Jean Hatzfeld „Sezon maczet” – „Mimo straszliwej pracy podczas rzezi i ciężkiego życia w więzieniu w naszej grupie panuje dobra atmosfera.”

cover 8Jean Hatzfeld Sezon maczet” Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Kolejnym reportażem, który ostatnio zakupiłam z Wydawnictwa Czarnego jest Karawana kryzysu Lindy Polman, w końcu doczekałam się go w wersji elektronicznej, jeśli ktoś jest zainteresowany ludobójstwem w Rwandzie i Rwandą, powinien przeczytać pierwszy rozdział tego reportażu, łatwiej będzie zrozumieć słowa ocalonych z bagien, którzy pozostali zapomniani, bo świat myślał o biednych Hutu, którzy z dobytkiem sąsiadów Tutsi zmierzali do obozów. I znowu media, które nie zawsze skrupulatnie sprawdzą podawane przez siebie informacje przyczyniły się do dbania o „2000” kalorii dziennie dla biednych morderców.

Mając wybrać jedną z książek Jeana Hatzfelda spośród czterech przeczytanych o Rwandzie tego autora, poleciłabym Strategię antylop, jednak każdy z reportaży wnosi coś nowego do tematu, autor rozpatruje temat ludobójstwa w każdej z nich z innej perspektywy. Chciałabym zaznaczyć, że część z ocalonych osób, które zdecydowały się rozmawiać z autorem w poprzedniej książce zostały zacytowane w Sezonie maczet. Na wiele pytań autor nie znajduje odpowiedzi, zmowa milczenia wśród oprawców i umniejszanie swej roli w ludobójstwie była normą. Mnie przerażał fakt, że mordercy uważali, że właściwie nic się nie stało i że nie żałowali tego, co zrobili, a mordowanie nazywali PRACĄ, zastanawiam się jakim słowem posługiwali się Hutu w swoim ojczystym języku. 

Udział kobiet w ludobójstwie oraz dzieci, które przyuczano do „pracy” był dla mnie nowością, podobnie jak sprawa wyrzutów sumienia i oczekiwanie za słowo „przepraszam” przebaczenia czy poczucie bezkarności. Jest wiele momentów w książce, w które ciężko uwierzyć, zrozumieć, zwłaszcza oprawców, którzy z dnia na dzień (wiele jest dowodów na w pełni zaplanowane ludobójstwo) wymordowali (gdyby tylko zabijali, kaleczyli dla zabawy, dzieci, kobiety, starców) swych sąsiadów  – Po ludobójstwie wielu cudzoziemców stawiało sobie pytanie, w jaki sposób zabójcy, tak liczni, rozpoznawali ofiary w zamęcie masakr, skoro Rwandyjczycy z obu grup etnicznych mówią tym samym językiem bez żadnych lokalnych odmian, zamieszkują te same okolice, a różnice fizyczne, choć czasem dostrzegalne, są bardzo nieznaczne.

Odpowiedź jest prosta: zabójcy nie musieli rozpoznawać ofiar, ponieważ je znali.

Państwo również się nie popisało, krótkie wyroki i zero refleksji, a czytając o tym co obecnie dzieje się w Rwandzie trudno być optymistą. Autor stara się znaleźć porównania do Holocaustu, a także do Srebrenicy. 

Jean Hatzfeld tak wyjaśnia napisanie książki Sezon maczet:

Przez cały ten okres spotkań z ocalałymi nie kontaktowałem się z „tamtymi”, z zabójcami. Nawet nie przyszło mi to na myśl. Byli mi obojętni. Nigdy nie zamierzałem kontynuować tego doświadczenia z nimi, a zwłaszcza zestawiać z sobą opowieści jednych i drugich. Byłoby to niemoralne, nie do zniesienia dla ocalałych, z pewnością także dla czytelników; w dodatku nieinteresujące. Tu i ówdzie na wzgórzach spotykałem ludzi podejrzewanych o udział w rzeziach i widziałem ich wielu w 1994 roku. To wystarczyło, bym mógł ich sobie wyobrazić. Chęć, by udać się do więzienia, pojawiła się dopiero pod koniec rozmów z ocalałymi. Była to ciekawość dwuznaczna, wiążąca się z pewnymi opisami, szczegółami i szeregiem sprzeczności. Stąd po wielu niepowodzeniach, nieudanych spotkaniach i jałowych dyskusjach dojrzała we mnie myśl, by zwrócić się nie do jednostek, lecz do grupy osób, które dzięki przyjaźni i poczuciu wspólnoty będą się czuły mniej narażone na niebezpieczeństwo prawdy. Do kumpli, których uspokaja grupowa więź, zrodzona przed ludobójstwem – kiedy pomagali sobie nawzajem na polach, opróżniali butelki urwagwy w kabarecie – i wzmocniona w zamęcie masakr na bagnach, a później w więzieniu. *Mój wybór pada na tych dziesięciu kumpli z Kibungo z bardzo prostych powodów. Tworzą paczkę banalną i nieformalną zarazem, jakich wiele można spotkać na wsi. Nieopartą na jakichś szczególnych związkach, jakie mogłyby istnieć między członkami stowarzyszenia religijnego, klubu sportowego, zorganizowanej milicji. Łączą ich bliskość parcel, wyprawy do kabaretu, podobna sytuacja życiowa i wspólne troski. Mieszkają na tych samych wzgórzach co większość ocalałych występujących w Nagości życia. Brali udział w rzeziach na bagnach Nyamwiza, gdzie uciekinierzy kryli się pod liśćmi zanurzeni po szyję w mule. Są rolnikami, tylko jeden z nich jest urzędnikiem, inny nauczycielem; tylko trzech należało do oddziałów interahamwe lub grup paramilitarnych. Oprócz Élego żaden nie nosił wojskowego czy policyjnego munduru. Żaden nigdy nie miał zatargów z sąsiadami Tutsi o ziemie, zbiory, szkody, cudzołóstwo.


