów.

Przez całe sto lat większość historyków bazowała na pismach Fynna i Isaacsa, najobszerniejszych relacjach o życiu Zulusów z okresu przed przybyciem voortrekkerów. Były to budzące grozę opowieści o wielkich haremach, krwawych egzekucjach i zuluskich królach, którzy kazali zabijać wrogów za kichnięcie w obecności władcy albo inne drobne przewinienia. Dopiero w latach czterdziestych XX wieku ujawniono korespondencję obu kupców, z której wynikało, że Isaacs i Fynn nie byli zbyt wiarygodnymi sprawozdawcami. (…)

Śmierć Retiefa i jego towarzyszy wyryła niezatarte piętno na świadomości Południowoafrykańczyków. Traktowana jest jako najbardziej skrajny przykład zdrady, zdarzenie budzące najwyższą grozę. Ludzie mówią tu o tym incydencie, jakby był czymś niemal na miarę Holokaustu, jako o złu daleko wykraczającym poza zwyczajną brutalność wojny.

„Dingane postąpił jak dzikus” – pisał pastor Francis Owen, świadek mordu. „To było nikczemne i zdradzieckie, owoc tchórzostwa i strachu”. (…)

„Jeszcze po dziś dzień”. Oto sedno sprawy. Śmierć Pieta Retiefa daje Afrykanerom coś, czego potrzebuje każda imperialna potęga. Jest tym niezbędnym w dziejach imperium wydarzeniem, które można przekształcić w mit uwalniający od winy – decydujący, pamiętny moment, dający zdobywcom poczucie, że są ofiarami.

Powieściopisarze świetnie rozumieją tę obsesję. Wiedzą, że kolonizatorzy mają osobliwą potrzebę, by czuć się pokrzywdzonymi.(…)

W mitologii dziejów Afrykanerów funkcję taką idealnie spełnia zamordowanie Pieta Retiefa. Dzięki temu wydarzeniu zdobywcy stają się ofiarami. Dingane zignorował umowę, którą sam podpisał, oszukał Retiefa co do swoich pokojowych zamiarów, popełnił masowy mord w wyjątkowo okropny sposób. Tak jak manifest Retiefa opublikowany w „Grahamstown Journal” był pierwszym doniosłym dokumentem afrykanerskiego nacjonalizmu, tak i zdrada, której się wobec Retiefa dopuszczono, oraz jego męczeńska śmierć stały się głównym składnikiem wciąż obecnego w tym nacjonalizmie przekonania, iż to Burowie są ofiarami. (…)

Przywykliśmy wyobrażać sobie, że przekonanie Afrykanerów o własnym męczeństwie zrodziło się podczas wojny burskiej, kiedy dwadzieścia sześć tysięcy afrykanerskich kobiet i dzieci zmarło w brytyjskich obozach koncentracyjnych, a Afrykanerów postrzegano powszechnie jako ofiary o wiele potężniejszego mocarstwa, które straszliwie się nad nimi znęcało. W rzeczywistości to poczucie bycia ofiarą wywodzi się ze znacznie wcześniejszych czasów, od wydarzeń, które doprowadziły do Wielkiego Treku, od samego Wielkiego Treku oraz przede wszystkim od historii Pieta Retiefa. On i jego towarzysze stali się bowiem ofiarami wielkiej zdrady Zulusów.

Czy naprawdę? Jeśli dokładnie się przyjrzymy całej pechowej wyprawie Retiefa i spróbujemy sobie wyobrazić, jak musieli odebrać ją Zulusi, ekspedycja ta zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Gdy zacząłem czytać o tym okresie historii, przedstawiałem go sobie jako konflikt między różnymi ludami. Obecnie widzę w nim także starcie rywalizujących nurtów pamięci.

Najważniejszy z tego, co pozostało w pamięci Zulusów, jest jeden fakt, ale o tym warto przeczytać w książce Lustro o północy.

Reklamy