J. M. Coetzee „Czekając na barbarzyńców” – „…wtedy zdaję sobie nagle sprawę, do jakich znikomych rozmiarów pozwoliłem im zawęzić swój świat…”

cover (4)J. M. Coetzee „Czekając na barbarzyńców”, Wydawnictwo Znak, stron 239, rok 2006 – jak dla mnie najlepsza książka autora.

Opis książki z wydawnictwa: „Alegoryczna opowieść o władzy i wolności. Z obawy przed najazdami barbarzyńców władze bliżej nieokreślonego Imperium organizują ekspedycje karne w głąb kraju. Zarządca jednej z prowincji musi dokonać wyboru: stać na straży prawa, którego zawsze bronił, a które teraz wydaje mu się niesprawiedliwe, albo też w imię wyznawanych przez siebie zasad zbuntować się i wystąpić przeciw władzy, którą reprezentuje. Temat niczym z tragedii antycznej osadza Coetzee w sugestywnie odmalowanej, mrocznej scenerii i rozpisuje na kilka postaci, które gwałtownie wdzierają się w naszą pamięć i długo po zakończeniu lektury nie dają spokoju… Mistrzowsko poprowadzona akcja i znakomita, precyzyjna narracja sprawiają, że książkę tę podobnie jak inne powieści noblisty czyta się z zapartym tchem. Thriller polityczny, rodem z tradycji Conradowskiej, w którym prostoduszność idealisty otwiera drzwi okrucieństwu.”

„W moim cierpieniu nie ma nic wzbudzającego szacunek. W tym, co nazywam cierpieniem, nawet ból jest tylko znikomą cząstką. Moje życie zostało zredukowane do troski o najbardziej podstawowe potrzeby ciała: o coś do picia, o zmniejszenie bólu czy też znalezienie takiej pozycji, w której najmniej go odczuwam. Kiedy starszy sierżant sztabowy Mandel i towarzyszący mu żołnierz po raz pierwszy przyprowadzili mnie do celi, zapalili lampę i zamknęli drzwi, zastanawiałem się, ile też zażywny, przyzwyczajony do wygód stary mężczyzna może znieść w imię ekscentrycznych wyobrażeń na temat metod sprawowania władzy przez Imperium. Ale moich oprawców nie interesował stopień bólu. Interesowało ich co innego: chcieli mi pokazać, co dla człowieka znaczy jego ciało jako takie, ciało, które tylko póty może roić o sprawiedliwości, póki jest całe i zdrowe, i które bardzo szybko o niej zapomina, kiedy głowa znajdzie się w mocnym uścisku, a przez wepchniętą w przełyk rurkę zacznie się wlewać litry słonej wody do chwili, gdy to ciało zacznie kaszleć, wymiotować, bić rękoma na oślep, oddawać kał i mocz jednocześnie. Nie przyszli po to, żeby wyciągnąć ze mnie słowo po słowie to, co mówiłem do barbarzyńców, a oni do mnie. Nie znalazłem więc sposobności, by rzucić im w twarz wzniosłe myśli, które miałem w pogotowiu. Przyszli do mojej celi pokazać mi, czym jest człowiek, i w ciągu jednej godziny pokazali mi bardzo dużo.”

