Zakazane wrota Terzani Tiziano

Terzani Tiziano Zakazane wrota, Wydawnictwo WAB, stron ponad trzysta, wydanie Icover (5), Warszawa 2012, przełożył Krzysztof Żaboklicki.

Piątego marca o świcie jadę na lotnisko. Zostawiam w domu moje chińskie ubrania i wkładam znowu krawat. Na cle i na policji wypełniam wszystkie formularze po angielsku, nie jak dawniej po chińsku. Podpisuję: Terzani. Deng Tiannuo przestał istnieć.

Kilka lat opierałam się książkom tego autora, na pierwszy rzut oka wydawały mi się nudnymi, aż trafiłam na przecenę i kupiłam. Teraz powinnam odpowiedzieć sobie na pytanie, co decyduje, o zakupie książki – okładka się nie spodobała, więc straciłam świetną książkę. Trochę smutna to książka, owoc czteroletniego pobytu nieżyjącego już włoskiego reportera i dziennikarza, wraz z rodziną w Chinach. W 1984 roku autor został zmuszony opuścić Chiny. Terzani Tiziano pisze o Chinach (również o Tybecie i Mandżurii), jakie były w latach jego pobytu, jego relacja ma wyjątkową wartość, dzisiaj zobaczymy już inne Chiny, tamtych Chin już nie ma. Autor znając język chiński starał się mimo zakazów nałożonych na obcokrajowców (pilnowanie, kontrolowanie obywateli, którzy zamienili z nim uśmiech, słowo) poznać kraj, który niezwykle cenił oraz jego mieszkańców. 

Oprócz świerszczy Chińczycy hodowali od niepamiętnych czasów ptaki. Jeden ze zwrotów używanych, aby życzyć komuś szczęścia, brzmi: „Obyś mógł się zestarzeć i troszczyć o wnuka oraz ptaka”. Widzi się często takich szczęściarzy spacerujących po ulicy: starców popychających bambusowy wózek z dzieckiem i umieszczoną obok piękną klatką z ptakiem. Chińczyk nie więzi kanarka lub słowika w domu, nie uważa ich za bibeloty. Są dla niego towarzyszami, z którymi chodzi na spacer, z którymi przekomarza się i bawi. Jest jeszcze mrok, słońce wychyla się dopiero zza widnokręgu, a już dziesiątki ludzi w podeszłym wieku stoją w kolejce przed bramami pekińskich parków. Każdy trzyma w ręku klatkę, którą rytmicznie kołysze. Klatki zostaną zawieszone na gałęziach drzew, ptaki będą śpiewać, a siedzący pod drzewami starcy – rozmawiać o swych ulubieńcach i o radości, jaką przynoszą. Klatki są różnorodne, ale każda to miniaturowe arcydzieło. Mają odsuwane drzwiczki, wewnątrz widać filiżaneczki ze starej nieraz porcelany w stylu najsłynniejszych waz, a czasem nawet wazonik z mikroskopijnym kwiatkiem, którego widok ma ptaka cieszyć i zachęcać do śpiewu. W odróżnieniu od klatek używanych w krajach zachodnich, klatki chińskie nie są wyposażone w huśtawki, na których ptak się kołysze i wzmacnia sobie łapki. W Chinach starzy ludzie podczas spacerów z ptakami kołyszą całą klatką tak, że nie tylko zmuszone do utrzymywania równowagi zwierzę się wzmacnia, ale i oni sami ćwiczą nadgarstki, co dobrze robi na reumatyzm. Oto subtelności Wschodu.


