Jonas Jonasson „Analfabetka, która potrafiła liczyć „

Cieszę cover (74)się, że jako pierwszą z książek Jonasa Jonssona przeczytałam „Stulatka…” bo jestem pewna, że gdyby było na odwrót nie sięgnęłabym po „Analfabetkę…”. Porównując obie książki, to zdecydowanie „Stulatek” jest ciekawszy, bardziej wciągający.

Początek był dobry, a potem spadek formy, choć czas jaki poświęciłam książce nie uważam za stracony, słabsza i tyle i przyznam, była nudnawa, ale idealnie lekka i wypełniła mi czas, jednak zdecydowanie polecam debiut autora „Stulatek…”

„Nowo mianowana kierowniczka oczyszczalni latryn sektora B w Soweto nigdy nie chodziła do szkoły. Jej mama miała inne priorytety. No i dziewczynka przyszła na świat akurat w Republice Południowej Afryki. Do tego na początku lat sześćdziesiątych, kiedy akurat rząd uznał, że dzieci pokroju Nombeko się nie liczą. Ówczesny premier zasłynął retorycznym pytaniem, po co czarni mają uczęszczać do szkół, skoro i tak nadają się tylko do noszenia drewna albo wody.
Ale mylił się – Nombeko nosiła kupy, a nie drewno czy wodę. Jednak nie istniały żadne powody, by sądzić, że to cherlawe dziewczę, gdy dorośnie, będzie się zadawać z królami i prezydentami. Albo siać postrach wśród narodów. Czy też mieć wpływ na losy świata.
Gdyby nie była tym, kim była.
Na przykład pracowitym dzieckiem. Już jako pięciolatka dźwigała duże jak ona sama beczki na nieczystości. Na ich opróżnianiu zarabiała dokładnie tyle, żeby na prośbę matki móc codziennie kupić flaszkę rozcieńczalnika. Matka mówiła: „Dzięki, kochaneczko”, odkręcała flaszkę i zaczynała uśmierzać odwieczny ból wywołany przez świadomość, że ani sobie, ani dziecku nie potrafi zapewnić przyszłości. Tatuś Nombeko nie przebywał długo w pobliżu swojej córki i oddalił się już dwadzieścia minut po zapłodnieniu jej matki.
Nombeko rosła i opróżniała coraz więcej latryn. Pieniędzy starczało już nie tylko na rozcieńczalnik, ale też na pigułki i alkohol. Dziewczynka, widząc, że tak dalej być nie może, powiedziała matce, że albo z tym skończy, albo umrze.
Mama pokiwała głową ze zrozumieniem.
Na pogrzebie było tłoczno. W Soweto nie brakowało ludzi, którzy zajmowali się głównie dwiema sprawami: powolnym wykańczaniem się i uczestniczeniem w ostatnim pożegnaniu tych, którym się to udało. Mama zmarła, kiedy Nombeko miała dziesięć lat, a ojciec, jak wiadomo, był nieosiągalny. Dziewczynka rozważała, czy nie pójść w ślady matki i nie stworzyć sobie chemicznej ochrony przed rzeczywistością. Ale kiedy przyszła pierwsza wypłata po śmierci mamy, postanowiła, że jednak kupi coś do jedzenia. A jak już zaspokoiła głód, rozejrzała się i zapytała samą siebie:
– Co ja tutaj robię?
Zdawała sobie jednak sprawę, że na razie nie ma wyboru. Południowoafrykański rynek pracy nie upominał się w pierwszej kolejności o dziesięcioletnie analfabetki. W drugiej zresztą też nie. W tej części Soweto nie istniał zresztą żaden rynek pracy, a zdolnych do jej wykonywania było jak na lekarstwo. Ale nawet najnędzniejsze ludzkie okazy na tym padole muszą się wypróżniać. To z kolei stwarzało Nombeko okazję do zarobkowania. A skoro mama była już martwa, Nombeko miała całą pensję dla siebie.
Dla zabicia czasu podczas pracy zaczęła liczyć beczki, a miała wtedy jakieś pięć lat.
– Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć…
Z czasem komplikowała zadania, aby wciąż były dla niej wyzwaniem:
– Piętnaście beczek razy trzy nawrotki razy siedmiu tragarzy plus jeden, który siedzi i nic nie robi, bo jest zbyt pijany… równa się… trzysta piętnaście.
Matka Nombeko widziała niewiele poza flaszką rozcieńczalnika, dostrzegła jednak, że córka potrafi dodawać i odejmować. Dlatego jakoś na rok przed śmiercią zaczęła korzystać z jej pomocy, kiedy trzeba było porozdzielać między budy pochodzące z paczek pigułki w różnych kolorach i o różnej mocy. Butelka rozcieńczalnika to butelka rozcieńczalnika. Ale żeby pięćdziesięcio-, stu-, dwustupięćdziesięcio- i pięćsetmiligramowe tabletki zagospodarować wedle życzenia i finansowych możliwości odbiorców, trzeba się już znać na arytmetyce. No a dziesięciolatka się znała. I to całkiem nieźle.
Kiedyś na przykład była akurat w pobliżu swojego szefa, gdy ten zmagał się z comiesięcznym raportem.
– Dziewięćdziesiąt pięć razy dziewięćdziesiąt dwa równa się… – mruczał pod nosem. – Gdzie się podział kalkulator?
– Osiem tysięcy siedemset czterdzieści – powiedziała Nombeko.
– Pomóż mi lepiej znaleźć kalkulator, mała.
– Osiem tysięcy siedemset czterdzieści – powtórzyła Nombeko.
– Co takiego?
– Dziewięćdziesiąt pięć razy dziewięćdziesiąt dwa to osiem tysięcy siedemset czter…
– A skąd to niby wiesz?
– No, tak sobie myślę, że dziewięćdziesiąt pięć to sto minus pięć, dziewięćdziesiąt dwa to sto minus osiem, jeśli pan to odwróci i odejmie, to obie dadzą osiemdziesiąt siedem. A pięć razy osiem równa się czterdzieści. Osiemdziesiąt siedem czterdzieści. Osiem tysięcy siedemset czterdzieści.
– Ale dlaczego rozumujesz w ten sposób? – zapytał zdumiony szef.
– Bo ja wiem – odparła Nombeko. – Możemy wrócić do pracy?
Tego dnia awansowała na asystentkę szefa.”

Reklamy