V.S. Naipaul „Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności.”

cover (67)V.S. Naipaul „Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności.”, Wydawnictwo Czarne, przekład z języka angielskiego Agnieszka Nowakowska.

Afryka i jej wierzenia, to temat rzeka. Jak wyglądały przed najazdem europejskich barbarzyńców, pozostanie po wsze czasy tajemnicą. Wierzenia te od lat skażone odmienną wizją świata białego człowieka i jego zachłanną potrzebą narzucania swoich wartości oraz obyczajowości, sprawiły że dzisiejsza Afryka, a zwłaszcza jej wierzenia są trudnym do zbadania zjawiskiem. Ponieważ źródła pisane zazwyczaj nie istnieją w religiach afrykańskich, nie oczekiwałam panteonu bóstw wyłonionego z buszu, to nie mitologia grecka, to odmienny świat wierzeń, w którym musiało znaleźć się miejsce dla tego co stare i nowe, lokalne i importowane.

Opis wydawnictwa: „Maska Afryki to kolejny reportaż słynnego podróżnika i pisarza, którego fascynują pogranicza kultur i odchodzący w zapomnienie świat dawnych wierzeń. Podróżując przez Ugandę, Ghanę, Nigerię, Wybrzeże Kości Słoniowej i w końcu RPA, rozmawia z dyplomatami i członkami rodzin królewskich, politykami i naukowcami, biznesmenami i szamanami, chrześcijanami, muzułmanami i wyznawcami tradycyjnych lokalnych kultów. Oddaje głos swoim rozmówcom i pozwala im wprowadzić czytelnika w świat magii, wróżb i czarów.”

Fragment :

