William Styron „Ciemność widoma” – esej o depresji – „…pa­ra­li­żu­ją­cy lęk i prze­ra­że­nie ni­czym ob­łok tok­sycz­nych opa­rów spo­wi­ja mój umysł i pcha mnie do łóż­ka”

cover (64)

William Styron „Ciemność widoma”, Wydawnictwo Świat Książki.

Wiliam Styron – amerykański pisarz urodzony w 1925 roku, laureat Nagrody Pulitzera. Jedną z najbardziej znanych jego powieści jest „Wybór Zofii” – jedyna książka pisarza, jaką dotąd czytałam. Jej ekranizacja z Meryl Streep w roli głównej, jest tak wybitna, jak książka.

I docieramy do eseju, no cóż…. Ameryki nie odkryto w nim, bo nie było zapewne takiego celu. Wiliam Styron starał się ubrać w słowa stan, w jakim znajduje się człowiek będący w matni. Esej wart poświęcenia uwagi, zwłaszcza dla bliskich, którzy czasami uważają dotkniętych depresją członków rodziny za ludzi słabych psychicznie, nieprzystosowanych do życia nieudaczników. Zapominając o procesach i zmianach jakie zachodzą w naszym mózgu pod wpływem określonych czynników, przecież nie od dziś wiadomo jak wiele chorób ujawnia się, bądź nasila pod wpływem stresu. Osoby, które w swoim otoczeniu zetknęły się z cierpiącym na depresję człowiekiem wiedzą, jak poważny bywa ten stan.

Nie jestem przekonana o konieczności afiszowania się z jakąkolwiek chorobą, która może pozostać w sferze prywatnej, zwłaszcza dla dobra chorego – nie uwierzę we współczucie postronnych osób, człowiek ma tendencję do odrzucania chorych, bo jeszcze przejdzie na mnie. Chcemy współczuć, ale i chcemy żyć bez świadomości, iż choroba czeka za rogiem. Z jednej strony każdy cierpiący człowiek powinien mieć prawo do pomocy, jednak z drugiej strony czy każdy cierpiący potrzebuje utożsamiania się z dolegliwością, jaka mu towarzyszy i klasyfikowania jej? Sam autor pisze, że szanse na zrozumienie tego stanu, są niezwykle trudne- „De­pre­sja jest za­bu­rze­niem afek­tyw­nym, tak ta­jem­ni­czo bo­le­snym oraz w tak nie­uchwyt­ny spo­sób ob­ja­wia­ją­cym się jaź­ni – in­te­lek­to­wi, któ­ry peł­ni funk­cję me­dia­to­ra – że opi­sa­nie jej sło­wa­mi gra­ni­czy z nie­moż­li­wo­ścią. Dla­te­go jest ona nie­mal cał­ko­wi­cie nie do po­ję­cia dla ko­goś, kto ni­g­dy sam nie do­świad­czył jej w eks­tre­mal­nym wy­mia­rze, mimo że przy­gnę­bie­nie czy pod­ły na­strój, w ja­kie cza­sem wpa­da­my i wią­że­my je z ogól­ny­mi kło­po­ta­mi ży­cia co­dzien­ne­go, są tak po­wszech­ne, że więk­szo­ści z nas dają nie­ja­kie wy­obra­że­nie o de­pre­sji w jej skraj­nej po­sta­ci. Ale w cza­sie, któ­ry tu opi­su­ję, moje pro­ble­my psy­chicz­ne wy­kra­cza­ły już znacz­nie poza sfe­rę zwy­kłych, do­brze mi zna­nych i da­ją­cych się kon­tro­lo­wać przej­ścio­wych chandr. „

Fragment eseju dotyczący terminu „depresja” lekko mówiąc zirytował mnie. Autor uważa iż słowo „depresja” jest za słabe dla tego stanu, w jakim znajduje się cierpiący na nią człowiek. No cóż … co mają powiedzieć „posiadacze raka”? zastanawiać się, czy oddaje w pełni ich stan? Trochę zabrakło w tej kwestii wyobraźni. Pytanie czy słowo za małe, czy zbyt często używane do określenia przygnębienia, które podobnie jak inne stany emocjonalne są naturalnymi dla naszego gatunku.

Czasami mam wrażenie, że ludzie (zwłaszcza Europejczycy i Amerykanie) mają tendencję do posiadania dla siebie określonej jednostki chorobowej. Jak u nas – nie masz numerka dolegliwości, refundowany lek nie należy się. Dążymy do poszukiwania łatek, które mogłyby nas wyrazić, określić nas jako wysportowanych, chorych, zdrowych, ciężko pracujących itd. Jakbyśmy już nie umieli żyć bez ramek. Godzinami potrafimy … o swoich dolegliwościach, jakby sfera prywatna już nie istniała, skoro gadanie daje ulgę, to może warto zrezygnować z leków.

Marazm, jaki dopada obecnie tak często ludzi, zwany czy nie depresją jest przygnębiający. Tylu smutnych ludzi można spotkać, przepracowanych, bogatych a wypalonych i nie mających ani siły ani ochoty aby coś zmienić w życiu. Jak zawsze pełno jest słownych biedactw, które nieraz powodują, że Ci prawdziwie cierpiący nie mają odwagi szukać pomocy, a społeczeństwo traktuje ich jako nadwrażliwców i proponuje „weź se chłopie znajdź robotę, to odechce ci się pierdoł jak się zmęczysz”. Jednak czasami tzw. dobra rada wpędza człowieka w większe przygnębienie, a bagatelizowanie jego stanu (fizycznego bądź psychicznego) przez innych kończy się nieraz tragicznie.

Jest jeszcze jedna istotna sprawa poruszona w eseju – samobójstwa, które podobnie, jak narodziny i towarzysząca im radość, oczekiwania, choroby wraz swym bólem stanowią cząstkę naszego życia. Ponosząc śmierć podczas ekstremalnej wyprawy jest się np.: szaleńcem, bohaterem, odważnym stworzeniem, nigdy tchórzem, ponosząc śmierć w wypadku naszą śmierć określa się jako tragiczną, a samobójca? Czy to tylko szaleniec, cierpiętnik, a może odważny człowiek, może to ten, który wiedział czego chce, podjął świadomą decyzję, a teraz nazywają go słabym, nadwrażliwym, bądź współczują – gdyby mnie to spotkało, nie wiem, czy postąpiłbym podobnie.

Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiem, dlaczego tak bardzo jako ludzie mamy potrzebę nazywania wszystkiego i oczekujemy zrozumienia naszych stanów od innych ludzi na poziomie, jaki sobie wyobrażamy za ten niemal całkowity (dokładnie wiem, co czujesz, czyżby?). Czy oby na pewno się rozumiemy? A musimy?

Zastanawia mnie, czy każdy” kontynent ma depresje”, czy tylko tzw. nowoczesne dorabiające się społeczeństwa, które jeszcze nie są na tyle bogate by ludzi stać na luksus jakim nazywa się życie?

Reklamy