„Oswoiła się z nowym ładem bez słowa skargi. Powtarzam sobie, że podporządkowuje się, bo tak ją wychowano. Co ja jednak mogę wiedzieć o wychowaniu barbarzyńców? To, co nazywam podporządkowaniem się, może być jednak obojętnością. Jakież znaczenie może mieć dla żebraczki, dziewczyny pozostawionej bez ojca, czy sypiam sam, czy nie, póki ma dach nad głową i pełny żołądek? Dotychczas chętnie myślałem, że niepodobna, by nie dostrzegała we mnie mężczyzny owładniętego namiętnością, jakkolwiek przewrotna i niezrozumiała by ta namiętność była, że w przytłaczającym milczeniu, które jest głównym elementem naszego wspólnego obcowania, niepodobna, by nie czuła, jak mój uporczywy wzrok kładzie się na niej ciężarem całego mojego ciała. Wolę się nie zastanawiać nad taką możliwością, że tym, czego barbarzyński obyczaj prawdopodobnie uczy dziewczynę, jest nie dogadzanie wszystkim zachciankom mężczyzny, z kapryśnym lekceważeniem go włącznie, ale traktowanie zmysłowości – obojętne, u konia, kozła, mężczyzny czy kobiety – jako zjawiska naturalnego, właściwego istotom żywym, przejawiającego się w sposób najzwyklejszy i kończącego się równie zwyczajnie; tak więc zbijające z tropu postępowanie starzejącego się cudzoziemca, który zabiera ją z ulicy i umieszcza w swoim mieszkaniu, by to móc całować jej stopy i zaraz męczyć ją gadaniną, to namaszczać ją nadzwyczajnymi olejkami, a za chwilę całkowicie ignorować, to sypiać całe noce w jej ramionach, by teraz ponuro wynieść się na osobne łóżko – takie postępowanie nie może być niczym innym jak tylko dowodem impotencji, niezdecydowania i braku rozeznania we własnych pragnieniach. Podczas gdy ja nie przestałem widzieć w niej człowieka okaleczonego, poznaczonego bliznami i skrzywdzonego, ona prawdopodobnie już odzyskała zdrowie, stając się istotą inną, upośledzoną, która w nie większym stopniu odczuwa swoją deformację, niż kot mający łapki zakończone kleszczami zamiast pazurów. Dobrze by było, gdybym się nad tym głębiej zastanowił. Będąc w większym stopniu zwyczajną dziewczyną, aniżeli ja chcę ją widzieć, może uważać także mnie za człowieka zwykłego jak inni.”

„Jestem świadom, skąd się we mnie bierze owo uniesienie: koniec z moim przymierzem ze stróżami Imperium, przechodzę do opozycji, dotychczasowe więzy zerwane, jestem człowiekiem wolnym. Któż by się w takiej sytuacji nie uśmiechnął? Ale jak najeżona niebezpieczeństwami jest ta radość! Niełatwo przyjdzie osiągnąć wyzwolenie. Pozostaje jeszcze pytanie: w imię jakiej idei postanowiłem się zbuntować? Czy nie jest to reakcja wywołana gniewem na widok jednego z barbarzyńców nowych czasów, który zagarnął moje biurko i grzebał w moich papierach? Co się zaś tyczy wolności, dla której się narażam, jaką właściwie ma ona dla mnie wartość? Czy istotnie smakowała mi niczym nieskrępowana wolność, jakiej zaznałem w minionym roku, kiedy jak nigdy przedtem rozporządzałem swoim życiem, mając możność robienia tego, co chcę? Na przykład: całkowita swoboda, z jaką mogłem uczynić z dziewczyny, co tylko chciałem, żonę czy konkubinę, córkę, niewolnicę albo wszystko razem, albo w ogóle nic, podług fantazji, nie miałem przecież wobec niej żadnych zobowiązań i decyzja mogła się zmieniać z minuty na minutę w zależności od tego, co w danym momencie czułem lub wydawało mi się, że do niej czuję. Doświadczając ciężaru takiej nieograniczonej wolności, któż by nie powitał z radością wyzwolenia, jakie niesie odosobnienie w areszcie? W moim buncie nie ma nic bohaterskiego – nie wolno mi o tym zapominać ani przez chwilę.”

„Czasami – siedząc na swojej macie z oczyma utkwionymi w trzy plamy na ścianie – czuję, że po raz tysięczny zaczynam krążyć myślami wokół tych samych pytań: Dlaczego składają te same zeznania? Kto ich do tego nakłonił? Czy mają w tym jakiś cel? Albo łapię się na tym, że kiedy przemierzam celę, liczę raz-dwa-trzy-cztery-pięć-sześć-raz-dwa-trzy… albo przesuwam bezwiednie dłonią po twarzy – wtedy zdaję sobie nagle sprawę, do jakich znikomych rozmiarów pozwoliłem im zawęzić swój świat, jak z dnia na dzień coraz bardziej upodabniam się do zwierzęcia czy prymitywnego automatu, jakiejś dziecinnej zabawki, karuzeli z, dajmy na to, ośmioma pojawiającymi się na obręczy figurkami: ojca, kochanka, jeźdźca, złodzieja… Buntuję się wówczas, wyrażając swój protest gestami obłędnego przerażenia, rzucam się po celi, wymachując rękoma, szarpiąc się za brodę, tupiąc, robiąc wszystko, żeby zadziwić samego siebie, żeby przywołać siebie do porządku i ożywić w pamięci istniejący poza tymi murami świat z całym jego nieprzebranym bogactwem.”

Reklamy