Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz. – Jako ocalały nie lubię, by mi przypominano, kim kiedyś byłem.

cover 7Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz, przełożył Jacek Giszczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

Krótka, trochę melancholijna książka, jako uzupełnienie czy dodatek do pozostałych książek na temat ludobójstwa w Rwandzie autorstwa Jeana Hatzfelda.

To już czwarta z kolei książka o ludobójstwie w Rwandzie, której autorem jest Jean Hatzfeld, dla mnie trzecia. Tym razem w dwadzieścia lat po niewyobrażalnej rzezi autor wraca na ulice Nyamaty, by porozmawiać z Englebertem z rwandyjskich wzgórz.

 Nazywam się Englebert Munyambonwa, syn Simona Ntagary i Félicité Nyiramugwery. Mam sześćdziesiąt sześć lat, ale wciąż sporo wigoru. Ludzie z mojego pokolenia umierają albo się starzeją, a czy ja choruję? Czy jestem słaby? Nigdy nie leżę długo w łóżku. Mogę pić od rana do wieczora, ale zawsze to ja najlepiej się trzymam.

Mój pradziadek był mwami. Tak, tak, królem Tutsi. Oczywiście, że jestem tego pewien, mogę wymienić moich przodków do szóstego pokolenia wstecz. Mój dziadek wyjaśniał mi to szczegółowo. Ojciec opowiadał nam o tym wieczorami. Był z tego bardzo dumny. Kazał narysować nasze drzewo genealogiczne.


Jako ocalały nie lubię, by mi przypominano, kim kiedyś byłem.


Gdy byłem dzieckiem, czerpałem wodę, zbierałem chrust, to nie było aż tak uciążliwe. Bardzo lubiłem babcię. Zawsze coś mi opowiadała. Dobrześmy się rozumieli. Kiedy chodziłem do koledżu, nadal wracałem do niej na wakacje. Wrzucała dla mnie słodkie bataty do żaru, bo wiedziała, że bardzo je lubię. Mogę powiedzieć, że zawsze była ze mnie zadowolona, bo byłem najlepszym uczniem. Rodzice też zachęcali mnie do nauki. Kiedy dawali mi wolny czas, cieszyłem się, bawiłem się z innymi dziećmi, tak jak się bawią wszystkie dzieci. Szczerze uśmiechaliśmy się do siebie. Budzę się zadowolony, bo mogłem porozmawiać z bliskimi krewnymi, nie zapominam niczego z tych snów. Wzmacniają mnie i przynoszą ulgę.

Czasami rzezie powracają w koszmarach. Jestem w zaroślach wraz z innymi uciekinierami, słyszę wrzaski interahamwe. Siedzę w kucki pod papirusami, biegnę przez zarośla. Boję się maczet. Z powodu biegunki ledwie chodzę, nie mogę iść tak szybko, jak chcę, otacza mnie grupa zabójców. Już ze mną koniec.

To okropne, ale zwykle budzę się cały. Wymknąłem się tej grupie, chociaż nie wiem jak. W każdym razie dziwię się, że tu jestem. W gruncie rzeczy mogę stwierdzić, że wciąż jestem zdziwiony, że nie poległem jak wielu moich towarzyszy, którzy byli silniejsi, podczas gdy ja czułem się schorowany. W ciągu dnia jestem spokojny. To nie prześladuje mnie już tak jak kiedyś.