Majgull Axelsson Ta, którą nigdy nie byłam – Mój oddech zamarznie, pomyślałam, może zawiśnie w powietrzu jak kłaczek waty cukrowej. W tej samej chwili zobaczyłam tę drugą kobietę.

 Majgull Axelsson  Ta, którą nigdy nie byłam, Wydawnictwo WAB, 2008, przełożyła Katarzyna Tubylewicz.

Ktoś chrząka dyskretnie w korytarzu przed drzwiami toalety i Mary zaczyna się spieszyć. Obmacuje ścianę w poszukiwaniu kontaktu. Za chwilę stoi już, mrużąc oczy oślepione halogenową żarówką. „Albatros” przelatuje jej przez myśl, chociaż sama nie rozumie o co jej chodzi. Rozgląda się wokół. Stylowa mała toaleta w ambasadzie (…) Blada twarz w lustrze nie czyni obrazu cieplejszym. Jest zbyt niewyraźna. Rozmazuje się, trudno ją zobaczyć i opisać.
Mary nie wierzy już własnemu odbiciu. Czasem widuje w gazetach swoją twarz, która nie przypomina niczym tej z lustra w łazience. Twarz z gazety ma wąskie wargi i podejrzliwe spojrzenie, podczas gdy ta z lustra uśmiecha się niemal dziewczęco, a wokół jej oczu pełno zmarszczek od śmiechu. 

Majgull Axelsson – szwedzka pisarka, urodzona w 1947 roku. Inne książki autorki : Kwietniowa czarownica, Dom Augusty, Droga do piekła,  Daleko od Niflheimu.

Marie czeka, aż Mary zwolni jej miejsce, wchodzą do kobiecego ciała, jak niegdyś do ciała Johna Malkovicha. Czasami się spierają o miejsce w umyśle, wtedy do gry włącza się ta trzecia, której czasami odbiera mowę, jedyne, co umie powiedzieć to Albatros, ptak, którego czasami naśladuje.

Trzeciej nocy zaczęłam śnić.

Chociaż wcale nie spałam. Siedziałam z otwartymi oczami na krześle dla odwiedzających przy łóżku Sverkera i nagle zobaczyłam siebie samą pod latarnią w przyszpitalnym parku. Postawiłam kołnierz kożuszka i schowałam brodę w białym futrze. Strasznie zimno. Mój oddech zamarznie, pomyślałam, może zawiśnie w powietrzu jak kłaczek waty cukrowej. W tej samej chwili zobaczyłam tę drugą kobietę. Biegła przez trawnik ubrana w zwiewną, letnią sukienkę – białą w zielone groszki – obcasy jej sandałów na rzemyki wywiercały kwadratowe dziurki w śniegu. W pierwszej chwili jej nie poznałam, nie myślałam o niej przez wiele lat, istniała na marginesie mojej świadomości, dobrze znana i oczywista niczym blizny po małych rankach dzieciństwa i podobnie jak one niewarta uwagi. Musi marznąć, pomyślałam, otulając się jeszcze szczelniej kołnierzem, nie ma nawet pończoch. W tej samej chwili stanęła przede mną, spojrzałyśmy na siebie.

– Marie – zapytałam – to naprawdę ty?

