Jonas Gardell „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek” tom II Choroba „Potem już nigdy więcej nie będzie się bał.”

cover (6)Jonas Gardell Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek, Wydawnictwo WAB, tom II, tłumaczenie Katarzyna Tubylewicz.

Świetna książka, napisana z niezwykłą wrażliwością.

Pierwszy tom trylogii Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek Jonasa Gardella wywarł na mnie ogromne wrażenie, drugi poruszył do głębi.

W II tomie zatytułowanym Choroba poznajemy dalsze losy głównych bohaterów i ich przyjaciół, zwłaszcza reakcje ich rodzin na tzw. „wyjście z szafy”.  Niezwykle rzadko zdarza mi się natknąć na tak dobrą książkę, która zapuściłaby tak głęboko korzenie w mojej pamięci. Świetna szata graficzna, niesamowity dobór czarno-białych zdjęć do okładek każdego z tomów, dają do myślenia.

Bohaterowie drugiego tomu Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek znani czytelnikowi z pierwszego tomu, zatytułowanego Miłość, zetkną się z okrutną i niesprawiedliwą stygmatyzacją. Przyklejono im łatkę wirusa HIV, starano się zepchnąć ich na margines społeczny, stworzyć kastę niedotykalnych, tylko dlatego, że umysły ogółu społeczeństwa posiadały granice, normy i wyobrażenia, które zdawały się być nieprzekraczalne i niereformowalne. 

Heteroseksualizm jest powszechny w tv, czasopismach czy reklamach, gdzie wspaniała tzw. tradycyjna rodzina je śniadanie reklamując płatki śniadaniowe, czy proszek do prania. Nikt nie pokazuje uśmiechniętej homoseksualnej rodziny w reklamie, tylko dlatego że wyobrażenia większości społeczeństwa wielu krajów nadal mają przewagę nad mniejszościami. Nadal nie ma miejsca na świat opisany przez Jonasa Gardella, walka jeszcze się nie skończyła. Czasami odnoszę wrażenie, że gatunek nasz sam rzuca sobie kłody pod nogi, tracąc energię na negatywne uczucia wobec członków społeczeństwa, którzy wedle mojego pojęcia tak zwyczajnie noszą inny krój ubrań.

W opisie z wydawnictwa przeczytamy, że jest to gejowskie „love story”, niestety trudno jest mi zestawić życie choćby jednego z bohaterów tej trylogii z tym skrótem myślowym. Zwłaszcza, że happy endu nie będzie.

Jonas Gradell w poruszający sposób sportretował rodziców Rasmusa, ich tragedią nie był syn homoseksualista, ale granice których nie mieli odwagi bądź chęci przekroczyć. Martwy syn zdaje się być lepszy od żywego homoseksualisty. 

Oczekiwania Haralda i Sary wobec syna w zderzeniu z rzeczywistością rozbijają się na niezliczoną liczbę kawałków, zbyt wiele aby mogli poskładać w jedną całość, nadającą się do zaakceptowania. Nie potrafią odnaleźć się w świecie swego ukochanego i jedynego dziecka, ranią go, sami czując się zranionymi, że nie mają przeciętnego syna, który kochałby zgodnie z ich wyobrażeniami. To tragedia dla obu stron. 

Któreś z nich musi coś powiedzieć, pokazać, że usłyszeli, co Rasmus powiedział. Stoją tu tak, jego rodzice, całkowicie porażeni.
W końcu odzywa się Sara.
Ledwie dosłyszalnie pyta:
– Ale czy nie moglibyśmy chociaż napić się najpierw kawy?
Potem siadają w kuchni.
Rasmus wychodzi do łazienki, pożycza sobie znoszony frotowy szlafrok Haralda, otula się nim.
Harald łapie się na tym, że kiedy widzi syna w swoim szlafroku, instynktownie się odsuwa.
Jest coś w tym ukrytym w szlafroku nagim ciele, co nagle wzbudza jego niechęć.
Naga skóra.
Próbuje się uspokoić myślą, że może przecież później szlafrok uprać. Wyobraża sobie, jak włoży go do pralki, zamknie drzwiczki i jaką ulgę poczuje, słysząc szum napływającej wody i włączający się silnik.
Sara jest podenerwowana, upiera się, że musi zaparzyć świeżej kawy, ta jest już zimna, powtarza. Szorstkim ruchem zabiera im filiżanki i wylewa zawartość do zlewu. Hałasuje przy blacie, żeby zagłuszyć ich zażenowanie i milczenie.
Rasmus siedzi skulony na krześle, jakby był chory i dopiero co zwymiotował.
Bez pytania zapala papierosa. To chyba pierwszy raz, gdy rodzice widzą go palącego, a już na pewno pierwszy raz w domowej kuchni.
W innej sytuacji Sara by zaprotestowała, ale w tej chwili Rasmus jest tak obcy, że nie potrafi nic powiedzieć, tylko wstaje, żeby przynieść starą, zieloną popielniczkę, która odkąd ona i Harald przestali palić, stoi głęboko z tyłu w dolnej szafce.
Aha. Zatem tak to wygląda: w kuchni Sary siedzi, paląc papierosa, jakiś obcy homoseksualista.
Co więcej, ów obcy jest akurat jej synem.
Harald sprawia przez chwilę wrażenie niezdecydowanego, ale potem sięga do należącej do Rasmusa czerwonej paczki prince’ów i też zapala papierosa.
– Harald! – wybucha Sara, ale czemu ma to służyć? Poddaje się i ona też sięga do paczki.
Siedzą w milczeniu – matka, ojciec i syn – palą.
Harald zastanawia się nad czymś. Naprawdę jest zadumany. Następnie mówi:
– W każdym razie dobre te papierosy!
Strząsa popiół. Rasmus prycha, zaciąga się głęboko i wypuszcza dym nosem. Potem odpowiada z wyraźnym, warmlandzkim akcentem:
– Jasne, a myślałeś, że co będę palił? Żółte blendy?
Potem Rasmus otwiera prezenty: zegarek, rękawiczki, płyta gramofonowa Bette Midler. Przymierza rękawiczki i twierdzi, że to bardzo dobrze, że są trochę za duże. Sara syczy ze złością, że ma paragon i może je wymienić.
Zegarek jest ciężki, prawdziwie męski, Harald musi pomóc Rasmusowi go zapiąć. Trzyma go ostrożnie za przedramię, jakby to była ręka młodej dziewczyny. Sam przyłapuje się na tej myśli i wtedy natychmiast puszcza rękę syna i mruczy coś o stoperze i budziku.
Wszyscy troje naprawdę starają się przez pewien czas udawać.
Że to zwykłe urodziny i że to, co powiedział Rasmus, nie zostało powiedziane.
Jest jednak coś dziwnego w tym, że męski zegarek nie pasuje na szczupły przegub ręki Rasmusa, a rękawiczki są za duże.
Cały jest zbyt mały i wiotki.
Prawda jest taka, że chociaż zostało powiedziane to, co zostało wyartykułowane, i chociaż udają, że tego nie było, ani Harald, ani Sara nie mają wątpliwości, że to prawda.
To z homoseksem.

Wyjątkowa książka, tragiczna i piękna zarazem, miłość dwojga dorosłych ludzi nie musi się mieścić w moim, twoim, naszym szablonie.