Emma Larkin „Spustoszenie. NIEOPOWIEDZIANA HISTORIA O KATASTROFIE I DYKTATURZE WOJSKOWEJ W BIRMIE” – „Przy­ła­pa­łam się na pra­gnie­niu, żeby ta roz­dzie­ra­ją­ca li­ta­nia o utra­cie naj­bliż­szych się skoń­czy­ła, ale wciąż po­ka­zy­wa­no mi ofia­ry tra­ge­dii – ro­dzi­ców, któ­rzy stra­ci­li wszyst­kie dzie­ci, dzie­ci, któ­re zo­sta­ły osie­ro­co­ne, i tych, któ­rzy prze­ży­li jako je­dy­ni z ca­łej ro­dzi­ny.”

cover (17) Emma Larkin Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie i dyktaturze wojskowej w Birmie, Wydawnictwo Czarne, przekład z języka angielskiego Agnieszka Nowakowska, reportaż.

Emma Larkin stara się nie popadać w skrajności opisując historię Birmy, pomimo skąpych źródeł oraz utrudnionego do nich dostępu stara się przybliżyć czytelnikowi jej kulturę, czasy przed i po uderzeniu cyklonu. Życie codzienne obywateli Birmy do najlżejszy nie należało, kraj którego nazwa według rządzących brzmi od 1989 roku Mjanma, a dawną stolicę, Rangun, zastąpiła nowa Naypyidaw, znacznie ogranicza dostęp reporterom do materiałów. Zanim pojawili się Brytyjczycy, Birma rządzona była przez rodzinę królewską, wygnana przez kolonizatora do Indii, nie powróciła do władzy. Wielka Brytania ma sporo za uszami.

Blog podróżniczy – Birma http://www.loswiaheros.pl/birma-myanmar

Opis wydawcy : 2 maja 2008 roku potężny tropikalny cyklon uderzył w wybrzeża Birmy, siejąc gigantyczne spustoszenia: zmiótł z powierzchni ziemi dziesiątki wiosek, pozbawił życia prawie sto czterdzieści tysięcy osób, a kolejne dwa miliony zostawił bez dachu nad głową. Reakcja sprawującej władzę junty wojskowej była niepojęta – nie tylko odrzucono międzynarodową pomoc humanitarną, ale także utrudniano lub uniemożliwiano działania obecnym w Birmie pracownikom organizacji pomocowych. Reżim złagodził swoje stanowisko dopiero po kilku tygodniach, kiedy dla wielu ofiar katastrofy było już za późno. Emmie Larkin, dziennikarce, która od lat pisze o Birmie, udało się dzięki wizie turystycznej wjechać do kraju już w kilka dni po katastrofie. Na miejscu zastała chaos. Setkom tysięcy ludzi brakowało pożywienia, wody pitnej i najprostszego schronienia. W swojej książce Larkin nie tylko ujawnia rozmiary klęski, które reżim nieudolnie usiłował zamaskować. Szkicuje też portret generałów, zarysowując szerokie tło kulturowe, historyczne i religijne tej wyjątkowo trwałej i okrutnej dyktatury. Spustoszenie to niezbity dowód rzetelności dziennikarskiej i zadośćuczynienie za krzywdy ofiar.

Fragmenty:

Kie­dy dzi­siaj my­ślę o Bir­mie, za­wsze mi się przy­po­mi­na bud­dyj­ska przy­po­wieść o ślep­cach i sło­niu. Jak mówi sta­ra le­gen­da, król wzy­wa przed swo­je ob­li­cze kil­ku ślep­ców i sta­wia przed nimi sło­nia. Każ­dy z nich, do­pro­wa­dzo­ny do in­nej czę­ści sło­nio­we­go cia­ła, maca ją, żeby so­bie sło­nia wy­obra­zić. Po­tem król każe im po ko­lei opi­sać zwie­rzę.
Ten, któ­ry do­tknął okrą­głej gło­wy, mówi z prze­ko­na­niem, że słoń jest jak be­czuł­ka na wodę. Inny, któ­ry do­tknął nogi, mówi, że słoń jest jak ko­lum­na. Na­stęp­ny, któ­ry do­tknął kła, mówi, że słoń jest jak że­la­zny szpi­ku­lec, a ten, któ­ry do­tknął kęp­ki kła­ków na ogo­nie, mówi, że słoń jest jak mio­tła. Ślep­cy za­czy­na­ją się kłó­cić, bo każ­dy z nich jest pe­wien, że do­brze opi­sał sło­nia. To samo dzie­je się w dzi­siej­szej Bir­mie. Po­nie­waż re­żim kon­tro­lu­je środ­ki prze­ka­zu i sto­wa­rzy­sze­nia, trud­no tam o ja­ki­kol­wiek pu­blicz­ny kon­sen­sus czy moż­li­wą do zwe­ry­fi­ko­wa­nia wer­sję praw­dy. Pod­czas gdy pew­ne wy­da­rze­nia moż­na po­twier­dzić i do­kład­nie opi­sać, całe ob­sza­ry rze­czy­wi­sto­ści po­zo­sta­ją nie­zna­ne. Jak ślep­cy z przy­po­wie­ści, nikt nie jest w sta­nie zo­ba­czyć ani po­jąć ca­łe­go zwie­rza. W spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym ni­cze­go nie moż­na przy­jąć jako oczy­wi­sto­ści, po­pu­lar­na nar­ra­cja o wy­da­rze­niach siłą rze­czy za­wie­ra prze­ina­cze­nia, pół­praw­dy i pry­wat­ne po­glą­dy. Bir­ma to kraj, gdzie rzą­dzą­cy ukry­wa­ją się za gę­stą za­sło­ną dym­ną. To kraj, gdzie o lu­dziach, któ­rzy po­świę­ci­li dla nie­go ży­cie, obo­wią­zu­je mil­cze­nie, a pa­mięć o nich pie­lę­gnu­je się po kry­jo­mu. To kraj, gdzie nie zda­rza­ją się klę­ski ży­wio­ło­we, a przy­najm­niej nie wol­no o nich ofi­cjal­nie wspo­mi­nać, i gdzie ludz­kie cier­pie­nie po ka­ta­stro­fie trze­ba tu­szo­wać i prze­mil­czać. W ta­kich wa­run­kach moż­na uwie­rzyć nie­mal we wszystko.

