Charles Montgomery „Bóg rekin. Wyprawa do źródeł magii” – „Siła opowieści tkwi w wierze, nie zaś w ich prawdopodobieństwie. „

cover 13

Charles Montgomery Bóg rekin. Wyprawa do źródeł magii, Wydawnictwo WAB, seria Terra Incognita.

Charles Montgomery – kanadyjski pisarz, który wyruszył śladami swojego pradziada biskupa Henrego na wyspy Melanezji. Poszukując dowodów na istnienie magii z uporem maniaka wypytywał mieszkańców wysp by podzielili się z nim swą wiedzą, by dowiedli iż ich opowieści pełne tajemniczych i nieprawdopodobnych zdarzeń miały oparcie w rzeczywistości. Czytając „Bóg rekin” miałam wrażenie, że ze snu spowitego w napój kava kava o właściwościach odlotowych wyłonił się całkiem interesujący świat, o którym warto przeczytać samemu. POLECAM

Książka jest ciekawa, idealnie pasuje do całej serii terra incognita – nie są to pozycje szalenie porywające akcją, zazwyczaj chaotyczne, czasami usypiające a jednak z przyjemnością sięgam po kolejne tomy tej serii. Są wyjątkowe i trudno o nich zapomnieć.

Melanezja kojarzyła mi się jedynie z Nową Kaledonią – fakt iż jest tak blisko Australii a należy do Francji zawsze wzbudzał moją ciekawość, a po przeczytaniu książki Charlsa Montgomerego na nowo z zaciekawieniem zerkam na globus w okolice Nowej Kaledonii by bliżej przyjrzeć się tajemniczym wyspom, które niegdyś stanowiły poletko misyjnych wypraw.

„W upodobaniu do historyjek o dzieciożercach moi znajomi z Nowej Georgii przewyższali nawet historyków doby kolonializmu. Każdy miał coś do powiedzenia na ten temat. Zacząłem się zastanawiać, czy ludzie wątpiący w mit kanibalizmu zadali sobie kiedykolwiek trud, by porozmawiać o tym z samymi Melanezyjczykami. Trudno odrzucać mit, skoro tubylcy z takim zapałem wierzą w okrucieństwo swoich przodków.

Dlaczego mieszkańcy Nowej Georgii odnoszą się z takim pietyzmem do legend o dzieciożerstwie? Z miejsca nasuwa się odpowiedź, że owe historyjki znaczą gawędziarzy swoistym znamieniem pierwotności. Dla Johna są napomnieniem, że jego przodkowie byli czaderskimi wojownikami i ulegli przewadze jednego tylko plemienia: olbrzymów dzieciojadów. Myślę jednak, że te straszliwe opowieści miały inną funkcję. Historie o kanibalach miały posłużyć białym za oręż moralny, podkreślić zasadność ich interwencji; tymczasem schrystianizowanych tubylców z Nowej Georgii miały utwierdzić w przekonaniu, że dokonali wyboru najlepszego z możliwych, że poszli lepszą ścieżką niż ich przodkowie. Miały przestrzec ludzi z laguny przed mrokiem czającym się w zakamarkach ich własnej duszy, mrokiem, przed którym wciąż trzeba się mieć na baczności. Jeśli kanibalizm jest mitem – innymi słowy, jeśli przede wszystkim daje wgląd w prawdę o ludzkiej naturze – kwestia jego zgodności z historią schodzi na dalszy plan. Klucz do prawdy mitycznej to wiara, nie kości ani ruiny.

Prawda historyczna i prawda mityczna toczą między sobą nieustanną walkę – to samo dotyczy narracji o okropnościach i magii. Opowieści, które mój pradziad przywiózł do Melanezji – świetliste obrazy cudów i zmartwychwstania Jezusa, wszechmocy Boga, ognia piekielnego i chwały żywota wiecznego – skłoniły tubylców do porzucenia własnych przodków, tak jak niegdyś zniechęciły naszych protoplastów do bogów nordyckich.

Siła opowieści tkwi w wierze, nie zaś w ich prawdopodobieństwie. Natchnione mocą historie oddają część swej potęgi wiernym, niezależnie od tego, czy w grę wchodzi jedynie siła przekonywania, jasność duchowa, czy może coś więcej. Mieszkańcy Honiary zapewnili mnie, że nie muszę się obawiać czarnej magii – nawet gdyby czarownik rzucił mi prosto w twarz garść pełnych mana pajęczyn – bo moja niewiara przewyższa moc magii kastom. Jeśli jednak ulegniesz pokusie myślenia magicznego, jeśli nie przestaniesz skrobać szorstkiej powierzchni mitu, zaatakuje cię jak wirus i odmieni cały twój świat. Będzie niebezpieczniej, ale otworzą się nowe możliwości. Zdarzenia ujawnią się w wymiarze symbolicznym. Zamiast polegać na zbiegach okoliczności, otoczą się aurą magii, a wszystko, co im towarzyszy, zyska cel i kierunek.

