Dezso Kosztonalyi Ptaszyna

Dezso Kosztonalyi Ptaszyna, WAB , Warszawa 2011, wydanie II, seria Nowy Kanon, tytuł oryginału: Pacsirta, przekład: Andrzej Sieroszewski.ptaszyna-d-iext18542869 Dezso Kosztonalyi żył w latach 1885-1936.

– Ptaszyno!

Dziewczyna spojrzała w stronę werandy i na najwyższym stopniu zobaczyła rodziców. To oni dawno temu, kiedy jeszcze bardzo lubiła śpiewać, nazwali ją Ptaszyną. Od tego czasu przezwisko przylgnęło do niej i nosiła je jak wyrośnięte dziecięce ubranko.

Ptaszyna westchnęła głęboko – zawsze zresztą głęboko wzdychała – zwinęła kordonek, włożyła go do koszyczka i pospieszyła ku obrośniętej dzikim winem altance. „A więc trzeba jechać – pomyślała – niedługo odchodzi pociąg, już dziś będę spać u wujostwa w Tarkő”. Szła, chybocząc się na boki jak kaczka.

Rodzice z tkliwym uśmiechem śledzili jej kroki. Po chwili jednak, gdy spośród liści nagle wyłoniła się twarz córki, uśmiech na ich ustach nieco przybladł.

Przepiękna książka o życiu, naszych przyzwyczajeniach i konsekwencjach wyborów, o tym co w nim ważne. Bywa trudne, pełne wyrzeczeń, ale nasze, innego mieć nie będziemy.

Fragment ze wstępu Péter Esterházy: Brzydota Ptaszyny to nie symbol, lecz nienazwany niepokój, o którym wolelibyśmy zapomnieć, odegnać go, lecz nie możemy, zawsze wraca, zawsze jest z nami, towarzyszy nam nieubłaganie, jak córka ojcu. Szpetota Ptaszyny, jej rozlazła tusza, tępota, agresywna dobroć – to my; to nasze życie – takie drętwe, obliczalne, takie bezosobowe, takie węgierskie. Ptaszyna jest wieczna. Nie ma przed nią ucieczki. „Nasz ptaszek zawsze przyfrunie do domu”. Proza Kosztolányiego jest cicha i ostra, dzisiaj książki bywają bardziej zgiełkliwe (i chyba bardziej rozmyte).

Życie bywa teatrem, w którym jesteśmy mimowolnymi aktorami, nie wszystkim jest dane bycie anonimowym widzem.

Vajkayowie‍ rzadko pokazywali się w mieście, przeto czuli się skrępowani każdym tego rodzaju wystąpieniem na forum publicznym i zainteresowaniem, jakie budzili. Siedzący‍ na tarasie kawiarni „Pod Széchenyim” i popijający południową kawkę goście podnieśli głowy znad gazet i popatrzyli na Ptaszynę. Wcale nie lekceważąco, lecz normalnie, tak jak zwykle. Z pewnego rodzaju życzliwą, bezbarwną sympatią, podszytą od wewnątrz purpurową radością z cudzego nieszczęścia. Widząc‍ to, Akacjusz porzucił trapiące go przykre myśli. Zwolnił kroku, poczekał na córkę i hardo stanął u jej boku, by zaakcentować, że te uczucia sympatii i radości z cudzego nieszczęścia przyjmuje także pod swoim adresem; jak zwykle, gdy chciał ukryć zakłopotanie i z dumnym czołem stanąć przeciw światu, który w jego dziecku widział przykry wybryk natury, uniósł nieco w górę lewe ramię.

Reklamy