Po uderzeniu cyklonu:

Aung The­in Kyaw, wła­ści­ciel biu­ra wy­ciecz­ko­we­go, czło­wiek w śred­nim wie­ku, za­wie­sił in­te­re­sy, żeby jeź­dzić w del­tę z trans­por­ta­mi ryżu i le­karstw. To, co tam wi­dział, było prze­ra­ża­ją­ce. Ści­szo­nym, opa­no­wa­nym gło­sem re­la­cjo­no­wał, jak jego łódź to­ro­wa­ła so­bie dro­gę wśród tru­pów. Mó­wił o strasz­li­wie oka­le­czo­nych ofia­rach. Rzu­ca­ne przez wiatr po­zry­wa­ne ar­ku­sze bla­chy fa­li­stej ra­ni­ły do ko­ści i od­ci­na­ły lu­dziom koń­czy­ny. Nie­sio­ne sztor­mo­wą falą pnie, de­ski i ło­dzie kie­re­szo­wa­ły tych, któ­rzy pró­bo­wa­li utrzy­mać się na wo­dzie. W nie­opa­trzo­ne rany wda­wa­ła się gan­gre­na. Lu­dzie, któ­rzy w cza­sie po­wo­dzi schro­ni­li się na drze­wach i przez dzie­sięć, dwa­na­ście go­dzin kur­czo­wo trzy­ma­li się pni i ga­łę­zi, mie­li zdar­te ręce, klat­kę pier­sio­wą i nogi. Wa Wa My­int, le­kar­ka z Ran­gu­nu, któ­ra w jed­nym z miast w del­cie udzie­la­ła po­mo­cy po­szko­do­wa­nym, opo­wia­da­ła, że w nie­któ­rych re­jo­nach przy dro­gach ko­czu­ją ty­sią­ce zroz­pa­czo­nych, bez­dom­nych lu­dzi bła­ga­ją­cych o je­dze­nie. – Masa, masa lu­dzi nie ma się gdzie po­dziać. Zo­sta­li bez ni­cze­go. Wie­lu z nich jest na­gich. Stra­ci­li dom i naj­bliż­szych, nie zo­sta­ło im nic, nie mają na­wet ubra­nia.

Sytuacja w jakiej znaleźli się mnisi w Birmie:

