Jael Neeman „Byliśmy przyszłością” -„Nie udawało się nam zadowolić systemu, który na pozór był niemy i delikatny, niczego dla siebie nie żądał, o nic nie prosił, cały był jednym wielkim liczeniem się z innymi: „Od każdego według możliwości”. Ale kto zna miarę możliwości? Przecież nie mają końca ani granic. Nasz system nigdy nie dawał się zadowolić. Czuliśmy się winni.”

cover (19)Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Byłam ciekawa tej książki, odkąd przeczytałam „O Jeruzalem! Dramatyczna opowieść o powstaniu państwa Izrael” wieki temu, później poczytałam dostępną mi literaturę, aż zobaczyłam niezwykle wymowny film dokumentalny „Jaffa. Mechaniczność pomarańczy” – o filmie http://www.planeteplus.pl/dokument-jaffa-mechanicznosc-pomaranczy_35152  nie mogę zrozumieć, dlaczego wśród sąsiadów zbudowano mur, dlaczego tak wielu ludzi ograbiono z ziemi i grabi się nadal? Ludziom odebrano wspólny język.

Przypomniał mi się film, a właściwie komedia – tematyka – okupacja w strefie gazy – „Kiedy świnie mają skrzydła” z 2011 roku – pomijając kiepskie zakończenie dawno się tak nie ubawiłam, ciekawe podejście do problemu – polecam.

Inne filmy z tematyki izraelskiej w reżyserii Eytana Foksa, zwłaszcza „Bańka mydlana” – film o gejowskiej miłości na przekór odmiennej narodowości.

wywiad z autorką https://www.youtube.com/watch?v=BGkPxNnssAs

Jael Neeman – autorka, urodzona w 1960 roku w kibucu, w swojej książce opisuje dzieciństwo spędzone wśród rówieśników z grupy Narcyz  w domu dzieci i czas spędzony w placówkach oświatowych tworzonych na wyłączny użytek kibuców do 21 roku życia. Dzieci urodzone w kibucu jedynie odwiedzały biologiczny dom, wszystkie miały mieć równy start w życiu, jeden kolor bucików, identyczne wspomnienia.

Książka ciekawa, prawie nie znajdziemy tam informacji na tematy palestyńsko-izraelskie, jest o dzieciństwie i dorastaniu w kibucu, o własnych doświadczeniach Jael Neeman.

„Jednak nie o zespolenie chodziło przede wszystkim – choć czasem, gdy ludzie mówią o swoim dzieciństwie w kibucu, wydaje się inaczej; zespolenie było jedynie efektem ubocznym eksperymentu z socjalizmem (uchwałę o umieszczeniu dzieci we wspólnych domach podjęto w roku 1918 i obowiązywała ona wszystkie kibuce z wyjątkiem kilku najstarszych – Deganii Alef, Deganii Bet i Ein Charod, które były przeciw. Pozwolono im się wyłamać. Degania istniała jeszcze przed regulaminami i systemem). Wcale więc nie chodziło o spajanie, lecz o oddzielenie, o uwolnienie dzieci od uciążliwego brzemienia rodziców, od ich pieszczot i pragnień narzucanych przez czułe matki, przez ambitnych ojców. O oddzielenie i ochronę dzieci przed burżuazyjną naturą rodziny. „Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata”, głosiła Międzynarodówka. Teraz jak feniks z popiołów odrodzić się miał inny świat, sprawiedliwy i równy. Chodziło o ukształtowanie nowego dziecka, z którego kiedyś wyrośnie nowy człowiek. Tęsknota części kibucowych dzieci za rodziną, której nie miały, była w istocie tęsknotą za ideą, która już wtedy była i do dziś pozostała dla nich niepojęta, powiedzmy, że była czymś w rodzaju tęsknoty diaspory żydowskiej za Jerozolimą. Będąc w drugiej klasie, zobaczyłam po raz pierwszy dorosłego w piżamie. Był nim mój tata, który zasnął podczas popołudniowej przerwy. Codziennie przychodziliśmy do mieszkania rodziców na godzinę i pięćdziesiąt minut, od siedemnastej trzydzieści do dziewiętnastej dwadzieścia (aż do siódmej klasy, kiedy zesłano nas do placówki oświatowej w Ewron). Tego dnia o wpół do szóstej weszłam do ich mieszkanka bez pukania (nigdy nie pukaliśmy, u nas drzwi zawsze były otwarte, dwadzieścia cztery godziny na dobę, przecież nie ma nic do ukrycia, domy są własnością wszystkich, a nie burżuazyjnym mieniem, które trzeba otoczyć murem i którego należy pilnie strzec), a on leżał w łóżku w piżamie. Serce waliło mi jak szalone, gdy wybiegłam na dwór, krzycząc, że mój tata umarł. Umarł! Ktoś mnie usłyszał i niepewnie poszedł sprawdzić. Cwi N. nie umarł, tylko śpi. Tak wyglądają dorośli, kiedy śpią: leżą spokojnie w łóżku twarzą do ściany, plecami do nas, ubrani w wielką piżamę, przykryci pikowaną kołdrą.”

„Jednak ani wtedy, ani później nie zorientowaliśmy się, że na innych stanowiskach nie było żadnej rotacji. Nikt nie chciał się zamienić z praczkami. Nikt nie marzył o syzyfowej pracy kob iet obierających ziemniaki, tych, które przez kilkadziesiąt lat przesiadywały w kuchni na niskich stołeczkach przy wielkich kotłach. Nikt nigdy nie zastąpił też sprzątaczki, która utrzymywała w czystości prysznice i wspólne toalety. Te prace (w odróżnieniu od dochodowych i produktywnych zajęć w polu albo w fabryce) należały do tak zwanego sektora usług, przypominającego kompanię kwatermistrzowską w pułku bojowym, która musi zostać w obozie, żeby ekwipować czołgi i gotować dla głodnych kolegów wracających z manewrów i potyczek. Rotacja, jeden z uroków naszego systemu, chroniła najwybitniejszych, którzy wymieniali się na najważniejszych stanowiskach. Niższe kasty pozostawiała samym sobie, przygważdżała do zajmowanej pozycji.”

„Im bardziej z pozoru rozszerzał się nasz świat, tym bardziej się zawężał, aż zaczął przypominać gabinet luster. Nasze życie prywatne odbijało się w marzeniach innych: starszego rodzeństwa, mieszkańców odległych kibuców na Negewie, na równinie nadmorskiej, we wszystkich zakątkach kraju. Każdy miał własne wspomnienia o dozorczyni, która nie przyszła albo przyszła nie w porę i trzeba było udawać śpiącego, o piosenkach ludowych z tego samego podręcznika gry na flecie, o „dniu na opak”, kiedy wolno było pozostać na nogach aż do świtu, o środowym odpoczynku od leżakowania, kiedy między pierwszą a trzecią można się było nie kłaść i bez żadnych przerw bawić się na boisku.”

Reklamy