Sandor Marai Pierwsza miłość – Nie krtań, nie zwątpienie – samotność jest zakaźną chorobą.

cover (33)

Sandor Marai Pierwsza miłość, Wydawnictwo Czytelnik 2007.

Książka zakupiona parę lat temu, czekała na odpowiedni moment, małe kieszonkowe wydanie czekało na lepsze czasy.  Parę razy podchodziłam  do Pierwszej miłości, jednak za każdym razem po przeczytaniu paru stron nie wiedziałam, o czym czytałam. Teraz niemal jednym tchem przeczytałam ją. Bohaterowie tego autora zazwyczaj sprawiają, że mam ochotę nimi potrząsnąć i krzyknąć, zrób coś w końcu.  W dzisiejszych czasach natłoku informacji nie mamy nawet czasu zastanowić się, jakie znaczenie mają dla nas chwile, które właśnie przeżyliśmy. Nam to ucieka, żyjemy zbyt szybko. Marai dożył późnej starości wraz z ukochana żoną, w trzy lata po jej śmierci w wieku 89 lat popełnił samobójstwo. Życie nie szczędziło mu trosk, jego jedyny syn zmarł mając zaledwie miesiąc,  przybrany syn również zmarł przed nim. 

Gaspar, główny bohater Pierwszej miłości jest starszym zdziwaczałym, samotnym  belfrem, uczy łaciny, roztrząsa swe życie pisząc pamiętnik. Obdarza uczuciem uczennicę, która nazwana w liście przez kolegę z klasy Lolą, od mało kobiecej dziewczynki według jego początkowych opisów, staje się niemal jego obsesją, chciałby mieć cokolwiek należące do niej, choć ołówek. Gaspar rozważa w swej samotności swą codzienność nieustannie.

Książka nie jest porywającą pozycją, spokojna, autor powoli buduje napięcie. Przez niemal całą książkę oczekujemy aż nauczyciel wykona jakiś ruch, tylko czy ten, którego się po nim spodziewamy? Zakończenie książki przypomniało mi jak nagle zakończyła się napisana przez Hessego książka Szklane paciorki, setki stron, by główny bohater wykonał ruch.

Ja nie jestem chory – powiedziałem dobitnie. – Niech pan nie zaprzecza. – Trąciliśmy się kieliszkami. – Bo to nie pomaga. Zdrowi to wyczuwają i pierzchają przed nami. Coś takiego nachodzi człowieka tak, że nawet tego nie spostrzega. Choroba albo zwątpienie, albo samotność. No i ten wstyd. We mnie jest silny; we mnie jest tak silny, że najchętniej mówiłbym tylko o tym. Chciałbym się wygadać. Wyjaśni: dlaczego, skąd, co się stało? Może, gdybym to dobrze wyartykułował, wówczas reszta towarzystwa, ci piękni, młodzi, zdrowi wybaczyliby mi? Bo w ostatecznym rachunku tylko oni mają rację. W nas jest jakaś choroba zakaźna. Nie krtań, nie zwątpienie – samotność jest zakaźną chorobą. Oni bronią się przed nią, ci piękni, zdrowi, każdy na swój sposób. To jest, proszę pana, największy sekret. Kiedy tylko człowiek się psuje. Zostaje sam.  Jakby mówił w próżni: nie słychać jego głosu. Nikt go nie rozumie. Chadza tymi samymi drogami, co inni … i nigdzie nie dochodzi. Zawsze w kółko, zawsze dokoła siebie. Jest wokół niego coś, co się rozkłada. Stado, powiedzmy, stado owiec nie ścierpiałoby takiego współtowarzysza: wyklęłoby go. Ale nie to jest ważne. Ważne jest, gdzie w tych ludziach tkwi błąd ? Gdzie? Kiedy go popełnili ? Proszę pana: ,: ot, żyjemy tu obok siebie. Powiedzmy, że jakiś X i Y. Na starcie wyruszają z równymi szansami. Zechce pan to zrozumieć: obaj są zdrowi. Obaj są biedni albo obaj bogaci. Nie o to chodzi. Jeden jest blondynem, drugi brunetem. Każdy z nich ma ręce i nogi, zdrowe mięśnie, każdy jest gotów do czynienia dobra i do czynienia zła. Załóżmy też, że posuwają się w tym samym kierunku. Na pozór osiągają jednakowe wyniki. Ale w trzydziestym, czterdziestym roku życia X-a powaliło choróbsko. Ich drogi się rozeszły. Pozostał sam. Na nikim mu nie zależy. Nikomu nie ufa. Y w tym samym czasie miłuje swoich bliźnich, czci Boga, sławi zalety życia, mądry porządek rzeczy. Dwa plakaty, jeśli pan je pamięta: Jan Abstynent z obliczem tryskającym zdrowiem łamie bochenek chleba dla swoich płowowłosych dzieci. Rumiana żonka pitrasi przy piecu smaczną potrawę. Przez otwarte okno widać obrobione pola. W złotym słońcu kąpiące się snopki. Szczęśliwe domowe ognisko, nieprawdaż? A w sąsiedztwie zagroda Jana Pijaka. Słoma zwisa z sufitu. Chuda ryba w misce przed pijanym Janem. Po kątach pętają się dzieci-półgłówki. Suchotnicza kobieta leży w niechlujnym łóżku. No dobrze, tylko dlaczego Jan Pi-iak pije? Dla samego trunku? Dla alkoholowego o-durzenia? A skąd! My to wiemy. Pan też to wie. Dlaczego pan teraz tutaj pije? Porządny człowiek! To kiepskie wino! Bo jest pan chory i zażywa pan lekarstwo, ot co. Ale dlaczego jest pan chory? Pan i ja co nam dolega? Gdzie stało się zło? Ot co, mój panie… Skąd pan wie, że ja… — zapytałem. Ach, dajże pan pokój. Przecież nie prześwietliłem pana promieniem rentgenowskim. Uważa pan, że trzeba szczególnych uzdolnień, aby poznać po kimś, że jest samotny?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s