Mó­wi­ło się, że w Man­da­la­ju mni­si sta­wia­ją żoł­nie­rzom opór. Gdy do tam­tej­szych klasz­to­rów zbli­ża­ło się woj­sko, roz­dzwa­nia­ły się świą­tyn­ne dzwo­ny, a mni­si zbi­ja­li się w gro­ma­dę i ba­ry­ka­do­wa­li wej­ście. W jed­nym klasz­to­rze, gdzie żoł­nie­rze po­jed­naw­czo ofia­ro­wa­li za­kon­ni­kom je­dze­nie, da­rów nie przy­ję­to i prze­rzu­co­no je z po­wro­tem nad klasz­tor­nym mu­rem. Na uli­cy pię­trzy­ły się wor­ki ryżu i ma­ka­ro­nu. Na­dzie­je, że mni­si z Man­da­la­ju zdo­ła­ją sta­wić czo­ło lu­dziom z ka­ra­bi­na­mi, nie były bez­pod­staw­ne. W mie­ście tym żyje czter­dzie­ści ty­się­cy mni­chów, tam­tej­sze kom­plek­sy klasz­tor­ne są duże, w naj­więk­szych, ta­kich jak Ma Soe Yein, miesz­ka do ośmiu ty­się­cy za­kon­ni­ków. Wła­śnie w Man­da­la­ju w 1990 roku mni­si po raz ostat­ni ma­so­wo od­wró­ci­li misy na jał­muż­nę. Uczy­ni­li to po wy­da­rze­niach 8 sierp­nia, w rocz­ni­cę po­wsta­nia 1988 roku, kie­dy ma­ni­fe­stu­ją­cych z tej oka­zji mni­chów za­ata­ko­wa­ło woj­sko i wie­lu z nich od­nio­sło rany. W na­stęp­stwie tych wy­da­rzeń roz­wią­za­no nie­za­leż­ne or­ga­ni­za­cje bud­dyj­skie, dzie­siąt­ki mni­chów aresz­to­wa­no, klasz­to­rom za­ka­za­no an­ga­żo­wa­nia się w spra­wy po­za­re­li­gij­ne. Póź­niej róż­ni człon­ko­wie jun­ty czę­sto pu­blicz­nie ma­ni­fe­sto­wa­li po­boż­ność, by po­ka­zać, że są z grun­tu do­bry­mi i pra­wo­wier­ny­mi bud­dy­sta­mi (…) Mi­ni­ster do spraw re­li­gij­nych oznaj­mił w pań­stwo­wej te­le­wi­zji, że pro­te­sty zo­sta­ły wy­wo­ła­ne przez „we­wnętrz­nych i ze­wnętrz­nych mą­ci­cie­li, któ­rym prze­szka­dza­ją roz­wój i sta­bi­li­za­cja kra­ju” i któ­rzy pra­gną „zni­we­czyć po­czy­na­nia władz”. O pod­sy­ca­nie nie­po­ko­jów oskar­żył też za­gra­nicz­ne me­dia. ­San­gha Maha Nay­aka – po­wo­ła­ne przez re­żim gre­mium nad­zo­ru­ją­ce du­cho­wień­stwo bud­dyj­skie – otrzy­ma­ło po­le­ce­nie przy­wo­ła­nia mni­chów do po­rząd­ku i po­ło­że­nia kre­su ich udzia­ło­wi w spra­wach po­za­re­li­gij­nych. Tego i na­stęp­ne­go wie­czo­ru na mia­sto wy­je­cha­ły cię­ża­rów­ki z me­ga­fo­na­mi, przez któ­re ogła­sza­no wpro­wa­dze­nie w nocy go­dzi­ny po­li­cyj­nej. Miesz­kań­com za­ka­zy­wa­no ma­sze­ro­wa­nia z mni­cha­mi, przy­po­mi­na­no im za­pi­sy Ko­dek­su kar­ne­go o udzia­le w nie­le­gal­nych zgro­ma­dze­niach ka­ra­nym wię­zie­niem, in­for­mo­wa­no, że zgro­ma­dze­nia po­wy­żej pię­ciu osób są nie­le­gal­ne i pod­le­ga­ją ka­rze po­zba­wie­nia wol­no­ści. W środ­ku nocy lu­dzi miesz­ka­ją­cych przy głów­nych dro­gach do­jaz­do­wych obu­dzi­ły zmie­rza­ją­ce do mia­sta kon­wo­je woj­sko­we. W Ran­gu­nie roz­miesz­czo­no 66 Lek­ką Dy­wi­zję Pie­cho­ty i 77 Lek­ką Dy­wi­zję Pie­cho­ty. Roz­pra­wa za­czę­ła się na do­bre na­stęp­ne­go dnia. Za­miast fo­to­gra­fii i fil­mów, na któ­rych lu­dzie z ra­do­snym pod­nie­ce­niem wi­ta­li po­ko­jo­we mar­sze, na­gle po­ja­wi­ły się zdję­cia żoł­nie­rzy i po­li­cjan­tów z od­dzia­łów pre­wen­cji bi­ją­cych mni­chów i za­pę­dza­ją­cych ma­ni­fe­stan­tów do cię­ża­ró­wek. Mni­si, któ­rzy jak co dzień przy­szli pod pa­go­dę Szwe­da­gon, za­sta­li tam woj­sko i za­sie­ki z dru­tu kol­cza­ste­go. Pró­bo­wa­li roz­ma­wiać z żoł­nie­rza­mi, ale ci od­po­wie­dzie­li pał­ka­mi. Świad­ko­wie wi­dzie­li, jak po­bi­tych do nie­przy­tom­no­ści mni­chów wrzu­ca­no do cię­ża­ró­wek. Wśród pro­te­stu­ją­cych za­pa­no­wał nie­bez­piecz­ny cha­os. Gdy lu­dzie pró­bo­wa­li się zbie­rać w róż­nych punk­tach mia­sta, do ak­cji ulicz­nej wkro­czy­ły bo­jów­ki Swan Ah Shin z ki­ja­mi bam­bu­so­wy­mi i me­ta­lo­wy­mi prę­ta­mi. Żoł­nie­rze strze­la­li w po­wie­trze, ale po­tem do­sta­li roz­kaz, żeby mie­rzyć do ma­ni­fe­stan­tów, naj­pierw gu­mo­wy­mi ku­la­mi, póź­niej ostry­mi na­bo­ja­mi.