Tłoczący się wokół świątyni Dżokang pielgrzymi są z pewnością dobrym przykładem tego, co dzieje się w różnych częściach Tybetu, z których pochodzą, a dokąd przez trzydzieści lat chiński rząd nie pozwolił dotrzeć żadnemu niezależnemu obserwatorowi. Świadczą o nędzy, chorobach i zaniedbaniu. – Tak, to prawda, w siedemdziesięciu procentach komun sytuacja jest dzisiaj gorsza niż dwadzieścia lat temu – mówi Luo Sanchichang, wicegubernator prowincji. Przed przybyciem Chińczyków ogromna większość ziemi należała do klasztorów, a ludzie – zgodnie z tybetańskim powiedzeniem – „musieli płacić tyle podatków, ile jest włosów na skórze jaka”. Chińczycy znieśli podatki, wyzwolili ludność z na wpół niewolniczego uzależnienia od klasztorów, ale podobnie jak w pozostałej części państwa wprowadzili kolektywizację, która dla przyzwyczajonych do koczowniczego trybu życia Tybetańczyków stała się nową formą niewolnictwa. Wtłoczeni w sztywne ramy komun ludowych, zmasowani w nich tubylcy poczuli się jak w kaftanie bezpieczeństwa, a zbiory musieli oddawać państwu mniej więcej w takiej samej ilości, jak przedtem klasztorom. Największym błędem popełnionym przez Chińczyków było jednak zmuszenie Tybetańczyków do uprawy żyta zamiast ulubionego przez nich jęczmienia, który od wieków był zasadniczym składnikiem ich posiłków. Wielką zaletą jęczmienia jest to, że po zmieleniu nie trzeba go gotować i że garść jęczmiennej mąki zmieszana z odrobiną herbaty i łyżką zjełczałego masła stanowi gotowe danie. Natomiast żyto należy gotować, co w kraju pozbawionym drewna na opał – drzewa są tutaj rzadkością – stanowi wielką niedogodność. Na domiar złego żyto wysusza występujący w Tybecie rodzaj gleby i powoduje jej jałowienie. I tak plony zaczęły stopniowo maleć, co powodowało niedostatek żywności, zaś komuniści nadal narzucali uprawę żyta zamiast jęczmienia, ponieważ polityczne hasło „zwiększyć produkcję żyta” dotyczyło całego kraju i wszędzie należało do niego się stosować.


W Chinach powstaje historyczno-kulturalne monstrum, swego rodzaju Frankenstein na użytek cudzoziemskich turystów. W odległości dwudziestu pięciu kilometrów od Taiyuanu, stolicy prowincji Shanxi, brygady robotników wznoszą świątynię w stylu dynastii Ming obok pagody w stylu dynastii Yuan. Na ziemi leżą stosy starodawnych dachówek, zwiezionych z jakiejś dalekiej wioski; pokryje się nimi zupełnie nową budowlę, która jest już prawie gotowa. Za kilka miesięcy stary, wytworny klasztor Jinsi, wzniesiony ponad tysiąc lat temu wokół trzech legendarnych źródeł na cześć Bogini Matki Wód (źródła teraz wyschły wskutek zanieczyszczenia spowodowanego przez ogromną fabrykę chemikaliów, którą wybudowano w pobliżu), przekształci się w lunapark, zawierający wybór różnych typowych dla Chin budowli. – Turyści nie będą już musieli jeździć w rozmaite miejsca – tłumaczy urzędnik miejscowej administracji. – Przyjdą tutaj i wszystko zobaczą. To będzie wielka wygoda dla naszych cudzoziemskich przyjaciół.


Całe pokolenie Chińczyków dorastało, nie znając mitów, legend, a nawet imion wielkich cesarzy i bóstw, w swoich licznych wcieleniach składających się na ów niezmierzony Olimp, który przez tysiąclecia pobudzał ten naród do życia. Oficjalni przewodnicy z Lüxing She, państwowej agencji monopolizującej turystykę w Chinach i uważanej za część szpiegowsko-policyjnego aparatu, wiedzą mało lub zupełnie nic o miejscach, po których oprowadzają swoich sformowanych w grupy, posłusznych klientów. Chłopak towarzyszący mi podczas pobytu w Taiyuanie, stolicy prowincji Shanxi, okazał się doskonale poinformowany o poszczególnych zabytkach miasta. W końcu przyznał się jednak, że całą swoją wiedzę zaczerpnął z anglojęzycznego przewodnika wydawnictwa Nagel, podarowanego mu przez cudzoziemca, który był tam przede mną. W księgarni „Nowe Chiny” w stolicy Shanxi, mieście będącym niegdyś jednym z wielkich ośrodków życia kulturalnego kraju, można dziś bez najmniejszego trudu znaleźć najrozmaitsze książki z dziedziny marksizmu-leninizmu, dzieła zebrane Mao Zedonga, nawet pisma „wielkiego i ukochanego prezydenta Kim Ir Sena”, dyktatora Korei Północnej. Brak w niej natomiast zupełnie książek o historii Taiyuanu, przewodników po tamtejszych zabytkach i planów miasta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s