Przede wszystkim żałują własnych strat i skarżą się na swoje ciężkie doświadczenia. Fulgence mówi któregoś dnia: „Dostrzegliśmy pierwsze przykre konsekwencje masakr, zmierzając do Konga, gdy burczało nam w wygłodniałych brzuchach, a za plecami słyszeliśmy straszliwe pogróżki” Naturalność, z którą obnażają przed nami swe cierpienia, jest zdumiewająca.


Innocent, który spotyka ich w zakładzie karnym sześć lat po wydarzeniach w Kibungo, ujmuje to tak: „Myślałem, że będą zgorzkniali, wynędzniali, zdziczali, i ze zdziwieniem widzę, że są czasami uśmiechnięci i pełni entuzjazmu. Wyglądają bardziej na pensjonariuszy niż więźniów, a w dodatku mówią o ludobójstwie jak o jakimś bardzo odległym barbarzyńskim akcie, który wykonywali po prostu na zlecenie władz”. Jeszcze jedna oznaka: mówią głosem spokojnym, tonem poufałym, który za każdym razem wskazuje na ich zadziwiającą bezduszność.

(…)Gdybym miał jednak wskazać najbardziej niezwykły rys ich osobowości, ujawniony podczas wywiadów, nie skupiałbym się na ich spokoju ducha ani rozluźnieniu, tylko na ich egocentryzmie. Jest prawie tak samo silny u wszystkich i chwilami wręcz nieprawdopodobny. W istocie rzeczy, kiedy opowiadają o ludobójstwie, nie opisują zdarzenia, w którym brali aktywny udział, lecz sytuują siebie w centrum wydarzenia, wokół którego krążyli inni ludzie, ofiary, ocalali, radcy gminy, księża, interahamwe, biali i tak dalej.

Paradoks polega na tym, że z jednej strony pomniejszają swój udział i zrzucają odpowiedzialność na innych, administrację,interahamwe, w domyśle także muzungu i Tutsi, z drugiej zaś – widzą tylko siebie w całej tej historii, zarówno wczoraj, jak i dziś.


Élie Mizinge wyjaśnia: „Sądzę, że idea ludobójstwa kiełkowała już w 1959 roku, gdy zaczęliśmy zabijać wielu Tutsi, nie ponosząc kary, i nigdy potem nie pogrzebaliśmy tej idei zbyt głęboko. Inspiratorzy i chłopi pracujący motyką porozumieli się między sobą.

My mówiliśmy, że Tutsi stali się zbędni, ale nie przejmowaliśmy się tym ponad miarę. Rozmawialiśmy o tym, zapominaliśmy, czekali. Nikomu nie działa się krzywda za zabójstwo. Tak jak w pracach na roli, czekaliśmy na dobry sezon. Śmierć naszego prezydenta była sygnałem do wielkiego chaosu. Ale tak jak w przypadku zbiorów, ziarno zasiano wcześniej”.


W więzieniu wielu czeka na zmianę sytuacji, by zacząć wszystko od nowa. Obecnie czują się zbyt przegrani, by okazywać żal. Mówią, że zbyt wiele stracili i to nie ma znaczenia. Że zbyt długo szli w jednym kierunku z maczetami w dłoniach, by wracać tam, gdzie nie czeka ich nic dobrego. Mówią, że wspominanie przynosi same strapienia.

Myślą, że wygrają tylko wtedy, gdy następnym razem wszystko im się uda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s