Wiara jest zatem decyzją, aczkolwiek w pewnych warunkach łatwiej ją podjąć. Załóżmy, że ktoś zasugeruje nam współzależność między mitycznym wężem, stosem kamieni a burzą. Istotny będzie kontekst: na przykład walka dobrej przyrody z wycinką na skalę przemysłową. Odzwierciedlenie tej walki można znaleźć w pejzażu: zniszczonym lub odżywającym za sprawą ulotnej mocy natury. Atmosfera wydarzenia może nabrać szczególnych cech, dajmy na to, stać się brzemienna w skutki. Może zapanować upiorna cisza. Potraktuj to jako czynności wstępne.” (…)

„Deszcz lał mi się po twarzy strumieniami, a ja wciąż nie mogłem spędzić z niej uśmiechu. Wiedziałem, że rechoczę jak głupi do sera, bo John zerkał na mnie i sam co chwilę wybuchał chichotem. Nie wiedział jednak, czemu mi tak wesoło. Nie dlatego, że zachowaliśmy się jak banda łobuzów i okazaliśmy nieposłuszeństwo wodzowi. Nie dlatego, że przechytrzyliśmy Jimmy’ego. Nie dlatego, że wywołałem nawałnicę z oka Nonotongere. (Prawdziwą burzę! Sprowadziłem deszcz! Proszę mi nie zaprzeczać!) Nie dlatego, że po raz pierwszy od tygodni wyswobodziłem się z zabójczych objęć upału i otulającej mnie jak mgła bezczynności, że mogłem znów biegać, oddychać, poczuć się na powrót we własnej skórze. Dlatego, że w tamtej chwili pozwoliłem sobie pofantazjować: że imperium nie wykradło całej manaz Nowej Georgii, że magia może powstrzymać niszczycielskie maszyny na kilka godzin albo dni, niechby i na kilka sekund. Ciężarówki utknęły. Zrywkarze i kierowcy skryli się pod dachem, palili papierosy i snuli plany, żeby powiosłować do domu. Foo marzył o Teneryfie. Wódz Mbarejo brodził w kółko w błocie, klnąc na czym świat stoi. A ja miałem glinę między palcami u stóp.

Jeśli zamówiłeś burzę, twój zew został wzmocniony ideą mocy kamienia, boga lub ducha, po czym burza istotnie na ciebie spadła, powinieneś uczcić tę chwilę ufnością i nie rzucać jej w otchłań sceptycyzmu. Oczywiście, lepiej ją owinąć w prawdę mityczną, niż próbować objaśnić. Nonotongere sprowadził z nieba nawałnicę. Niech to będzie moja opowieść. Przyjemnie w nią wierzyć, dużo przyjemniej niż w utyskiwania Johna, który się skarżył, że nad Nową Georgią deszcz leje dzień w dzień.”

 Czasami irytuje mnie fakt, iż nadal są istoty, które za cel swojego życia obrały sobie „nawracanie” na tzw. właściwą wiarę. Historia nie raz już udowodniła jak zgubne bywa przywlekanie świata „białych” – religii, zwyczajów nie wspominając o chorobach, które również były niezwykle skuteczna bronią w walce o bogactwa. Czasami chciałabym, aby zwrócono światu Aborygenów, Indian czy plemiona zamieszkujące na kontynencie, który tak łatwo i krzywdząco wrzucamy do zbiorczego worka z napisem  Afryka. Czasu jak na razie nie potrafimy cofnąć, żyjemy w tzw. cywilizowanym świecie, który coraz częściej ma w sobie więcej prymitywizmu niż ten, który niegdyś zwaliśmy barbarzyńskim.

„Nabożeństwo w szopie krytej blaszanym dachem prowadził miejscowy rektor – człowiek miły, aczkolwiek niemiłosiernie gadatliwy. Rozłożyliśmy się na matach z trawy, tymczasem ojciec Saul ględził bite trzy godziny, przedstawiając cud chodzenia po wodzie w wersji rozszerzonej. Rektor bił się w owłosioną pierś, dzielił się swoimi przemyśleniami na temat Słowa Bożego, zanosił modły, które rozbrzmiewały ongiś przez cały dzień przed tysiącami ołtarzy dawnego imperium. Modliłem się ze wszystkimi – „Albowiem Twoje jest Królestwo, i moc, i chwała na wieki wieków” – i zanim zdążyłem się zorientować, pokornie przyjąłem krew i ciało Chrystusa z rąk rektora. Spojrzałem w górę i dostrzegłem wyraz niepomiernego zatroskania na jego skurczonej twarzy. Domyślił się, że jestem niewierzący.

Zwiałem zaraz po nabożeństwie, zanim zdążył o cokolwiek mnie spytać. Poszedłem w stronę plaży, byle dalej od wioski, tak rozdrażniony, że nie czułem zmęczenia. Nad wierzchołkami kłębiły się chmury. Chłopcy maszerowali za mną w śnieżnobiałych, niedzielnych ubrankach i z Biblią w dłoni. Nie było ucieczki od reguł żywota chrześcijańskiego, o których z takim entuzjazmem pisał Henry Montgomery. Weźmy na przykład wzgórze nad wioską przypominające kształtem pełznącą żmiję. W Czasach Ciemnoty mieszkał tam zły duch pod postacią węża. Już nie mieszka. Anglikanie zawłaszczyli wzgórze, wyegzorcyzmowali ducha i zbudowali na grzbiecie rezydencję biskupa. Przebili głowę węża długim białym krzyżem i tajemnica znikła na zawsze.