Wykrzywiła się. – Mary – powiedziała – czy to naprawdę ja? – MaryMarie – zapytał stłumiony głos – nie położysz się? Przy moim krześle przykucnęła pielęgniarka, delikatnie gładziła mnie po ramieniu. Młoda blondynka w niebiesko-białym stroju. Świeża jak jabłuszko. Przez chwilę jej się przyglądałam, potem przesunęłam czubkiem języka po zębach. Pokrywała je warstwa czegoś dziwnego. Kiedy ostatnio je myłam? Nie mogłam sobie przypomnieć. Kiedyś. Pielęgniarka miała na piersi małą tabliczkę z imieniem. Jennifer. Cześć, Jennifer, pomyślałam. Podobałabyś się Sverkerowi. Szkoda, że nie może cię poznać. A właściwie to bardzo dobrze. Niesamowite szczęście zarówno dla ciebie, jak i dla mnie. Jennifer przekrzywiła głowę, usiłując się uśmiechnąć. – Potrzebujesz snu, MaryMarie. Nic się nie polepszy od tego, że i ty zachorujesz. Oklepane zdanie, które – jak większość zdań tego typu – zawierało prawdę. Nic by się nie polepszyło, gdybym i ja zachorowała. Z drugiej strony, nic by się też nie pogorszyło. Na jedno wychodzi. Kilka sekund czekała na odpowiedź, a kiedy ta nie nadeszła, zaczęła mnie namawiać bardziej zdecydowanie. – Słuchaj – powiedziała. – Mamy wystarczająco dużo pacjentów na tym oddziale, nie potrzebujemy więcej… Teraz wstaniesz, a ja zaprowadzę cię do łóżka. Wzięła mnie pod ramię i postawiła na nogi. Gwałtowna zmiana pozycji sprawiła, że zakręciło mi się w głowie, ale nie stawiałam oporu. Przez kilka chwil stałam bez ruchu z zamkniętymi oczami i czekałam, aż podłoga przestanie wirować, potem wyślizgnęłam się pielęgniarce. Nie potrzebowałam pomocy. Mogłam iść sama. Dodatkowe łóżko było zresztą blisko, wystarczyło kilka kroków, żeby do niego dojść. Kiedy się położyłam, poczułam zmęczenie w całym ciele. Bolały mnie plecy. Kark też był obolały. Mimo to wiedziałam, że nie zasnę. Kiedy Jennifer nakrywała mnie żółtą pikowaną kołdrą, schwyciłam jej fartuch. Tyle że straciłam zdolność mówienia, w ciągu ostatniej doby byłam w stanie wypowiedzieć zaledwie jedno słowo, a to nie starczyło, by wytłumaczyć, że chcę coś na sen. Na przykład pigułkę. Albo strzał prosto w czoło. Nie mogłam powstrzymać tylko tego jedynego słowa, wytaczało się z moich ust jak małe jajeczko. Bez udziału woli.

– Albatros?

W oczach Jennifer mignął strach, ale szybko go odpędziła. Nie ma się czego bać. Jako świeżo upieczona dyplomowana pielęgniarka wiedziała, jak radzić sobie zarówno z wariatami, jak i z ludźmi w stanie szoku. Nie zdążyła jeszcze zdecydować, do której kategorii mnie zaliczyć, ale nie miało to aż takiego znaczenia, sposób traktowania był i tak jednakowy. Życzliwie, lecz zdecydowanie. I oczywiście spokojnie. Tylko niewzruszony spokój. – Już dobrze – powiedziała. Nie zrozumiała. Przede mną kolejna bezsenna noc. Westchnęłam. – Westchnij, serce moje, ale nie pęknij – wyrecytowała Jennifer. – Ten, kogo kochasz, jest obojętny. Zamrugałam. Co? Można to było lepiej sformułować, ale i tak wystarczyło. Do Jennifer dotarło, co powiedziała. Przysłoniła usta dłonią i wytrzeszczyła oczy. – Przepraszam – dodała po chwili – bardzo mi przykro. Jakoś mi się wyrwało. Moja babcia zawsze mówiła ten wierszyk, kiedy ktoś westchnął… Nie miałam nic złego na myśli. Człowiek peszy się tak tylko wtedy, gdy zorientuje się, że niechcący powiedział prawdę.Ten, kogo kochasz, jest obojętny. Jakbym nie wiedziała. Jakbym nie wiedziała tego od zawsze. Pokręciłam głową, żeby ją uspokoić. Nic się nie stało. Wychodząc, zgasiła lampkę przy moim łóżku. Zdziwiłam się. Jak zorientuje się w tych wszystkich przewodach i aparatach, jeśli w pokoju będzie ciemno? Z drugiej strony, nie była to kompletna ciemność, później to zauważyłam. Latarnie na zewnątrz przekształciły okno w szary prostokąt pośrodku ciemności. Obok łóżka Sverkera, ponad przyrządami i panelami kontrolnymi, unosiła się jasna smuga. Czerwone i zielone światełka. I jeszcze mały zielony punkcik, kołyszący się rytmicznie na czarnym monitorze. Uderzenia jego serca. On żyje, wyszeptał głos wewnątrz mnie. Jeszcze żyje. Niemo przytaknęłam ciemności. Miała rację. Jeszcze żył.