Linda Polman Karawana kryzysu Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej – zdjęcia bywają również nazywane, mniej przychylnie, pornografią katastroficzną

Linda Polmancover 9 Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016 – wydanie II.

Dowództwu RUF udało się w końcu przerwać ten zamknięty krąg i uratować kraj przed całkowitą katastrofą, wyjaśnia Lamin. Posługując się coraz większą przemocą, RUF zmuszał również rządową armię Sierra Leone do stosowania coraz większej przemocy.

– I jeszcze większej. I jeszcze większej. Dopiero wtedy gdy pojawili się amputees, zwróciliście uwagę na nasz los.

Konsekwencją były rokowania pokojowe w Lomé. Lamin stwierdza, że obietnica międzynarodowej społeczności, iż sfinansuje operację odbudowy, jeśli strony podpiszą porozumienie, była całkowicie zgodna z planami RUF. Jednak prezydent Pa Kabbah sprytnie rozegrał sukces RUF. Zasługę za „czynnik okaleczonych” zagarnął dla siebie, wścieka się Lamin. Kabbah przybył do Lomé z trzyletnią, uroczą dziewczynką na ręku, bez jednej rączki. „Odrąbali ją rebelianci z RUF” – powiedział Kabbah przed kamerami międzynarodowych mediów. I dodał, że to dla niej podpisuje owo porozumienie pokojowe. W ten sposób RUF został obarczony winą za amputacje, a przecież należało obdarzyć go zasłużonym uznaniem, ponieważ bronił kraju, okaleczając ludzi.

Bez tego czynnika, bez okaleczonych, nie przybylibyście tutaj” – o tym jest Lamin przekonany.

Książka opatrzona mądrym i wyważonym wstępem autorstwa Janiny Ochojskiej. Ważna książka, zwłaszcza dla czytelnika któremu obce jest wyobrażenie jak wiele szkód organizacje humanitarne wyrządzają w wielu krajach, doprowadzając do przedłużania wojen i mordów, bo tylko tak świat zwróci uwagę – ma być szokująco, medialnie to kasa się znajdzie.

Warto się kilka razy zastanowić zanim wspomożemy niektóre akcje, szlachetne cele – szlachetna paczka dla konkretnej osoby jak najbardziej. Jako dziecko byłam wolontariuszem w jednej organizacji i do dziś pamiętam głos starszej babuni kiedy wręczałam jej dary, a słowo wręczałam jest na wyrost – schorowana kobieta, nie wstająca niemal z łóżka dostała mrożonego kurczaka, mąkę, cukier i inne dobra, po czym usłyszałam – a co ja mam z tym zrobić? Ja nie dam rady tego użyć. Nie mam nawet zamrażalnika na tego kurczaka. Może to pani sobie zabrać zwróciła się do sąsiadki.

Mocny pierwszy rozdział książki wywarł na mnie piorunujące wrażenie, czytałam o Rwandzie ale nigdy o pomocy humanitarnej jakiej udzielono uciekającym ludziom z plemienia Hutu. Przemysł humanitarny nigdy mnie nie przekonywał, po przeczytaniu książki której autorem jest Joris Luyendijk „Szokujące fakty z życia reportera” zaczęłam jako zwykły szary konsument intensywniej zastanawiać się, jakie jest źródło informacji które czytam i czy reporter może rzeczywiście dotrzeć do miejsc, o których mówi i w dwie sekundy zebrać informacje, rzucając nazwiskami i datami po dniu od przyjazdu do hotelu. Z pomocą humanitarną jest dokładnie tak samo – nikt nie wjedzie tak sobie z toną makaronu na teren obcego kraju w środek konfliktu. Trzeba mieć pozwolenia i się układać co nieco.W książce „Głód”, autor Martín Caparrós utwierdził mnie w przekonaniach co do dwuznacznej roli (nie zawsze) organizacji humanitarnych, bo pomoc podobnie jak news – to dzisiaj biznes i albo jest na sprzedaż, albo rzetelna.

Linda Polman Karawana kryzysu Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej – ważna książka, istotna i szokująca, kiedy pomyślimy o celowym okaleczaniu ludzi w Sri Lance – nie powiem co mnie trafiało jak czytałam o tym, co musi się stać aby pomoc wymusić – trzeba zszokować.

Życie tętni tutaj o wiele bardziej niż w wioskach i miastach Rwandy – zauważyłam. Zatrzymaliśmy się przed chatką mieszczącą studio fotograficzne. Oglądaliśmy wiszące na ścianie portrety rodzinne i zdjęcia paszportowe. Atelier znajdowało się dokładnie naprzeciwko Hotel du Monde, gdzie mogli zatrzymać się na noc członkowie rodzin, przyjaciele i znajomi Hutu.

– Wszystko, co tu widać, Hutu zrabowali w Rwandzie. Dziwi cię więc, że tam nie pozostało nic do roboty? – mruknął mój kierowca.

Kiedy Hutu uciekali do Gomy, w wypełnionych samochodach i ciężarówkach, na wózkach, taczkach i na bagażnikach rowerów i motorowerów, zabrali ze sobą wszystko, co w ich ojczyźnie nie było przymocowane do gruntu. Najpierw zamordowali właścicieli, a potem przenieśli, co się dało, do obozów dla uchodźców. Płaty blachy falistej z rwandyjskich dachów, drzwi, meble, materace, muszle toaletowe i umywalki. Za uciekinierami maszerowały skradzione krowy i kozy.

– Wielu Hutu w pierwszych tygodniach wielokrotnie wracało do Rwandy, żeby zagrabić jeszcze więcej – oznajmił policjant.