Sekretarz biskupa przydybał mnie na skraju wioski.

– Yu go wea? – wrzasnął z ciężarówki.

– Dokądkolwiek – warknąłem.

Uparł się, że poprowadzi mnie kucharka ze schroniska.

To dobra chrześcijańska dziewczyna, zapewnił. Świetnie. Ruszyłem wzdłuż szerokiego zakola laguny, ścigając po drodze orzechy kokosowe wyrzucane na brzeg przez łamiące się fale. Dziewczyna szła za mną krok w krok. Miałem obezwładniające wrażenie, że chce ze mną porozmawiać o nabożeństwie prowadzonym przez rektora. Próbowałem nie zwracać na nią uwagi. Gapiłem się na otwarte morze, w pieniste grzywy na grzbietach fal ścierających się w płytkiej zatoce, w którą na horyzoncie wcinała się Mota – jak chiński kapelusz słomkowy.

Zacząłem gardzić moim pradziadem. Był to ten rodzaj pogardy, która udziela się większości podróżników z Zachodu, kiedy zdadzą sobie sprawę, że misjonarze trafili do raju i przeistoczyli go na długo przed tym, nim turyści wzięli się do pakowania plecaków. Przypomina rozdrażnienie, jakie odczuwamy na widok restauracji McDonalda wśród palm. Melanezja nie miała wyglądać znajomo, miała być egzotyczna i prymitywna. Miała być inna.

Nie mogłem się z tym uporać, choć przecież wiedziałem, że idea tropikalnego raju jest czystym wymysłem. Wziąłem ze sobą egzemplarz książki Edwarda SaidaOrientalizm – jako przestrogę przed pokusą myślenia romantycznego. Said przekonuje, że Orient nigdy nie istniał w rzeczywistości. Był mrzonką, zbiorem egzotycznych miejsc zaludnionych przez przedstawicieli ras malowniczych, ale niższych, konstrukcją stworzoną, by usprawiedliwić kolonialne zapędy Anglii na Wschodzie. Teoria Saida pasuje jak ulał do Misji Melanezyjskiej: Henry Montgomery nie krył się ze swą ojcowską pobłażliwością dla porywczych i dziecinnych „małych Melanezyjczyków”. Tylu ciemnoskórych wymagało poprawy. Podobno dzisiejsi podróżnicy są inni. Zarzekamy się, że nie chcemy nic zmieniać w tym raju. Zastana wersja często nam jednak nie odpowiada.

Amerykański pisarz Paul Theroux dał wyraz swojemu niezadowoleniu w książceThe Happy Isles of Oceania (Szczęśliwe wyspy Oceanii), opisując swe podróże po Południowym Pacyfiku. Złościł się, że na każdej zamieszkanej wyspie napotyka kościoły, dostawał szału na sam dźwięk dzwonów, który mu uświadamiał, że niedziela jest tu dniem świętszym niż w jego rodzinnych stronach w Nowej Anglii. Uciekał na coraz bardziej oddalone od cywilizacji wybrzeża, tymczasem okazało się, że jedynymi miejscami, które pozostały wolne od wpływów kultury zachodniej, są bezludne wyspy.

Wiem już, jak się czuł Theroux. Przeczytałem Wyspę skarbów. Studiowałem zapiski awanturników pokroju Petera Dillona – Irlandczyka, który rzekomo przepędził armię kanibali ze szczytu Fidżi, podczas gdy tubylcy w dolinie gotowali piersi i udka jego towarzyszy. Oglądałem Bunt na Bounty z Melem Gibsonem, na którego rzuciła urok pewna piękność z Oceanii. Gapiłem się z otwartą gębą na zdjęcia tubylców z Wysp Trobriandzkich wykonane przez Bronisława Malinowskiego, który nie zdawał sobie sprawy, że misjonarze dotarli tam kilkadziesiąt lat przed nim. Myślę, że mimo zapewnień pradziada o sukcesach jego misji, spodziewałem się czegoś bardziej autentycznego, dzikszego, podobniejszego do Południowego Pacyfiku z odkryć innych podróżników. Romantyczny poszukiwacz pierwotnej Oceanii jest z góry skazany na rozczarowanie. Potrząsający włóczniami łowcy głów, Piętaszkowie i dziewczęta z Bali Hai – o ile kiedykolwiek istnieli – odeszli dużo wcześniej, nim Robert Louis Stevenson i spółka zaczęli ich sposobić na użytek odbiorcy z Północy. Teraz tej pustki nie wypełni nawet możliwość robienia zdjęć w Domu Kanibali w Port Vila. Żadnej z wysp nie ominął wir kultur zapoczątkowany blisko dwieście lat temu.”