„Adesina z babalawo ustalali teraz należność za poradę. Babalawo chciał bardzo dużo: pięćset funtów, tysiąc dolarów. Adesina, nawykły do tego rodzaju ekstrawagancji, zachował spokój i zaczął zbijać cenę. W końcu stanęło na znacznie mniejszej sumie.
Teraz przyszła kolej na mnie, żebym zadał pytanie.
Miałem je przygotowane.
– Czy moja córka wyjdzie za mąż? – spytałem.
Babalawo był tym pytaniem zbulwersowany.
– Myślałem, że takie problemy mają tylko czarni – po­wiedział.
Ale był gotów na nie odpowiedzieć. Uniósł brudny zeszyt i odsłonił przedmioty leżące pod spodem. Szesnaście muszelek kauri (domyśliłem się, skąd ta liczba: Adesina wspomniał o szesnastu orzechach, które służyły do stawiania wróżby); dwie maleńkie tykwy, związane kawałkiem sznurka, tykwy niewiele większe od kulek do gry; i malutką figurkę z metalu, podobną do figurki apostoła wieńczącej trzonek łyżeczki. Kauri musiały być często trzymane w dłoniach. Nieraz widziałem te muszelki i zawsze były szare, z brązowymi szczelinkami na środku, wyglądające jak przybrudzone, ale te, od trzymania w dłoni, wygładziły się i pięknie zbielały.
Podał mi je, mówiąc:
– Dmuchnij na nie, wypowiedz swoje imię i wyrzuć je na stół.
Tak zrobiłem. Uniósł malutkie tykiewki i wyszeptał jakieś zaklęcie. Po chwili tykiewki wprawiły się w ruch wahadłowy. To znaczyło, że nie. Gdyby zatrzymały się po jednym wahnięciu, znaczyłoby, że tak.
– Dziewczyna nie wyjdzie za mąż – orzekł babalawo. – Masz wielu wrogów. Żeby odwrócić ich czary, będziemy musieli odprawić rytuały. To będzie kosztować, ale dziewczyna wyjdzie za mąż.
Cały pokój ogarnęła gorączka. Adesina, jego brat, przewodnik: wszyscy jedli z ręki naszemu babalawo.
– Ależ to dobra wiadomość – powiedziałem. – Ja wcale nie chcę, żeby córka wyszła za mąż.
Babalawo spojrzał z oburzeniem. Uznał, że jak nic, stroję sobie z niego żarty. Jestem przekonany, że tylko rewerencja Adesiny i pozostałych ustrzegła nas od katastrofy.
– Co to jest? – zapytałem, wskazując na figurkę jak z trzonka łyżeczki.
– On wędruje po nocach – odparł, biorąc posążek do ręki. – Posyłam go do sanktuariów, skąd przynosi mi wieści.
Teraz poratowała mnie odrobinę straszliwa trwoga brata Adesiny i przewodnika, ubranych w kwieciste stroje, stosownie i po nigeryjsku.
– On pyta o stworzenie i o bogów – powiedział Adesina.
I znów ewidentna żarliwość Adesiny trochę ukoiła babalawo. Zajrzał do nas jeden z przyjaciół jasnowidza, najwyraźniej zaznajomiony z miejscem, i włączył wiatrak do kontaktu. O dziwo, wiatrak działał – rozkręcił się nad nami w poziomie.
Babalawo zaczął mówić o bogach. Niespiesznie. Ich dramaty prezentował z uczuciem i o początkach stworzenia opowiadał tak długo, że ogarnął mnie strach, czy przyjdzie nam siedzieć w tej dusznej celi całe popołudnie. Gdy zaczęło mnie kręcić w nosie, poczułem, co się święci. Babalawo od niechcenia chlapnął na ścianę płynem z podręcznej buteleczki, powiększając ogólny bałagan, i rzeczywiście – powiedział po chwili, że „karmi” jedną z wyroczni obecnych przy ścianie. Powiedział, że jedna z tych wyroczni była uśpiona i on dał jej pokarm. Żeby teraz wymówić imię kolejnego boga, będzie musiał najpierw spełnić libację dla wyroczni, która nie została nakarmiona. Żeby spełnić tę libację, trzeba mu będzie trunku, a miał na myśli trunek w dosłownym tego słowa znaczeniu: chodziło o mocny alkohol.
Adesina wysłał po alkohol przewodnika. Babalawo tymczasem ciągnął opowieści o bogach, przerywając co chwila, żeby Adesina tłumaczył jego słowa i je rozwijał.
Coraz bardziej traciłem nadzieję. Cela babalawo zaczęła przypominać dziuplę z Paniki w hotelu, w której bracia Marx przyjmowali bez końca nowych ludzi. W pewnej chwili wszedł młody człowiek w koszulce polo. Chciał z babalawo zamienić parę słów w cztery oczy. Babalawo jednak, jak ktoś, kto nie ma czasu dla w wsiowych próżniaków, wyprosił go bezceremonialnie. Młodzieniec wycofał się więc jak niepyszny, a babalawo kontynuował, gestykulując przy tym często kościstymi palcami, ważkie opowieści o bogach, ważniejsze dla niego w tej chwili od wszelkich głupstw, którymi zawracałby mu głowę młody człowiek w koszulce polo.
Babalawo przerwał, by powiedzieć:
– O ile się nie mylę, już wspomniałem, że nie wolno mi mówić o tym bogu, zanim mu nie spełnimy libacji. – I ponownie wskazał wyblakłe ślady cieczy na ścianie.
Na szczęście akurat wtedy wrócił przewodnik z kanciastą flaszką nigeryjskiego ginu. Babalawo zdążył już sobie łyknąć ze swojej butelki i teraz, w hołdzie bogu, wypiło całe towarzystwo.
Zadzwoniła komórka. Babalawo włączył tryb głośnomówią­cy. Było więc słychać, jak ten młody człowiek, który wpadł przed chwilą, przestrzega przed nami babalawo:
– Oni zrobią z tego, czego się dowiedzą, użytek i zarobią na tym mnóstwo pieniędzy. Nie wolno im wszystkiego zdradzać.
Babalawo zachował kamienny spokój. Gin na wszystkich działał kojąco.”