Tego dnia w Mugundze odbywały się końcowe egzaminy z matematyki. Studenci siedzieli w rzędach na deskach ułożonych na czarnych blokach lawy i bez trudu obliczali różniczki. Ich nauczyciele, których część uciekła do Gomy z uniwersytetu w Rwandzie, zerkali znad czarnych rogowych oprawek okularów i pilnowali, żeby nikt nie ściągał: znali swoich podopiecznych.

Mój przewodnik także przyglądał się w zamyśleniu młodym osobom kreślącym i wycierającym gumką swoje dokonania.

– Przytaszczyli tutaj z Rwandy prawie kompletną bibliotekę uniwersytecką – powiedział w końcu. – To dobrze dla dziewcząt i chłopców, których tu widzimy. Kontynuują po prostu swoją edukację. Ale w Rwandzie dzieci Tutsich, które ocalały z pogromu, nie mają już ani podręczników, ani nauczycieli, bo jeśli nauczyciele byli Tutsi, to zostali zamordowani, a jeśli byli Hutu, to znajdują się tutaj. Kiedy patrzę na tę młodzież zdającą egzamin, zadaję sobie ponownie pytanie, na czym właściwie polega nasza pomoc humanitarna.

Zamilkł na chwilę, a potem głęboko westchnął.

– Chodźmy napić się piwa.

– Dopóki nie wrócimy do Rwandy, karaluchy mogą sobie rządzić cmentarzem! – wykrzyknął w stronę filmującego dziennikarza agencji Reutera pewien Hutu wędrujący w strumieniu ludzi płynącym do Gomy. Dźwigał na głowie starą lodówkę, zrabowaną z domu wymordowanej rodziny Tutsich. Hutu opuszczający Rwandę nie uciekali, lecz przeprowadzali taktyczny manewr wycofania. Udawali się do Gomy nie dlatego, że zostali pokonani, ale po to, by uniknąć klęski. Czuli się bezpieczni w obozach dla uchodźców, które im zbudowano, nie zagrażało im tam wojsko Tutsich, ponieważ nie ścigało ich poza granicami Rwandy. „Karaluchy” mogą sobie rządzić splądrowaną do szczętu i pokrytą rozkładającymi się ciałami Rwandą do czasu, gdy Hutu wywalczą sobie prawo do powrotu. Na tym polegał ich plan.

Razem z ludnością Hutu przeniósł się do Gomy cały ekstremistyczny rząd Hutu. Premier i ministrowie wprowadzili się do hoteli turystycznych położonych poza miasteczkiem, na brzegu jeziora Kivu, i dalej rządzili spod rozłożonych wzdłuż basenów parasoli z logo Heinekena. Nie musieli ograniczać wydatków rządowych. Na początku ludobójstwa wszystkie pieniądze Tutsich zgromadzone na kontach zostały zamrożone przez Rwandyjski Bank Narodowy. Ekstremistyczni przywódcy Hutu zabrali ten kapitał w brzęczącej monecie. Zabrali także wszystkie autobusy państwowego przedsiębiorstwa rwandyjskiej komunikacji publicznej: od tej pory kursowały tam i z powrotem między obozami, przy czym pasażerowie musieli płacić za bilety. Hutu zagarnęli również i przewieźli ze sobą państwowe zasoby kawy oraz rezerwy paliwa należące do państwowego przedsiębiorstwa naftowego Petro-Rwanda.

Dziennikarz Richard Dowden tak opisywał swój pobyt w Gomie, dokąd trafił w 1994 roku: „Usiłowałem wyobrazić sobie, jak wyczerpany uchodźca wchodzi chwiejnym krokiem do Gomy, zostaje osaczony demonstracyjnym marketingiem i myśli: «Pójdę sobie na śniadanie do CARE. Potem zjem lunch w World Vision. Następnie wpadnę do Czerwonego Krzyża po trochę leków, a potem udam się do UNHCR po plastikową płachtę»”. Dowden czuł się w tej przestrzeni humanitarnej jak w „supermarkecie pomocy”.

Wycieczki dziennikarzy udają się do przytłaczająco beznadziejnych obszarów powojennych. Wybrane dekoracje mówią same za siebie: sierocińce dla sierot wojennych, projekty pomocy dla osób z amputowanymi kończynami oraz punkty żywienia wygłodzonej ludności. W reportażach nie pojawia się żaden „normalny” człowiek, chyba że jest to biały pracownik organizacji humanitarnej. W tych historiach Afrykanie nieodmiennie poruszają się po przepełnionych obozach dla uchodźców prawie nadzy. Nie robią nic oprócz czekania na pomoc z Zachodu. Dzieci mają muchy w oczach i opuchnięte brzuszki, a piersi matek przypominają wymoczone torebki z herbatą. Ofiary są uniwersalne i pozbawione wszystkiego, co wystraszyłoby ofiarodawców, na przykład przekonań politycznych lub niewygodnej przeszłości. Ewidentnie good guys. „Kobiety i dzieci”, „starcy i niemowlęta”, „bezwolna ludność cywilna” robią w tych opowieściach to, czego człowiek spodziewa się po ofiarach. Cierpią i już.

Aby zapobiec pojawieniu się u ofiarodawców syndromu już-to-widziałem, pracownicy organizacji humanitarnych i dziennikarze często malują daną tragedię w maksymalnie ponurych barwach. Za każdym razem czytelnicy mają do czynienia z kolejnym „największym kryzysem humanitarnym w historii współczesnej”. Tymczasem coraz dramatyczniejszy sposób przedstawiania ludzkiego cierpienia sprawia, że zaczyna ono podlegać inflacji. CNN, które chciało zatrzymać zmieniających kanały widzów przy sobie, wymyśliło nawet bardziej przerażające określenie dla „ludobójstwa”. Reporter stacji mówił o deadly genocide of 1994.

Reklamy